Listy Czytelników „TP” o „Traktacie teologicznym” Czesława Miłosza

Zawdzięczam mu nawrócenie

 

Publikując „Traktat teologiczny” Czesława Miłosza („TP” 2001, nr 47), rozpoczęliśmy jednocześnie dyskusję na jego temat. Wzięli w niej udział ks. Adam Boniecki, Jan Błoński, Stefan Chwin, Aleksander Fiut, ks. Wacław Hryniewicz, Ireneusz Kania i Marian Stala. Wkrótce kolejna wypowiedź – prof. Tadeusza Sławka.
Dziś zaś publikujemy kilka z kilkudziesięciu głosów, nadesłanych przez Czytelników „Tygodnika”. Wszystkim autorom serdecznie dziękujemy, przepraszając jednocześnie, iż ograniczona ilość miejsca zmusza nas do bezwzględnej selekcji i redakcji (a więc skracania!) otrzymanych tekstów.
Mamy nadzieję, że debata wokół „Traktatu” przyczyni się do opisu współczesnej wiary, ukaże, czy słowo poety może lepiej oddać rozterki człowieka religijnego niż język dogmatów i oficjalnej teologii.
Jej zapis znajdziecie Państwo na naszych stronach internetowych: www.tygodnik.com.pl

 

 

„Niewysłowiona śliczność”
Bogusław Kierc

Może nie wypada przyznawać się publicznie do czegoś, co powinno pozostać intymną tajemnicą. Ogłoszenie „Traktatu teologicznego” przełamuje jednak tę obawę i prowokuje do wyznania: Czesławowi Miłoszowi zawdzięczam nawrócenie po chłopięco-młodzieńczym odstąpieniu od Kościoła.

Mógłbym przytoczyć liczne teksty Miłosza, które dokonały tej przemiany, ale jeden z nich dźgnął mnie najmocniej i – jak się okazało – skutecznie:

A jeżeli Pascal nie został zbawiony
(...)
A jeżeli oni wszyscy, klękający ze złożonymi dłońmi,
miliony ich, miliardy ich, tam kończyli się gdzie
ich złudzenie?
Nie zgodzę się nigdy. Ja dam im koronę.
Umysł ludzki jest wspaniały, usta potężne
i wezwanie tak wielkie, że musi otworzyć się Raj


Nagle poczułem się w mocy udzielić Bogu mieszkania, żeby mógł być; zapragnąłem, żeby był i odczułem to jako pragnienie odwzajemnione, czyli wiarę, że moje bycie jest podobnie upragnione.
Od tego czasu nie zdarzyło mi się już „jednego dnia wierzyć, drugiego nie wierzyć”, nie popadłem również w stan błogiego samozadowolenia i uspokojenia. Uwierzywszy ponownie w Boga, odzyskałem – a może dopiero uzyskałem – wiarę Boga. Uwierzyłem Bogu. To znaczy Jego Słowu. Jego Pismu. Ale też – Jego prorokom i sekretarzom. Zaliczam do nich Sługę „niewidzialnej rzeczy”, który tylekroć ukazywał mi odsłonięty (także z mgieł wiary) wizerunek Boga:

Ukrywał się tak długo, że zapomniano jak się objawił
w krzaku ognistym i w piersi żydowskiego młodzieńca
gotowego cierpieć za wszystkich, co byli i będą.


Miłosz umocnił wiarę, że ten żydowski młodzieniec wejdzie ze mną – jak u Blake’a – w Bramę Śmierci.
Powiem od razu – bardziej umacniał mnie Miłosz „naiwny” niż Miłosz „uczony”. Bardziej „pobożne dziecko”, które chciało „wierzyć w Adama i Ewę / Upadek i nadzieję przywrócenia”, niż posiadacz „obszernej wiedzy o tym, co / nazywa się dumą, pychą albo próżnością”, któremu „trudno wierzyć w duszę nieśmiertelną”.
Przywołując Mickiewicza, Miłosz podąża tropem jego wiary. Tu dwa motywy wydają się szczególnie ważne, bo złączone z obietnicą zbawienia, zmartwychwstania. Motyw Kobiety (Pierwszej i Drugiej Ewy) i Dziecka (Pierwszego i Drugiego Adama).
„Traktat teologiczny” ma w swoim centrum (podobnie jak „Dziady”) misterium Bożego Narodzenia. Po diabelskiej Improwizacji Konrada (arcydzielnej manifestacji prometejskiej pychy „ja”), po egzorcyzmach księdza Piotra umieszcza Mickiewicz Widzenie Ewy... Jej sens i powagę porównuję z 23. częścią „Traktatu”. W obu istotne jest dziecięco czułe ujrzenie „niewysłowionej śliczności”.
Zanim Mickiewicz zapisał Widzenie w scenie IV „Dziadów” drezdeńskich, śnił Ewę 23 marca 1832 roku. Ujrzał ją w tym śnie piękną „jako Przemówienie Pańskie”, a więc podobną „Istocie świetlanej”, Słowu Bożemu... W IV scenie Aniołowie nazywają Ewę „braciszkiem miłym”, czyli aniołkiem. Ale anielskość Ewy jest warunkiem czegoś, co łączy się z ową „niedocieczoną intencją / Ukazywania się dzieciom w Lourdes i Fatima”. To „coś więcej” to upodobnienie.


Widzę – to Matka Boska – cudowny blasku!
Pogląda na mnie, bierze wianek w dłonie,
Podaje Jezusowi, a Jezus dziecię
Z uśmiechem rzuca na mnie kwiecie –


Wśród tego kwiecia jest śpiewająca światłością, bijąca ogniem róża, która na pytanie Ewy: „Czego chcesz, różo miła?” odpowiada: „Weź mnie na serce”.
Odwzajemniony uśmiech dziecięcia Jezus upodabnia do niego oblicze Ewy, tej samej, którą ujrzał w drezdeńskim śnie ten, „co te piosenki ogłosił”. Ujrzał jej „Twarz piękną jako Przemienienie Pańskie”. Na sercu upodobnionej róża złoży swe skronie

Jak święty apostoł, Pański kochanek,
Na boskim Chrystusa spoczywał łonie


W Widzeniu Mickiewicz ukazał zarazem to, o czym napisze później, komentując Böhmego: o promieniu, który „nie przestał oświecać dusz pierwszych wybrańców ludzkości; przysposabiał on na długo naprzód w duszach atmosferę czystą; ożywiał w nich to, co Böhme zowie pierwiastkiem jedynym, eterem, tynkturą, żywiołem rajskim, rajem. Pierwiastek ten, gdy doszedł do zawartości zamierzonej przez Boga, uformował substancję, z której Bóg stworzył kobietę nową, kobietę rajską, jedyną kobietę prawdziwą, przeznaczoną stać się matką Istoty świetlanej”.
Co prawda gniewny Gustaw szasta wykrzyknikami: „Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto! / Postaci twojej zazdroszczą anieli / A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!...”, ale młody Miłosz wie, co jest prawdziwsze:

Ty silna noc. Do ciebie nie dosięga
ni płomień ust, ni chmur przejrzystych cień.
Słyszę twój głos po ciemnych snu okręgach
i świecisz tak, jakby nadchodził dzień.
(...)
Ogromna mądrość, dobroć niekobieca
jest w twoich kruchych rękach, o Śmiertelna.


Kobieta Kosmiczna Miłosza jest najpierw „silną nocą”, jakby echem snu, który Bóg przypuścił na Adama. Zanurzył go w pierwszej „nocy ciemnej” (będącej – według św. Jana od Krzyża – przejściem do zjednoczenia z Bogiem), a „kiedy się obudził, stała przed nim Ewa”. Miłosne doświadczenie młodego Miłosza dosięga przemienienia Ewy, w momentalnie przywróconym

tam, gdzie nie istnieje
żadne przedtem ni potem czyli Ewa druga nie jest
następczynią pierwszej, ale stoją obok siebie
w spojrzeniu Stwórcy.


Ewa jest ucieleśnionym spojrzeniem Stwórcy. Objawienie Adamowi Ewy sprawia, że zostaje on obdarzony widzeniem siebie tak, jak Bóg go widzi, że – mówiąc inaczej – bierze ciało (widzialność) z Ewy. Jak Drugi Adam z Drugiej Ewy („przyjął ciało z Maryi Dziewicy”).

*


W „Hymnie na dzień Zwiastowania N. P. Maryi”, w tym „zdumiewającym hymnie młodego antyklerykała Mickiewicza” obraz Maryi jest właściwie tożsamy z wizją Przemienienia:

A któż to wschodzi? – Wschodzi na Syjon dziewica;
Jak ranek z morskiej kąpieli
I jutrznia – Maryi lica;
Śnieży się obłok, słońce z ukosa
Smugiem złota po nim strzeli:
Taka na śniegu, co szaty bieli,
Powiewnego jasność włosa.


To, co w Miłoszu jest nieustanne żywym dziedzictwem rajskiego Adama, jego nierozłączna dziecięcość i męskość, pozostaje wierne „niewysłowionej śliczności”. Co świeci tak, „jakby nadchodził dzień”. 

 

 


Współczucie, litość, zrozumienie
Przemysław Dakowicz

Inne są intencje Mickiewicza, inne Miłosza. Pierwszy podaje do wierzenia prawdy objawione, drugi daje świadectwo własnej niewiedzy i zagubienia pośród sprzecznych wizji świata, Boga i człowieka.


Stwierdzając „»Zdania i uwagi« czytam, jakbym wracał do domu”, autor „Traktatu teologicznego” daje czytelnikowi istotną wskazówkę. Wpływ Mickiewicza widać nie tylko na poziomie budowy tekstu (zbiór przemyśleń dotyczących wiary, ujętych w wyraźnie oddzielone od siebie całostki, z których wiele można czytać jako samodzielne myśli o charakterze gnomicznym czy sentencjonalnym), ale również w wyborze nadrzędnego tematu. Inna jest jednak metoda jego prezentacji.
W przeważającej części dystychów, składających się na „Zdania i uwagi”, mówiący pozostaje niewidoczny, niemal całkowicie ukryty za słowami. „Traktat” jest natomiast publicznym rachunkiem sumienia i wyznaniem win wypowiadającego się w pierwszej osobie podmiotu lirycznego, w którym domyślamy się samego autora.
Dialog z tradycją, reprezentowaną przez autora „Dziadów”, nie polega jedynie na jej akceptacji. Niektóre partie poematu są w stosunku do „Zdań i uwag” wyraźnie polemiczne, inna jest bowiem wizja świata, inne ambicje poznawcze poety stojącego na progu trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa. Daleko Miłoszowi do pokory, jaka pobrzmiewa w Mickiewiczowskich sentencjach:

Bóg jest dobrem: więc wszystko, na co duch narzeka,
Zło, śmierć i potępienie pochodzą z człowieka.


Krąg zagadnień interesujących obu twórców jest podobny, inaczej jednak odpowiadają oni na najistotniejsze pytania. Miłosz nie chce odpowiedzialnością za obecność zła w świecie obarczać ludzi. Bliższe mu są teorie gnostyckie czy Kabała, zakładające, że objawiło się ono jeszcze przed stworzeniem kosmosu i człowieka. Dyskutując z Różewiczem kwestię unde malum, wyklucza możliwość uznania zła za jedynie ludzki wytwór. 
Inne są intencje Mickiewicza, inne Miłosza. Pierwszy podaje do wierzenia prawdy objawione, drugi daje świadectwo własnej niewiedzy i zagubienia pośród sprzecznych wizji świata, Boga i człowieka.
Podobnie jak Mickiewicz, autor „Prywatnych obowiązków” sięga po dzieła myślicieli i mistyków nieortodoksyjnych. Pojawiają się w poemacie nazwiska Jakuba Böhme i Emanuela Swedenborga, przywoływana jest tradycja kabalistyczna. Ich obecność to wyraz uporu w dążeniu do satysfakcjonującego wyjaśnienia najtrudniejszych religijnych kwestii.
Powołując się na prywatne objawienia żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku zgorzeleckiego szewca-teozofa oraz XVIII-wiecznego szwedzkiego geologa, astronoma i fizjologa, wizjonera nazwanego „prorokiem Północy”, który zarzucił karierę naukową, by zdać relację ze swoich imaginacyjnych wędrówek po zaświatach, Miłosz broni ludzkiego wymiaru wiary, opowiada się za przywróceniem pełni praw wyobraźni religijnej.
Czytelnika dobrze znającego twórczość poety dziwić może obraz świata za grobem zawarty w części zatytułowanej „Granica”:

Po tamtej stronie żadnej rzeczy, którą moglibyśmy 
zobaczyć, dotknąć, usłyszeć,
posmakować.

Wybieramy się tam, ociągając się, niby emigranci 
nie oczekujący szczęścia w dalekich krajach wygnania.


Ważniejsza jest chyba inna wypowiedź: „chciałem wierzyć w Adama i Ewę, / Upadek i nadzieję przywrócenia”. Przywrócenie pierwotnej jedności, czyli apokatastaza, to pogląd wywiedziony przez Orygenesa z Dziejów Apostolskich, mówiący o odnowieniu świata po nadejściu kresu czasów. Wszystko, co przeminęło, miałoby powrócić w doskonalszej, czystej postaci. Teoria ta stanowi jeden z podstawowych składników poetyckiej eschatologii Miłosza.
Elementy gnostyckie i manichejskie, od dawna obecne w tej poezji, występują również w „Traktacie”. Świadczy o tym wciąż podkreślany wątek obecności w świecie i człowieku dwóch przeciwstawnych, walczących z sobą sił. Ta iście barokowa świadomość wewnętrznego rozdarcia, poczucie grzeszności, której istota polega na oddzieleniu się od wspólnoty, na przeciwstawieniu ja – oni, ani na moment nie opuszcza poety. „Okropność świata” sprawia, że w obserwatorze rodzą się wątpliwości co do dobroci lub wszechmocy Stwórcy:

Jeżeli Bóg jest wszechmocny, może na to 
pozwalać, tylko jeżeli założymy, że dobry nie jest.

Skąd granice jego potęgi, dlaczego taki a nie inny
jest porządek stworzenia


Może wszechświat został wymyślony przez okrutnego demiurga? Może zamierzenia Boga zniweczyła przedustawna kosmiczna katastrofa, a jej odwróceniem będzie tikkun, ostateczna naprawa świata? Na żadne z tych pytań Miłosz nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, wylicza jedynie i charakteryzuje poszczególne koncepcje kosmologiczne, pozostawiając sobie i czytelnikowi swobodę wyboru.
Poemat Miłosza to próba pogodzenia dwóch porządków, porządku rozumu i porządku serca. Jednak myśl spekulatywna nie idzie w parze z wiarą. Katolickie dogmaty pozostają „opancerzone przeciwko rozumowi”, a poeta musi się wreszcie przyznać do bezradności: „Tak naprawdę nic nie rozumiem”.
Kluczem do zrozumienia „Traktatu” jest określenie roli, jaką odgrywają w nim motywy i wątki maryjne. Mariologia Miłosza (omawia ją ks. Jerzy Szymik w swojej znakomitej książce o teologicznym wymiarze twórczości poety), w której na plan pierwszy wybija się konstatacja antropocentrycznego wymiaru katolicyzmu, zyskuje tu ostateczny kształt. Maryja, będąc najdoskonalszą pośredniczką między Bogiem a człowiekiem, stanowi również najważniejsze ogniwo łączące świat zmarłych ze światem żywych. Jej objawianie się dzieciom w Portugalii i Francji to wzruszający przykład „świętych obcowania”.
Kłopoty polskiego katolika, nie godzącego się na obraz Matki Bożej jako „Bóstwa wyniesionego na złoto ołtarzy”, polegają na tym, iż trudno mu odnaleźć w utrwalonych w jego świadomości wyobrażeniach głęboką prawdę o współudziale Maryi w dziele zbawienia:

przychodzę z kraju, gdzie Twoje sanktuaria służą 
umacnianiu narodowej ułudy i uciekaniu się pod
Twoją obronę, pogańskiej bogini, przed najazdem
nieprzyjaciela.


Maryja powinna być szczególnie bliska wierzącemu, bowiem w chwili, kiedy Chrystus rzekł do Jana stojącego pod krzyżem: „Oto matka twoja”, otoczyła Ona macierzyńską miłością wszystkich ludzi, stając się szafarką Bożego miłosierdzia. Cierpiący, wątpiący i szukający drogi słusznie liczą na Jej „współczucie, litość i zrozumienie”. „W ten sposób – pisze Miłosz w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” – obok fizykalnej przestrzeni budowana jest przestrzeń czysto ludzka, wypełniona promieniami, które przebiegają od oczu do oczu, od rąk do rąk, głosami próśb i modlitw.”
Za sprawą Maryi dokonuje się przejście od „prywatnej religii” do religii wspólnotowego obrzędu, co oznacza zwycięstwo nad grzechem oddzielenia, „samolubnej pychy”. I choć dystans nie został przezwyciężony całkowicie, poeta może powiedzieć, że jego wolą jest „pozostać wiernym Twojej niedocieczonej intencji / Ukazywania się dzieciom w Lourdes i Fatima”. 

[Fragment większej całości – skróty pochodzą od redakcji „TP”.]





Pragnienie wytchnienia
Tomasz Cieślak-Sokołowski

„Traktat teologiczny” należy do tekstów, wobec których nie można pozostać obojętnym. Nie chodzi o jednoznaczną ocenę. Wymaga głębokiego namysłu, sięgnięcia do istoty swych przekonań.


Miłosz nie chce zostać „posiadaczem prawdy”, pisze: „W sam raz dla mnie wędrowanie po obrzeżach herezji”. Obierając za przewodników Jakuba Böhme (którego Leszek Kołakowski zakwalifikował do twórców„mistyki intelektualnej”) i Swedenborga, opowiada się za rozumowym ogarnięciem bytu.
W centrum stawia kategorię dogmatu, zawieszającą istotę myślenia – wątpienie. Miłosz otwarcie wyznaje: „Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”. Trudno o wyraźniejsze stwierdzenie własnych wątpliwości, tego, co Johann Baptist Metz nazwał „równoczesnością egzystencjalną”. Człowiek istnieje, wedle tej koncepcji, jako istota równocześnie wierząca i niewierząca. I właśnie ten pierwiastek ludzkiej natury kieruje autora w stronę stawianych ciągle na nowo pytań, w stronę „myśli nieokreślonej” Georgesa Poulet. Jej miejsce jest, według Pouleta, w luce „nieokreśloności”, którą „religie pozwalają zobaczyć pod obrazami, rytuałami, sakramentami i dogmatami”. Miłosz pisze:

Katolickie dogmaty są jakby o parę centymetrów za
wysoko, wspinamy się na palce i wtedy przez
mgnienie wydaje się nam, że widzimy.


A przecież po „opadnięciu” pozostają jedynie „spekulacje” ludzkiego rozumu. Rozum „spadkobiercy lóż mistycznych” stwarza nadzieję bytu ludzkiego, „niemalże manichejską odmianę chrześcijaństwa”.
I tak zakończyłby się zapewne „Traktat teologiczny”, perspektywą „Piekła artystów, / To znaczy ludzi, którzy doskonałość dzieła / Stawiali wyżej niż swoje obowiązki małżonków, ojców, / braci i współobywateli”, gdyby nie jeden fakt. Autor bowiem wyznaje: „tak naprawdę nic nie rozumiem” i dalej: „jest mi dobrze w modlącym się tłumie”. W tym momencie misternie utkana summa teologicznych przemyśleń „jednodniowego mistrza” przemienia się w dramat człowieka-poety obdarzonego nadmiarem świadomości. Pada nawet swoiste zaklęcie: „gdybym nie posiadał obszernej wiedzy”. Wtedy łatwiej byłoby wierzyć, bo nadmiar świadomości o „dumie, pysze albo próżności” utrudnia wiarę „w duszę nieśmiertelną”.
W tej perspektywie łatwiej chyba zrozumieć zakończenie „Traktatu”. Nie jest ono kapitulacją autora, jest jedynie pragnieniem pozostania wiernym „niedocieczonej intencji ukazywania się dzieciom” Najświętszej Marii Panny, pragnieniem wytchnienia w wierze niewinnej, nieskażonej „obszerną wiedzą” poznania i nadświadomością „obowiązku poety”. To wreszcie pragnienie „wyzwolenia z fantomów umysłu”. Ta swoista ucieczka w nie-pytanie, w świat gotowych sensów to chwila wytchnienia dla ucznia swego Pana.
Bo ostatecznie „Traktat” staje się dramatycznym pytaniem o ciężar świadomości ucznia Chrystusowego. Dopóki bowiem człowiek jest dzieckiem w oczach Boga, drogą jego zbawienia jest niewinność. Wybrany – ma zostawić świat i wziąć krzyż swej świadomości, krzyż odpowiedzialności myśli. Jak jednak sprawić, by sól przymierza ucznia i Mistrza nie straciła smaku (por. Łk 14,25-35)?
To pytanie, które każdy musi przemyśleć w skrytości serca. Czesław Miłosz napisał traktat teologiczny, odpowiedział na apel Jerzego Nowosielskiego – o wielojęzyczną teologię uprawianą przez wszystkich chrześcijan, nie tylko „zawodowców”.

[Fragment większej całości – skróty pochodzą od redakcji „TP”.]





Pokora i uczciwość
Tomasz Knopik

W „Traktacie” uderzyła mnie pokora, z jaką Miłosz mówi o życiu, twórczości, kontaktach z ludźmi.


Taka, czasem niemal chłodna postawa wobec siebie nadaje niezwykle autentyczny ton poematowi. Czytelnik wie, że w „Traktacie” nie mówi do niego stary mędrzec o twarzy biblijnego faryzeusza, przez całe życie pewny słuszności swoich poglądów, ale stale myślący i analizujący przeszłość (swój los) wiejski „gawędziarz”, nieoczytany, nieobyty w świecie, ale posiadający wyczulony zmysł obserwacji „prowincjusz”, który ma odwagę przyznać się do błędu i za ten błąd szczerze przeprosić. Szacunek dla prawdy, której przecież „nie jest posiadaczem”, jest dla niego wartością naczelną.
Uczciwość – to według mnie „motyw przewodni” „Traktatu”. Miłosz ukazuje w swoim poemacie styl, w jakim powinny być utrzymane dyskusje „teologiczne”. Jest to wysoko postawiona poprzeczka i dla polskich katolików, i dla ich antagonistów. Ale dopiero po jej przeskoczeniu możemy mówić o prawdziwym ekumenizmie. 





Kto to będzie czytał?
Mieczysław Kowalcze

Tak zapytał mnie mój uczeń, kiedy „Tygodnik” wydrukował „Traktat”. Odpowiedziałem: przed laty Miłosz napisał, że nie wierzy, iż jego współwyznawcy potrafią wyobrazić sobie „żywot wieczny”, gdy odmawiają Credo. Nie dał jednak odpowiedzi, co z jego własnym przeżyciem tej tajemnicy. Oto wyznanie poety.


Na początku wszystko wydaje się proste: pierwsze ma być pierwsze, a śmierć nie stanowi ani przeszkody, ani wyzwania. Złudzeniem mędrca jest jednak przekonanie, że łatwo pozostawić za sobą dekadencję języka i wiary. Młodzi świetnie to odczuwają. Jednym poetyckim zaklęciem uporządkować to, co psuł cały wiek! O nie! to zupełnie dziecięce złudzenie lub powód, dla którego tylko stary poeta może taki wiersz napisać. Tym bardziej, że to przecież wyznawca „ciemnej tonacji” i „spadkobierca lóż mistycznych”, który sam ciągle stawał przed takim wyborem. Błaga o cud, będąc świadomy polskiego obciążenia. A gdzie wysiłek? Choćby taki, jak pokonanie swojej niewiary „co drugiego dnia”. Pokonanie – jakże to znane nastolatkom – niechęci do tłumnego celebrowania, zaakceptowanie otoczenia innych modlących się.
Poeta daje świadectwo z jednej strony współuczestnictwa, z drugiej zaś lirycznego traktowania wiary, przypominającej artyście o pięknie i o tajemnicy, dlaczego sprawy Boskie najbliższe są dzieciom. Tutaj wyjaśnia się ufność w dziecięce powołanie, inność, a zarazem chęć wskazywania rozwiązań, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak mówi stary poeta, przy końcu pracy, gdy odważa się pomyśleć, że poetyckie powołanie było tylko czymś zamiast. Pisze więc o teologii, która jest pierwsza, poezja zaś staje się dlań jeszcze jedną jej służką. 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl