W odpowiedzi na „Traktat teologiczny” Czesława
Miłosza
Traktat o dłoniach i rzeczach
STEFAN CHWIN
1. Wielki Piątek
Była matką mojej matki. W głębi serca mówiłem na nią:
„Wandeczka”, choć wiedziałem, że to nie przystoi,
ale to słowo – łatwe do szeptania i żartowania –
dobrze pasowało do tego, co czułem. Wanda Anna Celińska z
domu Danowska, żona kupca zbożowego z Warszawy Czesława Jana
Celińskiego, urodziła się w wieku dziewiętnastym, dokładnie
pod koniec roku 1890 (więc jeszcze za życia Fryderyka
Nietzschego), zmarła zaś w sławnym roku 1984, gdy amerykańskie
imperium zdążyło właśnie ogłosić program gwiezdnych
wojen, a imperium radzieckie kończyło swój żywot, ale
nazwiska „Nietzsche” i „Orwell” nie mówiły
jej nic, tak jak nie mówiły nic (i nadal nic nie mówią)
miliardom ludzi na Ziemi.
Gdy kiedyś, w chwili wzburzenia – było to w porze
gimnazjalnych buntów, które Parandowski ochrzcił piękną
nazwą „nieba w płomieniach” – powiedziałem
do niej twardo: „Bóg umarł” (siedzieliśmy wtedy w
dużym pokoju przy stole nakrytym serwetą, którą sama
wyhaftowała), spojrzała na mnie ze smutkiem znad okularów:
„To prawda. Bóg umarł w Wielki Piątek”.
2. Cierpienie rodziców
Pytanie: Unde malum? zacząłem sobie zadawać dość wcześnie.
Z moją skłonnością do przepastnych rozmyślań w ogrodzie
pod czarną czereśnią, gdzie dumałem nad tym, co mi się
przytrafiło na Ziemi i co mi się jeszcze na Ziemi przytrafi,
wkrótce – i chyba nie mogło być inaczej – wkroczyłem
na szlak myśli zbuntowanej, dobrze znany gnostykom wszystkich
czasów, nie bardzo zresztą wiedząc, co czynię. Sprawił to
widok cierpienia moich rodziców – permanentnej, trwającej
przez całe lata, wyrafinowanej tortury, którą ktoś w niepojętym
dla mnie celu na nich zesłał.
Klasyczny paradoks Bożej wszechmocy i miłosierdzia poznałem
zatem już na początku drogi, co zraniło moją duszę do głębi
i chyba na zawsze. Moi rodzice byli dobrymi ludźmi i w
najmniejszym nawet stopniu nie zasługiwali na to, co ich spotkało.
Gdyby to spadło tylko na mnie, może uderzenie nie byłoby tak
bolesne, ale że chodziło przede wszystkim o nich, już wkrótce
obraz Boga wyraźnie ściemniał w moich oczach. Skoro świat
– rozmyślałem przed zaśnięciem, wpatrzony w okno, za
którym w otchłani czarnego nieba przesypywały się gwiazdy
jak okruchy potłuczonego szkła – skoro świat jest taki,
jaki jest – to znaczy niesprawiedliwy, okropny i raniący
– Bóg z pewnością maczał w tym palce. Bo czy mogło się
stać cokolwiek bez jego wiedzy i zgody?
3. Wiedział o wszystkim
A że wiedzę i zgodę uważałem za jedno, grunt zaczął mi się
rozpadać pod nogami jak Pompeje w dreszczach Wezuwiusza. Bo jeśli
– pytałem siebie – nic nie mogło stać się bez
Jego zgody i wiedzy, to i cierpienie moich rodziców musiało
zostać „zatwierdzone” czy choćby tylko
„przyzwolone” przez Najwyższą Dobroć, tak jak
cierpienie biednego Hioba, którego Najwyższa Dobroć w
porozumieniu z Duchem Ciemności poddała bolesnej próbie. Więcej
nawet – to odkrycie przyprawiało mnie o zawrót głowy
– czyż owego Ducha Ciemności, strasznego Ducha, który
wyrządził tyle szkód w Niebie i na Ziemi, nie stworzyła właśnie
sama Najwyższa Dobroć? Bo czyż nie wiedziała, że aniołowie
w jakiejś chwili podniosą bunt i staną się Duchami Ciemności?
Już zatem w samym akcie stworzenia – takie właśnie myśli
snułem, siedząc pod czarną czereśnią – zawarta była
wiedza (i przyzwolenie?) na to, że gdy nadejdzie stosowna pora,
zdarzy się najpierw bunt aniołów, grzech prarodziców i
wygnanie z Raju, potem zaś upadek cesarstwa rzymskiego, rzeź
albigensów, zagłada Żydów w Auschwitz, rozstrzelanie
polskich oficerów w Katyniu, umieranie milionów ludzi na raka
w lepszych i gorszych klinikach, nie mówiąc już o bombie
atomowej, która w ściśle określonym miejscu i czasie, dokładnie
co do sekundy, spadnie na Hiroszimę, paląc żywcem tysiące
ludzi, którzy właśnie będą myli zęby przed wyjściem do
pracy. Wszystko to było przewidziane w Wielkim Scenariuszu,
podobnie jak cierpienie moich rodziców.
4. Klub obrabowanych
Takie to myśli – równie nierozsądne, co bolesne –
popchnęły mnie tamtego dnia do wypowiedzenia strasznych słów
„Bóg umarł”. Wandeczka jednak przyjęła te słowa
z niepojętym dla mnie spokojem. Przecież – chciałem
zawołać – czyż nie widziała na własne oczy, jak dom
rodziny Celińskich płonął w Powstaniu? Czyż nie straciła
prawie wszystkich swoich bliskich? Czyż jej mąż – mój
dziadek, Czesław Jan Celiński – nie umarł na jej rękach
w podkrakowskiej wsi, gdzie po okropnościach obozu w Pruszkowie
wywieźli go Niemcy? Czyż po wojnie nie musiała jeszcze opuścić
swojej ukochanej Warszawy i przenieść się do obcego,
zrujnowanego miasta o dziwnej nazwie Gdańsk, by „przy córce
prowadzić dom”, chociaż przed wojną była – jak mówiła
z dumą – „żoną handlowca”? Przecież doświadczyła
tych wszystkich okropności! A jednak to ja byłem zraniony do głębi
obecnością Zła, odsłonięty, przebity Ościeniem. Ją
– nie mogłem tego pojąć – jakaś niewidzialna zasłona
odgradzała od świata i od moich niedobrych słów, którymi
chciałem ją zranić.
Cóż za niesprawiedliwość! Czułem się ograbiony,
obrabowany, poniżony, bo – to było bardzo bolesne
odkrycie – w jakiejś chwili uświadomiłem sobie, że nie
zostałem obdarowany tak jak ona. Czyż ona – pytałem
siebie – nie widzi, jaki jest świat? Gdzież ona ma oczy?
Modliła się zawsze wieczorem, klęcząc przy łóżku na
aksamitnej poduszeczce, bo miała nogi chore w stawach. Na krześle
przy łóżku stał maleńki św. Antoni odlany z czarnego żeliwa,
którego, kiedy coś zginęło, zamykała w dłoni, jakby chciała
ogrzać palcami zimny metal, po czym z uniesioną ręką, jak różdżkarz,
który szuka wody w głębi Ziemi, chodziła po całym domu
szukając zguby, która się zwykle po jakimś czasie odnajdywała.
Latem, gdy od strony morza dobiegały pomruki nadciągającej
burzy i chmury kłębiły się nad naszym domem, wróżąc rychłą
ulewę, ustawiała wśród doniczek zielonego geranium zdjęty
ze ściany obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i ciemną twarz
o bizantyjskich rysach obracała ku grożącemu nam niebu. Pamiętam
blask błyskawic odbijający się w szybie i złote ramy, które
połyskiwały fioletową poświatą po każdym uderzeniu
pioruna, ale żaden grom nigdy nie trafił ani w nasz dach, ani
w żadne drzewo w naszym ogrodzie.
Lecz chociaż ten bizantyjski obraz wisiał zawsze nad jej łóżkiem
pod wielkanocnymi palemkami, nie było w niej ani zastarzałego
urazu poniżenia ani kompensacyjnych mitów plemiennych. Jako
unitka z Podlasia chodziła do katolickiego kościoła, z którego
nikt jej nie wypędzał i pewnie po jakimś czasie zupełnie
zapomniała o różnicach, jakie dzieliły jej wiarę od wiary
innych, co przeniosło ją w przestrzeń, w której sprawy narodów
mają znaczenie niewielkie, bo gdy się do takiej przestrzeni
trafi, wie się, że prawdziwie ważne są tylko osobiste
spotkania człowieka z Losem.
5. Mały Prometeusz
Kochałem ją i zżerała mnie zawiść, którą skrywałem głęboko.
Dlaczego – pytałem siebie – nie zostałem
obdarowany jak ona? Bo moja dusza – inaczej niż jej dusza
– była niespokojna. Wszystko, co mnie otaczało, raniło
mnie, bo miało jakąś sekretną skazę, której inni –
zawsze mnie to wprawiało w zdumienie – nie widzieli albo
nie chcieli widzieć. Nawet najpiękniejszy pejzaż, który
budził zachwyty od stuleci, wzniosły, arkadyjski, burzliwy,
promienny, nie potrafił nasycić moich oczu, które chciały
czegoś więcej i więcej. Wściekłe wymagania! Żadnej miary!
Wszystko, czego się tknąłem, nie dorastało do moich pragnień,
nawet gdy zbliżało się do doskonałości, jakby mi ktoś oczy
wyjął z powiek i na ich miejsce wstawił jakieś oczy wewnętrzne,
dużo bardziej przenikliwe i bezlitosne, które niby widziały
świat, tak jak wszyscy widzą, a jednak wiecznie wypatrywały
czegoś poza światem. Każda radość była zatruta. Z jakiegoś
tajemnego powodu, którego nie potrafiłem przeniknąć, świat
nie potrafił sprostać moim oczekiwaniom. Ślady Cienia nie
potrafiły zniknąć.
Dlatego posuwałem się za daleko. W niedobrych chwilach mówiłem
do siebie: „Gdybym ja to wszystko stworzył, stworzyłbym
dużo lepiej” – pierwszy krok na drodze do
piekielnych otchłani, gdzie z pewnością roi się od
szlachetnych naprawiaczy Dzieła Stworzenia, którzy mają w głowie
tylko znakomite – jak mniemają – pomysły na budowę
nowego dużo lepszego świata, Boga zaś uważają – co
zrozumiałe – za drobną przeszkodę w realizacji
ambitnych zamierzeń.
6. Niedobra pora
Ale babcia Celińska do Boga nie miała nigdy żadnych
pretensji, chociaż wiedziała o obozie koncentracyjnym
Auschwitz tyle samo co ja (i Różewicz), a może i więcej, na
likwidację warszawskiego getta zaś patrzyła ze ściśniętym
gardłem z okna swojej kamienicy. Okropność świata, którą
widziały jej oczy, nie przenikała do jej serca. Kręciłem
tylko głową: – Cóż za ślepota! Cóż za naiwność!
Nigdy by w jej głowie nawet nie postało, by wiązać Zło z
Najwyższą Dobrocią. Bóg był dobry, szatan był zły i tyle.
Jeśli na świecie królowało zło, to była sprawka tego
ostatniego. Wierzyła w Chrystusa łagodnego i słabego, który
na pewno zwycięży, kiedy przyjdzie czas, na razie trzeba
jednak przeczekać niedobrą porę, choć pora ta – cóż
robić! – trochę się przedłuża. Teraz szatan jest
mocny, trzymał z nim Hitler, ale to się skończy i Hitler
zostanie przykładnie ukarany. Gdybym jej powiedział, że żyjemy
na Ziemi Ulro, pewnie by tylko uniosła brwi w najprawdziwszym
zdumieniu. Granice były wyraźne. Odpowiedzialność
rozdzielona. „Jeśli będę żyła w zgodzie z
Przykazaniami, dostanę się do Nieba, gdzie czeka na mnie Czesław.
Ty też tak postępuj”. Mówiła o dziadku zawsze ciepło,
chociaż od jego śmierci minęło pół wieku i to zadziwiające,
nieustające ciepło wyczuwałem w każdym jej słowie, nawet
kiedy mnie karciła za drobne i większe przewinienia, na które
– jak mówiła – nie było lekarstwa.
7. Ojczyzna
Ale prawdziwą ojczyzną tego ciepła były jej dłonie.
Wystarczyło tylko, by te swoje ciepłe, dobre dłonie położyła
na mojej dłoni, a zmieniało się wszystko. Cień Ziemi Ulro
rozwiewał się jak dymek z papierosa. Gdy trochę podrosłem,
zacząłem podejrzewać, że dar, który otrzymała od Losu, że
ten dar... Ach, Boże drogi! Czułem, że to nie ona, lecz jej
ciało przemawia do mnie tą piękną, prostą mową wiary, co
budziło mój zachwyt i oburzało, bo jakże to tak? –
przecież widziałem, że nie było w tym wszystkim żadnej zasługi
duszy, żadnego starania, żadnej pracy wewnętrznej. Ona dostała
to już w chwili urodzenia – za nic. Żadnych zasług
– a takie bogactwo.
Lubiłem, kiedy mnie głaskała po włosach. Robiła to zawsze,
kiedy jadłem śniadanie przed wyjściem do szkoły. Nigdy nie
zapomnę tego dotyku. Nawet dzisiaj, gdy nie mogę zasnąć po
ciężkim dniu, w ciemności czekam, aż ten dotyk znów do mnie
przyjdzie. Czasami udaje mi się go wywołać w snach. Jest
wtedy tak rzeczywisty, że budzę się myśląc, że babcia Celińska
wciąż żyje i zaraz usłyszę jej kroki z kuchni.
Trudno się więc dziwić, że gdy dorosłem, szukałem w
kobietach choćby cienia tamtego dotyku. Instynktownie szukałem
kobiet – jakże to powiedzieć? – dobrze
zadomowionych w istnieniu. Motorem była bezsilna zazdrość.
8. Dłonie i rzeczy
Bo kobiety były rozmaite. Zadomowione w istnieniu zdarzały się
rzadko, podobnie zresztą jak mężczyźni. Może właśnie
dlatego dość wcześnie zacząłem obserwować konszachty
kobiet z materią. Pochłaniały mnie prawdziwe studia nad naturą
dotyku, filozoficzne dywagacje nad kształtem palców, alchemia
linii papilarnych, rzucająca światło na zagadkę wygnania.
Dzieliłem ludzi wedle sposobu chodzenia, ruchu rąk, a przede
wszystkim wedle sposobu ujmowania rzeczy. Klasyfikacje godne
Linneusza! O tak, to było bardzo ważne, jak ludzie ujmują pióro,
filiżankę, kartkę, nóż, bilet tramwajowy, zapałkę, jabłko,
jak unoszą, przenoszą, odkładają, przesuwają, przysuwają,
zakręcają, odkręcają, podrzucają, obracają, popychają,
myją, wycierają, polerują... Dłonie i rzeczy! Subtelny balet
palców! Partytury dotyku! Badałem mikroświat gestów, uchodzący
za niewarte uwagi głupstwo i kto wie, może już wtedy zacząłem
się domyślać, że to, co się dzieje między nami a rzeczami,
jest równie ważne dla poznania naszego ziemskiego bytu jak słowa,
które wypowiadamy, bo czasem w drobnym geście odsłania się
ważna tajemnica człowieka.
To upodobanie do obserwacji dotyku i gestu miało mi pozostać
na całe życie. Więc byłem astronomem rąk, Kopernikiem obrotów
rzeczy w palcach, który tylko pozornie wyglądał na chłopca wędrującego
wśród ludzi? Porządkowałem subtelne odmiany ruchów dłoni
zgarniającej popiół z papierosa na serwetkę. Notowałem w
pamięci sposoby zginania palca serdecznego, kciuka i małego
przy otwieraniu książki. Śledziłem sposoby mieszania herbaty
srebrną łyżeczką. Szybkość zwierania palców na klamce. Zręczne
zwinięcia dłoni przy podnoszeniu klucza ze stołu. Sposoby
zgniatania papieru w kulkę. Przecierania karafki lnianą szmatką.
Unoszenia kieliszka. Liczenia pieniędzy. Krojenia warzyw.
Obierania jabłek. Trzymania ołówka. Prowadzenia pióra po
kartce. A każdy z tych mikrogestów mówił mi coś o związkach
duszy ze światem.
9. Sprawa igły
Uważnie obserwowałem sposoby podawania ręki. Lubiłem –
tak jak Vermeer – patrzeć na kobiety szyjące, piszące
listy, czytające książkę, obierające jabłko albo
brzoskwinię, szydełkujące, drylujące wiśnie, lakierujące
paznokcie, malujące usta szminką czy robiące na drutach i
wcale nie dlatego, że – jak mówił Ojciec – wywiązywały
się ze swoich „kobiecych obowiązków”, tylko znowu
– po prostu z dzikiej zazdrości.
W takich chwilach moje oko śledzące krętą pracę igły zgłębiało
trudny sekret idiosynkrazji, tajemnego uczucia, którego zgłębienie
wiele by powiedziało o naszym ziemskim istnieniu. Mój podziw
budzili ludzie o czułych palcach, pracujący w ciepłej zgodzie
z materią – hafciarze, tkacze, krawcy, rytownicy,
szlifierze, zegarmistrze, miniaturzyści malujący na emalii,
kaligrafowie, gotyccy kopiści, mistrzowie mikroskopijnych
przestrzeni, większych od oceanu, argonauci parocentymetrowych
mórz, na których wiały prawdziwe huragany, bo z moich palców
– podobnie jak z palców większości ludzi na Ziemi
– igła wyślizgiwała się natychmiast, z ironicznym błyskiem
znikając w szparze podłogi i tylko między ściśniętymi
rozpaczliwie opuszkami pozostawała osierocona nitka, świecąca
jak srebrny włos anioła, który uleciał w niebo pozostawiając
za sobą garstkę chłopięcego śmiechu.
10. Pomocnice w istnieniu
Kobiety dzieliły się na wygnanki i pomocnice w istnieniu. Mężczyźni
dzielili się tak samo, tyle tylko, że pilniej maskowali swój
sekret. Obowiązywała ich obojętność, to znaczy udawanie.
Kobiety były bardziej odsłonięte. Rzadko udawały. Patrząc
na te, które krawiecką igłą nerwowo, w pośpiechu,
nienawistnie kłuły jedwab czy kreton, by jak najszybciej skończyć
tę „przeklętą robotę”, bo materiał „drażnił”
im koniuszki palców i „wchodził pod paznokcie”,
czułem całą skórą to ich swędzące rozdrażnienie, na które
niewiadomym wyrokiem zostały przez kogoś skazane. Urzekały
mnie kobiety, które z czułą i trochę bezczelną łatwością
bawiły się igłą, kretonem, jedwabiem i taftą. Które się
nie wściekały, że muszą coś przyszyć angielskim ściegiem,
wymagającym nie tylko czułości, lecz i talentu. Które nie
przeklinały, że „nie mogą nawlec tej przeklętej igły”.
Kochałem obrazy Vermeera, na których kobieta, dotykając
aksamitu czy jedwabiu, cieszyła się porowatością, śliskością,
gładkością świata, tak jakby barwna materia była domowym
emblematem Wszystkiego, a cała scena alegorią radości z własnego
istnienia. Bo cieszyć się z własnego istnienia to wcale nie
była prosta sprawa. Niewielu to potrafiło. Dlatego lubiłem
patrzeć na ręce Wandeczki. Metalowym szydełkiem, które
obracało się w jej palcach ze zdumiewającą lekkością, błyskając
raz po raz znad oczek i pętelek, snuła białą kanwę obrusa,
przeznaczonego na stół w dużym pokoju, a raczej prawdziwą nić
Ariadny, którą chciała mnie poprowadzić przez ciemności życia.
Zachwycały mnie dziewczynki, które z ciepłym, ironicznym uśmieszkiem
potrafiły położyć sobie żywego ślimaka na gołym ramieniu,
mrucząc: „Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na
pierogi...”, czego ja – podobnie jak wielu z nas
– nie byłbym w stanie zrobić nigdy. Bo ja też miałem
swój prywatny Sybir. Dlatego szukałem kogoś, kto by mnie z
tego Sybiru, z tej Ziemi Egipskiej, z tego Domu Niewoli
wyprowadził, ale dość szybko pojąłem, że słowo –
nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów – jest w
tej sprawie bezsilne i wygnanie można uleczyć tylko dotykiem
albo choćby czułą obserwacją dotyku, w której ciekawość
łączy się z empatią, ale o rzeczywistym powrocie do Ogrodu
Świata mogę tylko marzyć. Nie dla psa kiełbasa. Bo ci, którzy
zostali wygnani – takie podejrzenie narodziło się w moim
sercu – zostali wygnanymi na zawsze i pozostaje im tylko
komedia pozorów – próba zaleczenia rany plastrem
teologii, wędrującej po obrzeżach herezji w poszukiwaniu
obrazów i symboli, mających podobno – złudna nadzieja!
– nas uzdrowić.
11. Delegatki natury
Dlatego obraz kobiety stojącej przed lustrem nabierał tak głębokich
znaczeń. Z jakimże to świętym skupieniem obserwowałem
sposoby przygładzania włosów, giętkie zakładanie palcem
kosmyka za ucho, przeciąganie poślinionym palcem po brwiach.
Urzekały mnie – ale czy tylko mnie, czy nie przypadkiem
także Balthusa? – chwile narcystycznego zamyślenia u
dziewcząt z książką w palcach, które bawiły się własnymi
włosami, moszcząc się w swoim ciele jak w gnieździe. Mama mówiła
o nich z odrobiną nagany, bo ceniła samoświadomość i
dyscyplinę, ale mnie ta senna i bezpieczna zgoda na własne
istnienie, spokojna, podszyta nieświadomą pychą
samowystarczalność chwytała za gardło, jakby przeklęta
granica między ciałem i światem wyparowała chociaż na kilka
chwil i byłem świadkiem pogodzenia jadowitych przeciwieństw,
które i mnie rozdzierały.
Bo były też Ewy żyjące w wiecznej niezgodzie ze światem.
Ptasie kurczenie łokci przy jedzeniu. Ostrożne siadanie na
brzeżku krzesła. Kulenie się. Strachliwe dziobanie widelcem
kartofelka na talerzu. Nerwowe, pełne irytacji krojenie chleba.
Jakież tam znowu z nich były delegatki natury! Instynktownie
cofały rękę. Skłócone z materią, nienawistne, nieszczęśliwe.
Wypędzone z istnienia. Na wiecznej emigracji. Na wiecznym
Sybirze. Byle powiew wiatru potrafił je zranić do krwi. Kuchnię
odczuwały jako piekło dotyku. Spłukiwały wszystko
natychmiast z dłoni, jakby w prosektorium dotknęły trupa, a
przecież po prostu dotykały świata. Ich ciało było
odgrodzone przerażeniem i odrazą od grzęzawiska, w którym
musiały jakoś żyć – tak jak ja. Rozumiałem je dobrze.
Dłonie Wandeczki czule wycierały porcelanę, emalię, zanurzały
srebro w ciepłej wodzie, opłukiwały szkło w dziwnej zażyłości
z rzeczami, jakby pomiędzy nią a światem gdzieś w niepamiętnych
czasach, in illo tempore, przed założeniem Troi, przed
zburzeniem Rzymu, przed upadkiem Kartaginy, zawiązała się
niepostrzeżenie niedbała, mimowolna przyjaźń, na którą
nikt nie zwracał uwagi, tak była naturalna.
I jeśli poznawałem piekło, to odkrywałem, że piekło
objawia się w głupstwach, które głupstwami wcale nie są:
poczuciem obcości, maskowanym elegancją gestów, higieniczną
obsesją, która wyrasta z nienawiści do własnego zapachu.
Urizen? Urizen przychodził na gotowe. Dość wcześnie, co nie
było ani mądre, ani bezpieczne, zacząłem zgłębiać sekret
wielorakich form naszej obecności w świecie, którego chłopiec
nie powinien się nawet domyślać, a podział na męskie i żeńskie
– przynajmniej w tym punkcie – przestał dla mnie
wiele znaczyć. Granica przebiegała gdzie indziej.
12. Ciepłe gniazdo
Lecz jeśli ona już w chwili urodzenia została tak obsypana
darami, o których ja mogłem tylko marzyć, to między mną i
nią rozpościerała się przepaść dużo większa niż przepaść,
jaka dzieli odległe gatunki zwierząt. Jeśli ona była z
Ziemi, ja byłem z Księżyca. To chyba dlatego moje bluźniercze
„Bóg umarł” odbiło się od niej jak grad od
szyby. Krążyliśmy po obcych orbitach, choć byliśmy sobie
bardzo bliscy. Niedobre pytania same cisnęły się do ust. A jeśli
nasza wiara jest taka, jaki jest sposób naszego istnienia w świecie,
na który zostaliśmy skazani niewiadomym wyrokiem już w chwili
urodzenia? Powoli odkrywałem cielesną tajemnicę
metafizycznych uskrzydleń i niepokojów skrytą w marzeniu o
Adamie Kadmonie, którego anielskie, niewidzialne ciało, wolne
od przymusów fizjologii i seksu, wyzwolone z ciężaru materii
– jak to sobie wyobrażali wygnańcy – miało nie
podlegać władzy Księcia Tego Świata.
Ona zaś? Ona nie musiała marzyć o żadnym Adamie Kadmonie.
Jej teologia miała zapach owoców, koronek prasowanych gorącym
żelazkiem, świeżo umytej białej skóry i mokrych dalii gołą
ręką zrywanych rano po nocnym deszczu.
„Przynieś no rurki. Ale na jednej nodze” – mówiła
do mnie, rozplatając warkocz, starannie zwinięty na głowie w
kunsztowny koczek, przekłuty w paru miejscach szpilkami z perłową
główką. Biegłem do kuchni, przeskakując próg, jakbym miał
skrzydła Hermesa u kostek. Na gazowym palniku, błękitnym od płomienia,
grzały się rurkowate szczypce z rozjaśnionymi od setek dotknięć
rączkami. Chwytałem je ostrożnie przez płócienny ręcznik i
uważnie niosłem przed sobą jak kadzielnicę, bo z rurek unosił
się lekki jak mgiełka błękitny dymek. Odbierała ode mnie
szczypce z równie czułą uwagą, po czym kiwnięciem głowy
dawała znak, że chce zostać sama. Na stole, oparte o wazon z
kwiatami, stało lusterko w srebrnej ramce, pęknięte w górnym
rogu, w którym widziałem odbicie jej twarzy. Wychodziłem, nie
domykając drzwi, bo już po chwili na palcach zbliżałem się
do szpary, by znów na nią patrzeć. Obraz, który ukazywał się
moim oczom, był pełen nieodgadnionych znaczeń, których z
pewnością nigdy nie poznam do końca. Przechylała głowę, by
rozpuścić włosy, potem dłonią chwytała grubsze pasmo,
wplatała je między gorące rurki szczypiec, zaciskała rączki
i już po chwili w pokoju rozchodził się dziwny, drażniący,
a jednak bardzo przyjemny zapach gorąca i czegoś jeszcze, co
było tajemnicze i groźne. Patrzyłem przez szparę na
wszystko, a ona chyba wiedziała, że patrzę, bo – jak mi
się zdawało – uśmiechała się do siebie, przymykając
oczy i to pozorowanie niewiedzy łączyło nas mocną więzią,
której natury nie pojmowałem.
Po kilku minutach jej włosy falowały jak włosy aktorek z
ostatniej strony okładki tygodnika „Świat”.
„Już mogę?” – pytałem zza drzwi, udając,
że dopiero do nich podszedłem. „Możesz, możesz”
– Wandeczka poprawiała sploty, tak by płynnie ułożyły
się w piękny lok nad czołem. „No jak?” –
patrzyła na mnie wesołą źrenicą, w której lśniło żywe
światło ironii. „Bardzo ładnie” – odpowiadałem
z powagą, a Wandeczka pozwalała mi, gdy tylko podszedłem do
stołu, dotknąć fali, która była jeszcze ciepła od
rozgrzanego metalu i spływała wzdłuż zaróżowionego
policzka na ramię. Włosy, które czułem pod palcami, były miękkie,
cieniutkie i sprężyste jak miedziane druciki z czeskiego radia
Tesla. Odnosiłem szczypce do kuchni z żalem, że wszystko trwało
tak krótko.
13. Mętny eliksir
Lecz kiedy spadło na nią nieszczęście, pomyślałem, że
teraz zawali się wszystko. Szła do sklepu, z wielkim trudem
przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, w czarnym płaszczu
z satyny, w czarnych pończochach, w trzewikach z żelazną
klamerką, podpierając się laską z grubym gumowym końcem, który
miękko stawiała przed sobą na płytach chodnika. Chciałem ją
wyręczać w różnych sprawach, ale nie pozwalała. Nigdy się
nie skarżyła na bóle, tylko nocą wstrzymywała oddech w
ciemności, wtedy wiedziałem, że znów się zaczyna, lecz
nazajutrz, gdy słońce świeciło nad wielką brzozą, chętnie,
oparta łokciami o parapet, rozmawiała z ludźmi przez okno.
Zatrzymywali się na chodniku i z podniesioną głową
odpowiadali na jej pytania i żarty.
Więc jednak – pytałem siebie – dusza śpiewa w nas
swoją piosenkę obojętna na to, co dzieje się z ciałem?
Przecież powinna wściec się na los, że ją tak urządził. Zło
ją dopadło i z całą pewnością nie było to tylko zło jako
brak dobra. A jednak barwa jej głosu nie zmieniła się. Udręczona
cierpieniem obsypywała mnie darami od rana do wieczora jak
dawniej. Kręciłem się przy niej jak mały wampir, tak by mogła
raz po raz wzburzyć mi włosy tym swoim miękkim dotknięciem dłoni,
które tak lubiłem. Pod tym dotknięciem rozkwitałem. Lecz czy
– jasnowłosy, wrażliwy, mający w przyszłości czytać
Platona i Baudelaire’a – piłem z jej dłoni wodę
życia, czy raczej mętny, choć pożywny, eliksir zapomnienia,
niewiedzy i ogłuszenia, sporządzany przez wieśniaczkę w
baranim kożuchu, która uwierzyła w Bóstwo? Unde malum? Ktoś
mądry, czuły i cierpliwy zaszczepił jej pod sercem ognisko
wewnętrznego blasku, z którego już wtedy – sprytny,
przewidujący – czerpałem siłę do przetrwania rzeczy
najgorszych?
14. Kalekie dziecko
Bo we mnie takie ognisko nie płonęło. Byłem drobny, zwinny,
kruchy i podatny na byle zranienie. Dlatego łapczywie
potrzebowałem piękna, które przysłoniłoby okropność świata.
Bo w pięknie świata Bóg łagodniał, a sam świat stawał się
do zniesienia jak każda rzecz opromieniona światłem Erosa.
Dopiero rozpoznając ten szyfr oddychałem z ulgą. Bóg-Artysta,
utalentowany autor zórz i morskich zachodów słońca, wirtuoz
gry słonecznym światłem na liściach, taki Bóg znajdował w
moich oczach rozgrzeszenie. Pod jego skrzydłami na moment
potrafiłem zapomnieć o cierpieniu rodziców. Lecz ona piękna
świata nie potrzebowała do niczego. Lubiła oczywiście piękne
rzeczy i widoki, ale były przecież sprawy dużo ważniejsze.
Moje oczy żarłocznie wypatrywały piękna, by się w nim
schronić choćby na chwilę. Bo świat był piękny, ale piękny
tak sobie, nie za bardzo. Szukałem gdzie się da wysp piękna,
żeby obronić się przed – piękne słowo! –
ciernistym doświadczeniem idiosynkrazji, którego tajemnicze
esencje zacząłem zgłębiać.
Stąd wzięła się u mnie pasja rysowania. Szlachetna kradzież
ziemskiego piękna przy pomocy kredek. Z okruchów piękna
rozsypanych po świecie, jak Adam Kadmon z okruchów boskiej Światłości
rozproszonych w mrokach materii, lepiłem sobie gniazdo, by w
nim zamieszkać choćby na parę sekund. Inaczej z pisaniem. Bo
kiedy zacząłem pisać, pisałem przede wszystkim z zemsty za
to, że świat jest nie dość piękny. Zło potrafiłem wybaczyć.
Brak piękna – lepką szarość dnia i nocy, tak dolegliwą
w brudnych mgłach listopada, w której tonęliśmy wszyscy bez
oddechu – nigdy. To także nas dzieliło. Mnie brak piękna
raził i ranił. Ona przyjmowała ten brak wyrozumiale, jak
matka, która kocha swoje dziecko i pomimo rażącego kalectwa
potrafi je tulić do piersi z uśmiechem. Nie bała się dotknąć
świata takim, jakim był.
A we mnie sekretnymi drogami teologia, do której miałem skryte
skłonności, destylowała się w estetykę, kapryśną władzę
sądzenia, co nie było ani właściwe, ani dobre dla młodej,
ciekawej świata duszy, która zaczynała wierzyć, że zło
przesłonięte pięknem choćby na chwilę powróci tam, gdzie
jego miejsce – na margines bytu. Zżerało mnie to, że
tych chwil jest tak mało, bo zasłona w rajskie ptaki odgradzająca
nas od Ciemności, o której śnił William Blake, pruje się
bezustannie na naszych oczach, a zeszyć ją trudno, jeśli nie
jest się prawdziwym Tkaczem.
Stefan Chwin
|