W odpowiedzi na „Traktat teologiczny” Czesława Miłosza

Traktat o dłoniach i rzeczach

STEFAN CHWIN

 

1. Wielki Piątek
Była matką mojej matki. W głębi serca mówiłem na nią: „Wandeczka”, choć wiedziałem, że to nie przystoi, ale to słowo – łatwe do szeptania i żartowania – dobrze pasowało do tego, co czułem. Wanda Anna Celińska z domu Danowska, żona kupca zbożowego z Warszawy Czesława Jana Celińskiego, urodziła się w wieku dziewiętnastym, dokładnie pod koniec roku 1890 (więc jeszcze za życia Fryderyka Nietzschego), zmarła zaś w sławnym roku 1984, gdy amerykańskie imperium zdążyło właśnie ogłosić program gwiezdnych wojen, a imperium radzieckie kończyło swój żywot, ale nazwiska „Nietzsche” i „Orwell” nie mówiły jej nic, tak jak nie mówiły nic (i nadal nic nie mówią) miliardom ludzi na Ziemi. 
Gdy kiedyś, w chwili wzburzenia – było to w porze gimnazjalnych buntów, które Parandowski ochrzcił piękną nazwą „nieba w płomieniach” – powiedziałem do niej twardo: „Bóg umarł” (siedzieliśmy wtedy w dużym pokoju przy stole nakrytym serwetą, którą sama wyhaftowała), spojrzała na mnie ze smutkiem znad okularów: „To prawda. Bóg umarł w Wielki Piątek”.

2. Cierpienie rodziców 
Pytanie: Unde malum? zacząłem sobie zadawać dość wcześnie. Z moją skłonnością do przepastnych rozmyślań w ogrodzie pod czarną czereśnią, gdzie dumałem nad tym, co mi się przytrafiło na Ziemi i co mi się jeszcze na Ziemi przytrafi, wkrótce – i chyba nie mogło być inaczej – wkroczyłem na szlak myśli zbuntowanej, dobrze znany gnostykom wszystkich czasów, nie bardzo zresztą wiedząc, co czynię. Sprawił to widok cierpienia moich rodziców – permanentnej, trwającej przez całe lata, wyrafinowanej tortury, którą ktoś w niepojętym dla mnie celu na nich zesłał.
Klasyczny paradoks Bożej wszechmocy i miłosierdzia poznałem zatem już na początku drogi, co zraniło moją duszę do głębi i chyba na zawsze. Moi rodzice byli dobrymi ludźmi i w najmniejszym nawet stopniu nie zasługiwali na to, co ich spotkało. Gdyby to spadło tylko na mnie, może uderzenie nie byłoby tak bolesne, ale że chodziło przede wszystkim o nich, już wkrótce obraz Boga wyraźnie ściemniał w moich oczach. Skoro świat – rozmyślałem przed zaśnięciem, wpatrzony w okno, za którym w otchłani czarnego nieba przesypywały się gwiazdy jak okruchy potłuczonego szkła – skoro świat jest taki, jaki jest – to znaczy niesprawiedliwy, okropny i raniący – Bóg z pewnością maczał w tym palce. Bo czy mogło się stać cokolwiek bez jego wiedzy i zgody? 

3. Wiedział o wszystkim
A że wiedzę i zgodę uważałem za jedno, grunt zaczął mi się rozpadać pod nogami jak Pompeje w dreszczach Wezuwiusza. Bo jeśli – pytałem siebie – nic nie mogło stać się bez Jego zgody i wiedzy, to i cierpienie moich rodziców musiało zostać „zatwierdzone” czy choćby tylko „przyzwolone” przez Najwyższą Dobroć, tak jak cierpienie biednego Hioba, którego Najwyższa Dobroć w porozumieniu z Duchem Ciemności poddała bolesnej próbie. Więcej nawet – to odkrycie przyprawiało mnie o zawrót głowy – czyż owego Ducha Ciemności, strasznego Ducha, który wyrządził tyle szkód w Niebie i na Ziemi, nie stworzyła właśnie sama Najwyższa Dobroć? Bo czyż nie wiedziała, że aniołowie w jakiejś chwili podniosą bunt i staną się Duchami Ciemności? 
Już zatem w samym akcie stworzenia – takie właśnie myśli snułem, siedząc pod czarną czereśnią – zawarta była wiedza (i przyzwolenie?) na to, że gdy nadejdzie stosowna pora, zdarzy się najpierw bunt aniołów, grzech prarodziców i wygnanie z Raju, potem zaś upadek cesarstwa rzymskiego, rzeź albigensów, zagłada Żydów w Auschwitz, rozstrzelanie polskich oficerów w Katyniu, umieranie milionów ludzi na raka w lepszych i gorszych klinikach, nie mówiąc już o bombie atomowej, która w ściśle określonym miejscu i czasie, dokładnie co do sekundy, spadnie na Hiroszimę, paląc żywcem tysiące ludzi, którzy właśnie będą myli zęby przed wyjściem do pracy. Wszystko to było przewidziane w Wielkim Scenariuszu, podobnie jak cierpienie moich rodziców.

4. Klub obrabowanych
Takie to myśli – równie nierozsądne, co bolesne – popchnęły mnie tamtego dnia do wypowiedzenia strasznych słów „Bóg umarł”. Wandeczka jednak przyjęła te słowa z niepojętym dla mnie spokojem. Przecież – chciałem zawołać – czyż nie widziała na własne oczy, jak dom rodziny Celińskich płonął w Powstaniu? Czyż nie straciła prawie wszystkich swoich bliskich? Czyż jej mąż – mój dziadek, Czesław Jan Celiński – nie umarł na jej rękach w podkrakowskiej wsi, gdzie po okropnościach obozu w Pruszkowie wywieźli go Niemcy? Czyż po wojnie nie musiała jeszcze opuścić swojej ukochanej Warszawy i przenieść się do obcego, zrujnowanego miasta o dziwnej nazwie Gdańsk, by „przy córce prowadzić dom”, chociaż przed wojną była – jak mówiła z dumą – „żoną handlowca”? Przecież doświadczyła tych wszystkich okropności! A jednak to ja byłem zraniony do głębi obecnością Zła, odsłonięty, przebity Ościeniem. Ją – nie mogłem tego pojąć – jakaś niewidzialna zasłona odgradzała od świata i od moich niedobrych słów, którymi chciałem ją zranić.
Cóż za niesprawiedliwość! Czułem się ograbiony, obrabowany, poniżony, bo – to było bardzo bolesne odkrycie – w jakiejś chwili uświadomiłem sobie, że nie zostałem obdarowany tak jak ona. Czyż ona – pytałem siebie – nie widzi, jaki jest świat? Gdzież ona ma oczy? Modliła się zawsze wieczorem, klęcząc przy łóżku na aksamitnej poduszeczce, bo miała nogi chore w stawach. Na krześle przy łóżku stał maleńki św. Antoni odlany z czarnego żeliwa, którego, kiedy coś zginęło, zamykała w dłoni, jakby chciała ogrzać palcami zimny metal, po czym z uniesioną ręką, jak różdżkarz, który szuka wody w głębi Ziemi, chodziła po całym domu szukając zguby, która się zwykle po jakimś czasie odnajdywała. Latem, gdy od strony morza dobiegały pomruki nadciągającej burzy i chmury kłębiły się nad naszym domem, wróżąc rychłą ulewę, ustawiała wśród doniczek zielonego geranium zdjęty ze ściany obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i ciemną twarz o bizantyjskich rysach obracała ku grożącemu nam niebu. Pamiętam blask błyskawic odbijający się w szybie i złote ramy, które połyskiwały fioletową poświatą po każdym uderzeniu pioruna, ale żaden grom nigdy nie trafił ani w nasz dach, ani w żadne drzewo w naszym ogrodzie.
Lecz chociaż ten bizantyjski obraz wisiał zawsze nad jej łóżkiem pod wielkanocnymi palemkami, nie było w niej ani zastarzałego urazu poniżenia ani kompensacyjnych mitów plemiennych. Jako unitka z Podlasia chodziła do katolickiego kościoła, z którego nikt jej nie wypędzał i pewnie po jakimś czasie zupełnie zapomniała o różnicach, jakie dzieliły jej wiarę od wiary innych, co przeniosło ją w przestrzeń, w której sprawy narodów mają znaczenie niewielkie, bo gdy się do takiej przestrzeni trafi, wie się, że prawdziwie ważne są tylko osobiste spotkania człowieka z Losem.

5. Mały Prometeusz
Kochałem ją i zżerała mnie zawiść, którą skrywałem głęboko. Dlaczego – pytałem siebie – nie zostałem obdarowany jak ona? Bo moja dusza – inaczej niż jej dusza – była niespokojna. Wszystko, co mnie otaczało, raniło mnie, bo miało jakąś sekretną skazę, której inni – zawsze mnie to wprawiało w zdumienie – nie widzieli albo nie chcieli widzieć. Nawet najpiękniejszy pejzaż, który budził zachwyty od stuleci, wzniosły, arkadyjski, burzliwy, promienny, nie potrafił nasycić moich oczu, które chciały czegoś więcej i więcej. Wściekłe wymagania! Żadnej miary! Wszystko, czego się tknąłem, nie dorastało do moich pragnień, nawet gdy zbliżało się do doskonałości, jakby mi ktoś oczy wyjął z powiek i na ich miejsce wstawił jakieś oczy wewnętrzne, dużo bardziej przenikliwe i bezlitosne, które niby widziały świat, tak jak wszyscy widzą, a jednak wiecznie wypatrywały czegoś poza światem. Każda radość była zatruta. Z jakiegoś tajemnego powodu, którego nie potrafiłem przeniknąć, świat nie potrafił sprostać moim oczekiwaniom. Ślady Cienia nie potrafiły zniknąć.
Dlatego posuwałem się za daleko. W niedobrych chwilach mówiłem do siebie: „Gdybym ja to wszystko stworzył, stworzyłbym dużo lepiej” – pierwszy krok na drodze do piekielnych otchłani, gdzie z pewnością roi się od szlachetnych naprawiaczy Dzieła Stworzenia, którzy mają w głowie tylko znakomite – jak mniemają – pomysły na budowę nowego dużo lepszego świata, Boga zaś uważają – co zrozumiałe – za drobną przeszkodę w realizacji ambitnych zamierzeń.

6. Niedobra pora
Ale babcia Celińska do Boga nie miała nigdy żadnych pretensji, chociaż wiedziała o obozie koncentracyjnym Auschwitz tyle samo co ja (i Różewicz), a może i więcej, na likwidację warszawskiego getta zaś patrzyła ze ściśniętym gardłem z okna swojej kamienicy. Okropność świata, którą widziały jej oczy, nie przenikała do jej serca. Kręciłem tylko głową: – Cóż za ślepota! Cóż za naiwność! Nigdy by w jej głowie nawet nie postało, by wiązać Zło z Najwyższą Dobrocią. Bóg był dobry, szatan był zły i tyle. Jeśli na świecie królowało zło, to była sprawka tego ostatniego. Wierzyła w Chrystusa łagodnego i słabego, który na pewno zwycięży, kiedy przyjdzie czas, na razie trzeba jednak przeczekać niedobrą porę, choć pora ta – cóż robić! – trochę się przedłuża. Teraz szatan jest mocny, trzymał z nim Hitler, ale to się skończy i Hitler zostanie przykładnie ukarany. Gdybym jej powiedział, że żyjemy na Ziemi Ulro, pewnie by tylko uniosła brwi w najprawdziwszym zdumieniu. Granice były wyraźne. Odpowiedzialność rozdzielona. „Jeśli będę żyła w zgodzie z Przykazaniami, dostanę się do Nieba, gdzie czeka na mnie Czesław. Ty też tak postępuj”. Mówiła o dziadku zawsze ciepło, chociaż od jego śmierci minęło pół wieku i to zadziwiające, nieustające ciepło wyczuwałem w każdym jej słowie, nawet kiedy mnie karciła za drobne i większe przewinienia, na które – jak mówiła – nie było lekarstwa.

7. Ojczyzna
Ale prawdziwą ojczyzną tego ciepła były jej dłonie. Wystarczyło tylko, by te swoje ciepłe, dobre dłonie położyła na mojej dłoni, a zmieniało się wszystko. Cień Ziemi Ulro rozwiewał się jak dymek z papierosa. Gdy trochę podrosłem, zacząłem podejrzewać, że dar, który otrzymała od Losu, że ten dar... Ach, Boże drogi! Czułem, że to nie ona, lecz jej ciało przemawia do mnie tą piękną, prostą mową wiary, co budziło mój zachwyt i oburzało, bo jakże to tak? – przecież widziałem, że nie było w tym wszystkim żadnej zasługi duszy, żadnego starania, żadnej pracy wewnętrznej. Ona dostała to już w chwili urodzenia – za nic. Żadnych zasług – a takie bogactwo.
Lubiłem, kiedy mnie głaskała po włosach. Robiła to zawsze, kiedy jadłem śniadanie przed wyjściem do szkoły. Nigdy nie zapomnę tego dotyku. Nawet dzisiaj, gdy nie mogę zasnąć po ciężkim dniu, w ciemności czekam, aż ten dotyk znów do mnie przyjdzie. Czasami udaje mi się go wywołać w snach. Jest wtedy tak rzeczywisty, że budzę się myśląc, że babcia Celińska wciąż żyje i zaraz usłyszę jej kroki z kuchni.
Trudno się więc dziwić, że gdy dorosłem, szukałem w kobietach choćby cienia tamtego dotyku. Instynktownie szukałem kobiet – jakże to powiedzieć? – dobrze zadomowionych w istnieniu. Motorem była bezsilna zazdrość.

8. Dłonie i rzeczy
Bo kobiety były rozmaite. Zadomowione w istnieniu zdarzały się rzadko, podobnie zresztą jak mężczyźni. Może właśnie dlatego dość wcześnie zacząłem obserwować konszachty kobiet z materią. Pochłaniały mnie prawdziwe studia nad naturą dotyku, filozoficzne dywagacje nad kształtem palców, alchemia linii papilarnych, rzucająca światło na zagadkę wygnania. Dzieliłem ludzi wedle sposobu chodzenia, ruchu rąk, a przede wszystkim wedle sposobu ujmowania rzeczy. Klasyfikacje godne Linneusza! O tak, to było bardzo ważne, jak ludzie ujmują pióro, filiżankę, kartkę, nóż, bilet tramwajowy, zapałkę, jabłko, jak unoszą, przenoszą, odkładają, przesuwają, przysuwają, zakręcają, odkręcają, podrzucają, obracają, popychają, myją, wycierają, polerują... Dłonie i rzeczy! Subtelny balet palców! Partytury dotyku! Badałem mikroświat gestów, uchodzący za niewarte uwagi głupstwo i kto wie, może już wtedy zacząłem się domyślać, że to, co się dzieje między nami a rzeczami, jest równie ważne dla poznania naszego ziemskiego bytu jak słowa, które wypowiadamy, bo czasem w drobnym geście odsłania się ważna tajemnica człowieka.
To upodobanie do obserwacji dotyku i gestu miało mi pozostać na całe życie. Więc byłem astronomem rąk, Kopernikiem obrotów rzeczy w palcach, który tylko pozornie wyglądał na chłopca wędrującego wśród ludzi? Porządkowałem subtelne odmiany ruchów dłoni zgarniającej popiół z papierosa na serwetkę. Notowałem w pamięci sposoby zginania palca serdecznego, kciuka i małego przy otwieraniu książki. Śledziłem sposoby mieszania herbaty srebrną łyżeczką. Szybkość zwierania palców na klamce. Zręczne zwinięcia dłoni przy podnoszeniu klucza ze stołu. Sposoby zgniatania papieru w kulkę. Przecierania karafki lnianą szmatką. Unoszenia kieliszka. Liczenia pieniędzy. Krojenia warzyw. Obierania jabłek. Trzymania ołówka. Prowadzenia pióra po kartce. A każdy z tych mikrogestów mówił mi coś o związkach duszy ze światem.

9. Sprawa igły
Uważnie obserwowałem sposoby podawania ręki. Lubiłem – tak jak Vermeer – patrzeć na kobiety szyjące, piszące listy, czytające książkę, obierające jabłko albo brzoskwinię, szydełkujące, drylujące wiśnie, lakierujące paznokcie, malujące usta szminką czy robiące na drutach i wcale nie dlatego, że – jak mówił Ojciec – wywiązywały się ze swoich „kobiecych obowiązków”, tylko znowu – po prostu z dzikiej zazdrości.
W takich chwilach moje oko śledzące krętą pracę igły zgłębiało trudny sekret idiosynkrazji, tajemnego uczucia, którego zgłębienie wiele by powiedziało o naszym ziemskim istnieniu. Mój podziw budzili ludzie o czułych palcach, pracujący w ciepłej zgodzie z materią – hafciarze, tkacze, krawcy, rytownicy, szlifierze, zegarmistrze, miniaturzyści malujący na emalii, kaligrafowie, gotyccy kopiści, mistrzowie mikroskopijnych przestrzeni, większych od oceanu, argonauci parocentymetrowych mórz, na których wiały prawdziwe huragany, bo z moich palców – podobnie jak z palców większości ludzi na Ziemi – igła wyślizgiwała się natychmiast, z ironicznym błyskiem znikając w szparze podłogi i tylko między ściśniętymi rozpaczliwie opuszkami pozostawała osierocona nitka, świecąca jak srebrny włos anioła, który uleciał w niebo pozostawiając za sobą garstkę chłopięcego śmiechu.

10. Pomocnice w istnieniu
Kobiety dzieliły się na wygnanki i pomocnice w istnieniu. Mężczyźni dzielili się tak samo, tyle tylko, że pilniej maskowali swój sekret. Obowiązywała ich obojętność, to znaczy udawanie. Kobiety były bardziej odsłonięte. Rzadko udawały. Patrząc na te, które krawiecką igłą nerwowo, w pośpiechu, nienawistnie kłuły jedwab czy kreton, by jak najszybciej skończyć tę „przeklętą robotę”, bo materiał „drażnił” im koniuszki palców i „wchodził pod paznokcie”, czułem całą skórą to ich swędzące rozdrażnienie, na które niewiadomym wyrokiem zostały przez kogoś skazane. Urzekały mnie kobiety, które z czułą i trochę bezczelną łatwością bawiły się igłą, kretonem, jedwabiem i taftą. Które się nie wściekały, że muszą coś przyszyć angielskim ściegiem, wymagającym nie tylko czułości, lecz i talentu. Które nie przeklinały, że „nie mogą nawlec tej przeklętej igły”. Kochałem obrazy Vermeera, na których kobieta, dotykając aksamitu czy jedwabiu, cieszyła się porowatością, śliskością, gładkością świata, tak jakby barwna materia była domowym emblematem Wszystkiego, a cała scena alegorią radości z własnego istnienia. Bo cieszyć się z własnego istnienia to wcale nie była prosta sprawa. Niewielu to potrafiło. Dlatego lubiłem patrzeć na ręce Wandeczki. Metalowym szydełkiem, które obracało się w jej palcach ze zdumiewającą lekkością, błyskając raz po raz znad oczek i pętelek, snuła białą kanwę obrusa, przeznaczonego na stół w dużym pokoju, a raczej prawdziwą nić Ariadny, którą chciała mnie poprowadzić przez ciemności życia.
Zachwycały mnie dziewczynki, które z ciepłym, ironicznym uśmieszkiem potrafiły położyć sobie żywego ślimaka na gołym ramieniu, mrucząc: „Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi...”, czego ja – podobnie jak wielu z nas – nie byłbym w stanie zrobić nigdy. Bo ja też miałem swój prywatny Sybir. Dlatego szukałem kogoś, kto by mnie z tego Sybiru, z tej Ziemi Egipskiej, z tego Domu Niewoli wyprowadził, ale dość szybko pojąłem, że słowo – nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów – jest w tej sprawie bezsilne i wygnanie można uleczyć tylko dotykiem albo choćby czułą obserwacją dotyku, w której ciekawość łączy się z empatią, ale o rzeczywistym powrocie do Ogrodu Świata mogę tylko marzyć. Nie dla psa kiełbasa. Bo ci, którzy zostali wygnani – takie podejrzenie narodziło się w moim sercu – zostali wygnanymi na zawsze i pozostaje im tylko komedia pozorów – próba zaleczenia rany plastrem teologii, wędrującej po obrzeżach herezji w poszukiwaniu obrazów i symboli, mających podobno – złudna nadzieja! – nas uzdrowić.

11. Delegatki natury
Dlatego obraz kobiety stojącej przed lustrem nabierał tak głębokich znaczeń. Z jakimże to świętym skupieniem obserwowałem sposoby przygładzania włosów, giętkie zakładanie palcem kosmyka za ucho, przeciąganie poślinionym palcem po brwiach. Urzekały mnie – ale czy tylko mnie, czy nie przypadkiem także Balthusa? – chwile narcystycznego zamyślenia u dziewcząt z książką w palcach, które bawiły się własnymi włosami, moszcząc się w swoim ciele jak w gnieździe. Mama mówiła o nich z odrobiną nagany, bo ceniła samoświadomość i dyscyplinę, ale mnie ta senna i bezpieczna zgoda na własne istnienie, spokojna, podszyta nieświadomą pychą samowystarczalność chwytała za gardło, jakby przeklęta granica między ciałem i światem wyparowała chociaż na kilka chwil i byłem świadkiem pogodzenia jadowitych przeciwieństw, które i mnie rozdzierały.
Bo były też Ewy żyjące w wiecznej niezgodzie ze światem. Ptasie kurczenie łokci przy jedzeniu. Ostrożne siadanie na brzeżku krzesła. Kulenie się. Strachliwe dziobanie widelcem kartofelka na talerzu. Nerwowe, pełne irytacji krojenie chleba. Jakież tam znowu z nich były delegatki natury! Instynktownie cofały rękę. Skłócone z materią, nienawistne, nieszczęśliwe. Wypędzone z istnienia. Na wiecznej emigracji. Na wiecznym Sybirze. Byle powiew wiatru potrafił je zranić do krwi. Kuchnię odczuwały jako piekło dotyku. Spłukiwały wszystko natychmiast z dłoni, jakby w prosektorium dotknęły trupa, a przecież po prostu dotykały świata. Ich ciało było odgrodzone przerażeniem i odrazą od grzęzawiska, w którym musiały jakoś żyć – tak jak ja. Rozumiałem je dobrze. Dłonie Wandeczki czule wycierały porcelanę, emalię, zanurzały srebro w ciepłej wodzie, opłukiwały szkło w dziwnej zażyłości z rzeczami, jakby pomiędzy nią a światem gdzieś w niepamiętnych czasach, in illo tempore, przed założeniem Troi, przed zburzeniem Rzymu, przed upadkiem Kartaginy, zawiązała się niepostrzeżenie niedbała, mimowolna przyjaźń, na którą nikt nie zwracał uwagi, tak była naturalna.
I jeśli poznawałem piekło, to odkrywałem, że piekło objawia się w głupstwach, które głupstwami wcale nie są: poczuciem obcości, maskowanym elegancją gestów, higieniczną obsesją, która wyrasta z nienawiści do własnego zapachu. Urizen? Urizen przychodził na gotowe. Dość wcześnie, co nie było ani mądre, ani bezpieczne, zacząłem zgłębiać sekret wielorakich form naszej obecności w świecie, którego chłopiec nie powinien się nawet domyślać, a podział na męskie i żeńskie – przynajmniej w tym punkcie – przestał dla mnie wiele znaczyć. Granica przebiegała gdzie indziej.

12. Ciepłe gniazdo
Lecz jeśli ona już w chwili urodzenia została tak obsypana darami, o których ja mogłem tylko marzyć, to między mną i nią rozpościerała się przepaść dużo większa niż przepaść, jaka dzieli odległe gatunki zwierząt. Jeśli ona była z Ziemi, ja byłem z Księżyca. To chyba dlatego moje bluźniercze „Bóg umarł” odbiło się od niej jak grad od szyby. Krążyliśmy po obcych orbitach, choć byliśmy sobie bardzo bliscy. Niedobre pytania same cisnęły się do ust. A jeśli nasza wiara jest taka, jaki jest sposób naszego istnienia w świecie, na który zostaliśmy skazani niewiadomym wyrokiem już w chwili urodzenia? Powoli odkrywałem cielesną tajemnicę metafizycznych uskrzydleń i niepokojów skrytą w marzeniu o Adamie Kadmonie, którego anielskie, niewidzialne ciało, wolne od przymusów fizjologii i seksu, wyzwolone z ciężaru materii – jak to sobie wyobrażali wygnańcy – miało nie podlegać władzy Księcia Tego Świata.
Ona zaś? Ona nie musiała marzyć o żadnym Adamie Kadmonie. Jej teologia miała zapach owoców, koronek prasowanych gorącym żelazkiem, świeżo umytej białej skóry i mokrych dalii gołą ręką zrywanych rano po nocnym deszczu.
„Przynieś no rurki. Ale na jednej nodze” – mówiła do mnie, rozplatając warkocz, starannie zwinięty na głowie w kunsztowny koczek, przekłuty w paru miejscach szpilkami z perłową główką. Biegłem do kuchni, przeskakując próg, jakbym miał skrzydła Hermesa u kostek. Na gazowym palniku, błękitnym od płomienia, grzały się rurkowate szczypce z rozjaśnionymi od setek dotknięć rączkami. Chwytałem je ostrożnie przez płócienny ręcznik i uważnie niosłem przed sobą jak kadzielnicę, bo z rurek unosił się lekki jak mgiełka błękitny dymek. Odbierała ode mnie szczypce z równie czułą uwagą, po czym kiwnięciem głowy dawała znak, że chce zostać sama. Na stole, oparte o wazon z kwiatami, stało lusterko w srebrnej ramce, pęknięte w górnym rogu, w którym widziałem odbicie jej twarzy. Wychodziłem, nie domykając drzwi, bo już po chwili na palcach zbliżałem się do szpary, by znów na nią patrzeć. Obraz, który ukazywał się moim oczom, był pełen nieodgadnionych znaczeń, których z pewnością nigdy nie poznam do końca. Przechylała głowę, by rozpuścić włosy, potem dłonią chwytała grubsze pasmo, wplatała je między gorące rurki szczypiec, zaciskała rączki i już po chwili w pokoju rozchodził się dziwny, drażniący, a jednak bardzo przyjemny zapach gorąca i czegoś jeszcze, co było tajemnicze i groźne. Patrzyłem przez szparę na wszystko, a ona chyba wiedziała, że patrzę, bo – jak mi się zdawało – uśmiechała się do siebie, przymykając oczy i to pozorowanie niewiedzy łączyło nas mocną więzią, której natury nie pojmowałem.
Po kilku minutach jej włosy falowały jak włosy aktorek z ostatniej strony okładki tygodnika „Świat”. „Już mogę?” – pytałem zza drzwi, udając, że dopiero do nich podszedłem. „Możesz, możesz” – Wandeczka poprawiała sploty, tak by płynnie ułożyły się w piękny lok nad czołem. „No jak?” – patrzyła na mnie wesołą źrenicą, w której lśniło żywe światło ironii. „Bardzo ładnie” – odpowiadałem z powagą, a Wandeczka pozwalała mi, gdy tylko podszedłem do stołu, dotknąć fali, która była jeszcze ciepła od rozgrzanego metalu i spływała wzdłuż zaróżowionego policzka na ramię. Włosy, które czułem pod palcami, były miękkie, cieniutkie i sprężyste jak miedziane druciki z czeskiego radia Tesla. Odnosiłem szczypce do kuchni z żalem, że wszystko trwało tak krótko.

13. Mętny eliksir
Lecz kiedy spadło na nią nieszczęście, pomyślałem, że teraz zawali się wszystko. Szła do sklepu, z wielkim trudem przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, w czarnym płaszczu z satyny, w czarnych pończochach, w trzewikach z żelazną klamerką, podpierając się laską z grubym gumowym końcem, który miękko stawiała przed sobą na płytach chodnika. Chciałem ją wyręczać w różnych sprawach, ale nie pozwalała. Nigdy się nie skarżyła na bóle, tylko nocą wstrzymywała oddech w ciemności, wtedy wiedziałem, że znów się zaczyna, lecz nazajutrz, gdy słońce świeciło nad wielką brzozą, chętnie, oparta łokciami o parapet, rozmawiała z ludźmi przez okno. Zatrzymywali się na chodniku i z podniesioną głową odpowiadali na jej pytania i żarty.
Więc jednak – pytałem siebie – dusza śpiewa w nas swoją piosenkę obojętna na to, co dzieje się z ciałem? Przecież powinna wściec się na los, że ją tak urządził. Zło ją dopadło i z całą pewnością nie było to tylko zło jako brak dobra. A jednak barwa jej głosu nie zmieniła się. Udręczona cierpieniem obsypywała mnie darami od rana do wieczora jak dawniej. Kręciłem się przy niej jak mały wampir, tak by mogła raz po raz wzburzyć mi włosy tym swoim miękkim dotknięciem dłoni, które tak lubiłem. Pod tym dotknięciem rozkwitałem. Lecz czy – jasnowłosy, wrażliwy, mający w przyszłości czytać Platona i Baudelaire’a – piłem z jej dłoni wodę życia, czy raczej mętny, choć pożywny, eliksir zapomnienia, niewiedzy i ogłuszenia, sporządzany przez wieśniaczkę w baranim kożuchu, która uwierzyła w Bóstwo? Unde malum? Ktoś mądry, czuły i cierpliwy zaszczepił jej pod sercem ognisko wewnętrznego blasku, z którego już wtedy – sprytny, przewidujący – czerpałem siłę do przetrwania rzeczy najgorszych?

14. Kalekie dziecko
Bo we mnie takie ognisko nie płonęło. Byłem drobny, zwinny, kruchy i podatny na byle zranienie. Dlatego łapczywie potrzebowałem piękna, które przysłoniłoby okropność świata. Bo w pięknie świata Bóg łagodniał, a sam świat stawał się do zniesienia jak każda rzecz opromieniona światłem Erosa. Dopiero rozpoznając ten szyfr oddychałem z ulgą. Bóg-Artysta, utalentowany autor zórz i morskich zachodów słońca, wirtuoz gry słonecznym światłem na liściach, taki Bóg znajdował w moich oczach rozgrzeszenie. Pod jego skrzydłami na moment potrafiłem zapomnieć o cierpieniu rodziców. Lecz ona piękna świata nie potrzebowała do niczego. Lubiła oczywiście piękne rzeczy i widoki, ale były przecież sprawy dużo ważniejsze. Moje oczy żarłocznie wypatrywały piękna, by się w nim schronić choćby na chwilę. Bo świat był piękny, ale piękny tak sobie, nie za bardzo. Szukałem gdzie się da wysp piękna, żeby obronić się przed – piękne słowo! – ciernistym doświadczeniem idiosynkrazji, którego tajemnicze esencje zacząłem zgłębiać.
Stąd wzięła się u mnie pasja rysowania. Szlachetna kradzież ziemskiego piękna przy pomocy kredek. Z okruchów piękna rozsypanych po świecie, jak Adam Kadmon z okruchów boskiej Światłości rozproszonych w mrokach materii, lepiłem sobie gniazdo, by w nim zamieszkać choćby na parę sekund. Inaczej z pisaniem. Bo kiedy zacząłem pisać, pisałem przede wszystkim z zemsty za to, że świat jest nie dość piękny. Zło potrafiłem wybaczyć. Brak piękna – lepką szarość dnia i nocy, tak dolegliwą w brudnych mgłach listopada, w której tonęliśmy wszyscy bez oddechu – nigdy. To także nas dzieliło. Mnie brak piękna raził i ranił. Ona przyjmowała ten brak wyrozumiale, jak matka, która kocha swoje dziecko i pomimo rażącego kalectwa potrafi je tulić do piersi z uśmiechem. Nie bała się dotknąć świata takim, jakim był.
A we mnie sekretnymi drogami teologia, do której miałem skryte skłonności, destylowała się w estetykę, kapryśną władzę sądzenia, co nie było ani właściwe, ani dobre dla młodej, ciekawej świata duszy, która zaczynała wierzyć, że zło przesłonięte pięknem choćby na chwilę powróci tam, gdzie jego miejsce – na margines bytu. Zżerało mnie to, że tych chwil jest tak mało, bo zasłona w rajskie ptaki odgradzająca nas od Ciemności, o której śnił William Blake, pruje się bezustannie na naszych oczach, a zeszyć ją trudno, jeśli nie jest się prawdziwym Tkaczem.

Stefan Chwin


 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl