WIELCY TEOLOGOWIE XX WIEKU

Romano Guardini

Rozmowy o Bogu

DARIUSZ KOWALCZYK

 

 

Romano Guardini urodził się 17 lutego 1885 r. w Weronie. Jego ojciec jednak już w rok później przeprowadził się wraz z rodziną do Moguncji, gdzie został mianowany konsulem Włoch. Dwudziestoletni Guardini, student chemii i ekonomii, przeżył kryzys religijny, z którego jednak wyszedł ze świadomością bycia powołanym do kapłaństwa. Zaczyna studiować teologię, wstępuje do seminarium duchownego, by w 1910 r. otrzymać święcenia kapłańskie. Najpierw pracuje jako wikary w parafii, a potem kontynuuje studia teologiczne, które wieńczy w 1915 r. rozprawą doktorską na temat myśli św. Bonawentury. Przez kolejnych 5 lat znowu jest wikariuszem. Angażuje się w ruch odnowy liturgicznej oraz w pracę z młodzieżą. Pomimo swego oddania bezpośredniej pracy duszpasterskiej znajduje czas na pracę naukową i w 1920 r. uzyskuje habilitację oraz tytuł docenta na Wydziale Teologii Katolickiej w Bonn. Trzy lata później zostaje posłany na uniwersytet w Berlinie, gdzie tworzy katedrę światopoglądu chrześcijańskiego. W 1939 r. władze hitlerowskie zmuszają Guardiniego do opuszczenia uniwersytetu. Po wojnie powraca do swej pracy akademickiej najpierw w Tybindze, a następnie w Monachium, gdzie wykłada do 1962 r. Romano Guardini umarł 1 października 1968 roku.

Niniejszym tekstem rozpoczynamy cykl publikacji przedstawiających wybitnych teologów XX wieku.

 

 

W Pierwszym Liście św. Piotra Apostoła znajdujemy takie oto wezwanie: „bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”. O tym, że wybitnym i oryginalnym obrońcą chrześcijańskiej nadziei jest Romano Guardini, może przekonać się każdy, kto weźmie do ręki wydaną ostatnio przez Stowarzyszenie Kulturalne „Frondy” książkę: „Bóg. Nasz Pan Jezus Chrystus. Osoba i życie”. Autor „broni” Boga objawionego w konkretnej historii Jezusa z Nazaretu, ale czyni to nie tyle w nieprzyjaznej konfrontacji z kimś lub czymś, co raczej w spotkaniu z drugim człowiekiem i wytworzonym przez niego światem. Warto odnotować tę książkę, która stała się prawdziwym bestsellerem religijnym naszego wieku, a jednocześnie przypomnieć postać i myśl teologa.

Duszpasterz i teolog

Autor „Der Herr” nie był teologiem akademickim w klasycznym znaczeniu tego słowa, chociaż wykładał na uniwersytecie przez ponad 30 lat. Nie zamierzał rozstrzygać ostatecznie zagadnień poprzez pisanie wyczerpujących i precyzyjnych rozpraw, lecz – jako profesor chrześcijańskiego światopoglądu – ukazywał ewangeliczną drogę, jaka jest do przebycia, oraz niebezpieczeństwa z nią związane. Guardini, który w swojej karierze naukowej nigdy nie przestał być duszpasterzem, prezentował swoje myślenie najczęściej w formie lekcji i kazań konfrontując się z różnymi, konkretnymi przejawami ludzkiej egzystencji. Ważną inspiracją była dla niego – jak sam wyznaje – pewna rozmowa z Maxem Schelerem, podczas której filozof stwierdził: „Powinien Pan robić właśnie to, co oznacza termin »Weltanschauung«, czyli rozważać świat, rzeczy, człowieka, dzieła, ale czynić to wszystko jako chrześcijanin świadomy swojej odpowiedzialności... Niech Pan analizuje np. powieści Dostojewskiego ze swojego chrześcijańskiego punktu widzenia; w ten sposób z jednej strony ukaże Pan dane dzieło, a z drugiej sam punkt wyjścia” (cyt. za H.B. Gerl, Romano Guardini, Mainz 1985, s. 166).

Największym powodzeniem cieszyły się właśnie lekcje i książki Guardiniego, w których z chrześcijańskiego punktu widzenia interpretował teksty i znane postacie religii, filozofii i literatury od Buddy i Sokratesa do Dostojewskiego i Rilkego. Sam zresztą był mistrzem słowa, a zatem jego książki są nie tylko przekazem filozoficzno-teologicznych idei, ale również literaturą piękną.

Sztuka przeżywania napięć

Guardini chciał opisywać rzeczywistość w jej całości nie tracąc jednocześnie kontaktu z tym, co jednostkowe i szczegółowe. Dlatego odrzucał abstrakcyjny racjonalizm niezdolny do uchwycenia tego, co niepowtarzalne w swojej indywidualności. Nie poszedł też drogą intuicjonizmu, któremu brak zachowującego ciągłość, uporządkowanego poznania. Guardini stosuje metodę „napięcia biegunowego” („Gegensatz”). Rzeczywistość jest bowiem złożona i powinna być – jego zdaniem – postrzegana z dwóch stron, które znajdują się w opozycji (napięciu), ale nie są ze sobą sprzeczne. Według logiki arystotelesowskiej elementy sprzeczne wykluczają się nawzajem, a według filozofii heglowskiej tworzą wyższą syntezę. Tymczasem nasz autor mówiąc o opozycji chce podkreślić, iż różne elementy rzeczywistości pozostają w twórczym napięciu; należy je rozróżniać, ale nie oddzielać, ani nie ujednolicać w jakiejś pozornej syntezie. Ktoś powiedział, że życie to sztuka przeżywania napięć, od których nie należy uciekać, ani udawać, że ich nie ma. Myślenie Guardiniego jest właśnie myśleniem wytrzymującym trudne czasem napięcie pomiędzy różnymi biegunami rzeczywistości. Na przykład życie z jednej strony ma aspekt dynamiczny, dzieje się, jest aktem, z drugiej zaś ma aspekt statyczny, czyli trwałą i powtarzającą się strukturę. W życiu spotykamy się z twórczą i nieprzewidywalną oryginalnością, a zarazem z tym, co podporządkowane jest twardym regułom i żelaznej dyscyplinie. Te i inne przeciwieństwa są sposobem ludzkiego życia. Co więcej, ten, kto chciałby stworzyć syntezę wszystkich związanych z życiem przeciwieństw albo je zmieszać w jakiejś wszystko ujmującej teorii, rozmijałby się z prawdą. Poszukiwana światopoglądowa jedność jest dla Guardiniego jednością przeciwieństw i harmonią napięć.

Dzięki powyższej metodzie nasz teolog nie mówił o różnych przejawach ludzkiej egzystencji z wysokości zasiadającego na katedrze profesora, który podaje pewną i obiektywną wiedzę, ale był zdolny do prawdziwych „duchowych spotkań”. Szukał jedności poprzez prowadzenie nieustannego dialogu z tym, co inne, co znajduje się w pewnej opozycji. Guardini rozmawiał ze słuchaczem lub czytelnikiem. Był świadom tego, że „mowa stanowi nie tylko środek za pomocą którego komunikuje się innym swoje osiągnięcia, lecz samo życie duchowe i praca realizują się właśnie w mówieniu. [...] Ale mówić – w ścisłym sensie tego słowa – nie można jednak z samym sobą, lecz z kimś drugim” („Świat i osoba”, Kraków 1969, s. 190). Człowiek staje się sobą, wolnym „ja” w spotkaniu z drugim człowiekiem, a ostatecznie w spotkaniu z Bogiem.

Chrześcijańskie objawienie nie jest niczym innym niż – podkreśla Guardini – spotkaniem (dialogiem) Boga z człowiekiem w historii, które nie może zostać unieważnione. Autor wskazuje, że człowiek jest istotą, która doświadcza granic swego bycia. Wnętrze i zewnętrze, początek i koniec wyznaczają granice, a zarazem perspektywy ludzkiego, skończonego istnienia. Człowiek mówi o tych granicach, nazywa je, czego radykalnym wyrazem jest wyznanie wiary w Boga. Słowo „Bóg” jest właśnie wskazaniem na znaczenie i sens życia człowieka, który doświadcza granic; co więcej, jest wypowiedzeniem osobowej relacji z tym, co nazywamy granicą. W perspektywie wiary doświadczenie granicy jawi się jako dynamiczne spotkanie, to znaczy nieustanne poszukiwanie coraz głębszej więzi z dalekim i nieznanym. To poszukiwanie oznacza w gruncie rzeczy oczekiwanie na słowo z „tamtej strony”, gdyż ostatecznej odpowiedzi może udzielić tylko sam Bóg. Wiara chrześcijańska oznacza zatem usłyszenie i przyjęcie tego słowa, jakie Bóg skierował do człowieka w konkretnej historii Jezusa z Nazaretu. Dla chrześcijan definitywną realizacją spotkania Boga z człowiekiem, której nic nie może zastąpić, ani przewyższyć, jest Wcielenie. Objawienie jest wydarzeniem, które – podkreśla Guardini – tłumaczy i usprawiedliwia siebie samo, to znaczy, że ostatecznym kryterium oceny objawienia jest ono samo. Objawienie nie tyle bowiem polega na przekazaniu jakiejś sumy zdań na temat Boga, człowieka, obowiązującej postawy religijnej i moralnej, ale jest Osobą: „treścią chrześcijaństwa jest sam Chrystus”.

Pomiędzy Nazaretem a Alfą i Omegą

O żywej i wymykającej się wszelkim schematom osobie Jezusa Chrystusa opowiada Guardini w wydanej w 1937 r. książce „Der Herr” (dlaczego tłumacz przetłumaczył to jako „Bóg”, a nie „Pan”?). Niektórzy „poważni” uczeni zarzucali Guardiniemu, że komentuje Nowy Testament nie znając, niezbędnej – ich zdaniem – do właściwego odczytania Ewangelii, metody historyczno-krytycznej. Książka ta nie jest jednak rozprawą naukową (co nie znaczy, że jest nienaukowa), ale stanowi owoc konferencji duchownych, wygłaszanych w ciągu czterech lat podczas niedzielnych liturgii. Kolejne konferencje były najpierw publikowane w broszurach. Ich popularność przerosła najśmielsze oczekiwania. Można ją tłumaczyć m.in. tym, że na tle suchej teologii scholastycznej tamtego czasu, myślenie Guardiniego odznaczało się wyjątkową świeżością i egzystencjalną głębią.

Guardini nie próbuje ukazywać psychologii Jezusa, ani odtwarzać Jego życiorysu. Jest bowiem przekonany, że psychologia i „żywot” Zbawiciela w ścisłym sensie nie istnieją. Tajemnica Syna Bożego przekracza bowiem wszelką „psychologię” oraz każde, ograniczone do świata i historii „skąd” i „dlaczego”. Guardini nie ogranicza się do ziemskiej egzystencji Jezusa, ale pamięta – z jednej strony – o Jego odwiecznym pochodzeniu, a z drugiej wskazuje na Chrystusa, który czeka na nas u kresu dziejów, kiedy to Bóg będzie wszystkim we wszystkich: „Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec” (Ap 22,13). Ta perspektywa wiary jest – zdaniem autora – niezbędna, ponieważ „do tego, co najbardziej istotne, nie sposób dojść drogą rozumową, lecz można to przyjąć jedynie w posłuszeństwie wiary” (Bóg, s. 530). Guardini odrzuca zarzut, że odkrywana w ten sposób osoba jest tylko Chrystusem wiary, który z rzeczywistym Jezusem nie ma nic wspólnego: „Rzeczywisty Jezus Chrystus – podkreśla nasz teolog – jest Jezusem Chrystusem rzeczywistej wiary. Nie ma innego. Wiara jest tak przyporządkowana rzeczywistemu Jezusowi Chrystusowi, jak oko barwie, a ucho dźwiękowi” (s. 531). Posłuszeństwo wiary nie oznacza jednak, że autor nie podejmuje trudnych pytań i narzucających się wątpliwości. Co więcej, Guardini odnotowuje z uwagą różne pozorne sprzeczności tekstów Nowego Testamentu, aby – zgodnie ze swą metodą – szukać nieogarnionej jedności tego, co istotne.

Mówiąc o ziemskich losach Jezusa, Guardini przestrzega przed pojmowaniem ich jako z góry zaprogramowanych. Chce widzieć w początkach publicznej działalności Jezusa otwarcie na różne możliwości... Przecież Chrystus mógł zostać przyjęty, a wtedy Królestwo Boże przyszłoby w jawnej postaci i wszystko przemieniło. „Przywykliśmy uważać życiorys Jezusa – zauważa autor – za ściśle od początku ustalony. Skoro tak się działo, myślimy sobie, to znaczy że tak się dziać musiało. [...] Fakt odkupienia tak nam wszystko przesłania, że zapominamy, jak niesłychany był sposób, w jaki się ono dokonało, i że wobec Boga i ludzi nie powinno się było dokonać właśnie tak” (s. 104). Z perspektywy Boga było możliwe przyjęcie przez ludzi orędzia o przychodzącym wraz z Jezusem Królestwie Bożym i wypełnienie się proroctwa Izajasza, że „kraj napełni się znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze” (Iz 11,9). Kiedy jednak Chrystus został odrzucony przez swój naród „odkupienie nie dokonało się w erupcji wiary i miłości, i przemieniającego wszystko Ducha, lecz przez klęskę Jezusa, który w ten sposób stał się ofiarą przebłagalną” (s. 97). Kreślenie tego rodzaju perspektyw nie jest jałowym rozmyślaniem nad tym, co by było, gdyby... Chodzi o to, że uświadomienie sobie tego, że mogło (i powinno) być inaczej nie pozwala nam traktować historii Jezusa jako czegoś oczywistego. Przyzwyczajenie się np. do Chrystusowego krzyża prowadzi do duchowego uśpienia i banalizacji chrześcijańskiego przepowiadania. Tymczasem prawda o zmartwychwstaniu nie przekreśla zgrozy bogobójstwa.

Serce i los

Jezus Chrystus stale mówi o woli Ojca, ale woli tej nie powinniśmy – podkreśla Guardini – wyobrażać sobie jako jakiegoś z góry ustalonego, sztywnego planu, który Jezus znał i precyzyjnie realizował. „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4,34) – te słowa Jezusa nie oznaczają, iż żył On według danej od wieków instrukcji, ale że doświadczał woli Ojca jako miłości, która w nim żyła i rozwijała się wraz z biegiem wydarzeń. „Ta wola kierowała Jego postępowaniem (...) jako żywa siła, stale na nowo się aktualizująca, której treść ukazywała mu się w każdej nowej sytuacji. Dlatego nazywa On wolę Ojca »swoją godziną«” (s. 113).

Guardini niejednokrotnie pyta w swojej książce o egzystencjalne znaczenie dla nas opisanych w Nowym Testamencie wydarzeń. Innymi słowy, co by było z nami, gdyby Jezus nie objawił nam Ojca i Jego zbawczej woli? Czym byłaby wówczas ludzka egzystencja? Autor odpowiada snując następującą wizję: „W niezmierzonej przestrzeni kosmicznej porusza się maleńkie ciało, zwane Ziemią. Pokrywa je cienka warstwa czegoś w rodzaju pleśni, którą nazywamy krajobrazem, życiem, kulturą, i egzystują tam maleńkie istoty zwane ludźmi. Całe to zjawisko trwa krótką chwilę, a potem wszystko się kończy” (s. 108). Przyjęta z wiarą historia Jezusa z Nazaretu sprawia natomiast, że oto owe maleńkie istoty okazują się być ważniejsze niż niezmierzone, kosmiczne przestworza. Bóg, Stwórca i Pan wszechświata, objawia się jako ten, dla kogo czymś najważniejszym jest ludzkie serce. Jezus ukazuje nam Ojca, który najpierw jest Bogiem serc, a dopiero potem Bogiem kosmosu i historii. „Serce i los każdego z nas są – powie Guardini – z punktu widzenia Boga punktem centralnym świata” (s. 109).

To radykalne i ostateczne opowiedzenie się Boga za człowiekiem dokonało się na Krzyżu. Wtedy właśnie umiłowany Syn odwiecznego Ojca zstąpił do królestwa, gdzie panuje zła nicość, osiągnął samo dno zła. Czy nie są to jednak tylko dramatycznie brzmiące słowa, które tak naprawdę niewiele znaczą dla konkretnego ludzkiego życia? Guardini proponuje wyobrazić sobie zatwardziałe, pogrążone w rozpaczy serce człowieka, które nie może wyrwać się z siebie samego. „Czuje się wtedy – pisze teolog – że trzeba by móc [...] zstąpić w tę ostateczną głębię, gdzie znajdują się korzenie jego istnienia, gdzie graniczy on z nicością...” (s. 393). Tylko ktoś, kto ująłby człowieka za to, co dla niego najbardziej wewnętrzne, a zarazem najbardziej własne, mógłby go wyrwać z potępieńczego samounicestwienia. Ukrzyżowany, „unicestwiony” Jezus, który woła „Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27,46), jest właśnie tym, kto od wewnątrz – nie z pozycji siły, ale w swojej całkowitej słabości – niepokoi zatwardziałe serce grzesznika, aby ten przyjął oferowane mu zbawienie. Bez Chrystusa nic nie wiedzielibyśmy o szalonej miłości Boga do Jego nieprzyjaciół, czyli do nas – grzeszników. Wiara w śmierć i zmartwychwstanie wcielonego Boga pozwala nam – razem z Guardinim – wyznać: „Pewna jest tylko miłość Chrystusa. Nie możemy nawet powiedzieć: miłość Boga, to bowiem, że Bóg nas kocha, wiemy ostatecznie tylko przez Chrystusa. (...) Dopiero przez Chrystusa wiemy, że miłość Boża jest miłością przebaczającą” (s. 394). Warto sięgnąć po książkę „Bóg” Guardiniego, aby raz jeszcze ożywić w sobie to przeświadczenie, że nic „nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,39).

Dariusz Kowalczyk


Autor jest jezuitą, wykładowcą teologii fundamentalnej na Papieskim Wydziale Teologicznym „Bobolanum” w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl