Kościół nie jest łodzią podwodną

JERZY TUROWICZ



1.

Jest rzeczą zdumiewającą, że Sobór Watykański II rozpoczął swe prace dopiero dziesięć lat temu, w jesieni 1962 roku, że w tak krótkim czasie tak wiele mogło się stać. To, co się wydarzyło w Kościele w ciągu tej dekady, niektórzy nazywają rewolucją. Można dyskutować, czy słowo rewolucja jest tu właściwym określeniem, faktem jest jednak, że dokonał się tu – na naszych oczach – niezwykle silny, gwałtowny zwrot, zakręt, przełom, którego istotny sens i wagę ocenią dopiero w przyszłości historycy, ale niełatwo będzie im wskazać na precedensy w dotychczasowych, dwutysiącletnich dziejach Kościoła.

Oczywiście, można powiedzieć, że niemniej gwałtowne przemiany dokonały się – i dokonują nadal – w tym samym okresie w świecie, że ujawniły się silne tendencje, kwestionujące same podstawy współczesnej cywilizacji zachodniej oraz kierunek jej rozwoju, że wskażemy choćby na powszechną kontestację młodzieżową i ruch hippisów, na narastanie ekstremistycznych ruchów rewolucyjno-partyzanckich, czy na nagłe odkrycie wiszącej nad światem groźby zniszczenia naturalnego środowiska człowieka. Nie ma w tej koincydencji czasowej nic dziwnego: Kościół jest nie z tego świata, ale w świecie i dla świata, to, co wstrząsa światem, musi wstrząsać i Kościołem. A to tym bardziej, że – dla człowieka wierzącego – Kościół nie jest instytucją (czy wspólnotą) żyjącą i pełniącą swoje funkcje na marginesie historii. To, o co chodzi w Kościele, to są sprawy dotyczące samych korzeni ludzkiej egzystencji, sensu życia, dotyczące pytań dla człowieka podstawowych, bez względu na to, czy człowiek sobie te pytania aktualnie stawia czy też nie.

Oczywiście, wszelka periodyzacja dziejów jest zawsze rzeczą umowną. Można powiedzieć, że sobór nie był początkiem, lecz wynikiem, kontynuacją poprzedniego rozwoju, a to, co się stało po soborze, nie jest tylko jego konsekwencją, że sobór odegrał tu co najwyżej rolę katalizatora, był czynnikiem akceleracji procesów, które musiały się rozwinąć nawet niezależnie od jego przebiegu i rezultatów. Bowiem sam przebieg soboru był niespodzianką w stosunku do oczekiwań, które wzbudziło jego zwołanie, a to, co się stało po soborze i dokonuje się nadal, było pod wieloma względami zaskoczeniem.

Przed rozpoczęciem się soboru – mimo niezwykłego klimatu otwarcia i wolności, jaki wniósł do Kościoła Jan XXIII – mogło się wydawać, że nie będzie to sobór reformy, że dziełem jego będzie wprawdzie pogłębienie i adaptacja, przystosowanie do potrzeb dzisiejszych, zwłaszcza w dziedzinie działalności pastoralnej, ale że – w zasadzie – będzie on soborem kontynuacji dotychczasowej linii rozwoju Kościoła. Nawet w dziedzinie ekumenizmu, której Jan XXIII nadał priorytet i którą tak mocno lansował, nie spodziewano się zmian dalej idących.

Stało się jednak inaczej. Niemal od pierwszych dni ujawniła się na soborze, nie przeczuwana przez nikogo, zdecydowana większość episkopatu światowego, posiadająca wyraźną świadomość obecnego stanu Kościoła i jego miejsca w świecie, obdarzona silną wolą dokonania głębokiej reformy. Na agendę soboru zostały wpisane nowe problemy. Niemal wszystkie dokumenty soboru poszły w swoich sformułowaniach i decyzjach dużo dalej, niż przewidywały ich wstępne projekty. Sobór, mimo że – w założeniu – miał być tylko pastoralny a nie doktrynalny, dał nową, brzemienną w skutki, wizję Kościoła, nową, choć zakorzenioną w tym co stare i niezmienne, nowe tego Kościoła samookreślenie. Pomijając inne, bardzo wielkiej zresztą wagi, osiągnięcia soboru, takie jak na przykład reforma liturgii, o centralnym znaczeniu dla odnowy duszpasterskiej pracy Kościoła, trzeba wskazać na co najmniej dwa jego rezultaty. Pierwszy z nich to zupełnie nowe spojrzenie na problem jedności chrześcijaństwa. Ponowne odkrycie tej prostej prawdy, że Kościół Chrystusa nie może nie być jeden, że to co dzieli rozłączone odłamy chrześcijaństwa, jest o wiele mniej istotne niż to, co je łączy oraz że podział chrześcijaństwa, nawet wielowiekowy, jest zjawiskiem historycznym, przejściowym, którego dłużej nie można tolerować, zmieniło świadomość Kościoła i uruchomiło nowe energie prące ku zjednoczeniu. Definitywne zjednoczenie może ciągle jeszcze być sprawą dość odległą, jeśli jednak poprzedni stan wzajemnej, nieufnej a nieraz nawet niechętnej izolacji zmienił się w ciągu jednej dekady w powszechny układ sił dośrodkowych, to jest w tym duża zasługa soboru i obu jego papieży: Jana i Pawła.

Rezultat drugi (czy też – ściśle rzecz biorąc – trzeci, z tych najważniejszych) soboru, to nowe ujęcie relacji zachodzącej między Kościołem a światem, to co w „żargonie” katolickiej publicystyki nazywa się „otwarciem” Kościoła na świat, nowe ujęcie zawarte w soborowej konstytucji Gaudium et spes, ale przenikające wszystkie inne dokumenty soboru. Podobnie jak owo otwarcie ekumeniczne, o którym mówiliśmy przed chwilą, tak i otwarcie na świat było bezpośrednim skutkiem, logiczną konsekwencją nowej wizji, nowego samookreślenia Kościoła. Skoro Kościół nie jest – przede wszystkim instytucją hierarchiczną, ale wspólnotą ludzi odkupionych krwią Chrystusa, a przecież nie tylko chrześcijanie, ale w s z y s c y ludzie tą krwią odkupieni zostali, skoro jego zadaniem jest przekształcenie całej ludzkości we wspólnotę braterstwa, przyjaźni i miłości, to znaczy, że na Kościół nie można patrzeć jak na oblężoną fortecę, odpierającą napór sił uderzających z zewnątrz o jego mury, że musi on zrezygnować ze stawiania na pierwszym miejscu obrony swoich interesów uwarunkowanych historyczną przeszłością, bowiem jego jedynym prawdziwym interesem jest być obecnym wszędzie, jako ewangeliczny zaczyn, jako ferment, od wewnątrz powolną pracą przemieniający kształt świata.

2.


Choćby tylko te trzy osiągnięcia wystarczają jako uzasadnienie przeświadczenia, że Sobór Watykański II był olbrzymim wydarzeniem w dziejach Kościoła, brzemiennym w nie dające się przewidzieć konsekwencje, że w dziejach tego Kościoła był on jednym z soborów najważniejszych. To, co stało się potem i dzieje się nadal w Kościele, nie podważa bynajmniej tej generalnej oceny, toteż nic dziwnego, że moment zamknięcia prac soboru, sześć lat temu, był zarazem momentem swego rodzaju euforii, przeświadczenia, że zapoczątkowany wielki proces odnowy pozwoli przezwyciężyć istniejące trudności i przywróci chrześcijaństwu właściwe mu miejsce w świecie współczesnym i w historii.

Stało się jednak inaczej i jesteśmy dziś w innym miejscu i w innej sytuacji, niż to można było – sześć lat temu – przypuszczać. Jeśli chcemy określić tę sytuację i dokonać próby sporządzenia bilansu tych sześciu lat posoborowych – a bilans to może być tylko tymczasowy i niepełny, bo proces jest w toku i daleko jeszcze do stabilizacji – to trzeba w tym procesie wyróżnić co najmniej trzy współczynniki.

Współczynnikiem pierwszym jest fakt, że zapoczątkowany przez sobór proces odnowy trwa z niesłabnącą intensywnością i ma na swoim koncie szereg realnych, poważnych osiągnięć. Dokonana została gruntowna reforma struktur, metod pracy, a także zmiana klimatu i stylu działania centralnej władzy Kościoła. Równocześnie pewien proces decentralizacji władzy spowodował „dowartościowanie” Kościołów lokalnych tak w skali narodowej, jak i regionalnej czy kontynentalnej, co z kolei pozwoliło na większy pluralizm rozwiązań pastoralnych, na lepszą adaptację pracy duszpasterskiej do sytuacji i potrzeb lokalnych. Trwają prace nad gruntowną rewizją prawa kanonicznego. Wprawdzie z bardziej ekstremistycznego punktu widzenia perspektywy zmian w tej dziedzinie są uważane za więcej niż niezadowalające, to jednak z punktu widzenia – powiedzmy – „reformistycznego”, stanowić będą one niewątpliwy postęp. Realizacja poszczególnych decyzji i dyrektyw soboru w różnych dziedzinach przynosi także pogłębienie, podwyższenie poziomu i wzrost skuteczności pracy Kościoła. Można tu wskazać na reformę wychowania seminaryjnego, na dość radykalne nieraz aggiornamento poszczególnych zakonów, na nowe struktury sieci duszpasterskiej Kościoła. Powstawanie rad kapłańskich i duszpasterskich, nowe – bardzo odmienne od dawnych – formy synodów diecezjalnych czy ogólnokrajowych, wreszcie próby wciągnięcia laikatu w służbę Kościoła, nieraz do funkcji zastrzeżonych dotychczas dla księży, wszystko to stanowi o postępie procesu kolegialności w Kościele, o większej „partycypacji” wszystkich jego członków, także i w procesie wykonywania władzy, oczywiście nie na szczeblu podejmowania decyzji, lecz na szczeblu ich przygotowania. Systematycznie toczy się szeroki dialog ekumeniczny, nie tylko na płaszczyźnie teologiczno-instytucjonalnej, ale także konkretnej współpracy w odniesieniu do problemów stawianych Kościołom przez świat zewnętrzny. Jeśli dialog ten przede wszystkim toczy się między Kościołami chrześcijańskimi, to przecież zaczyna on – nieśmiało jeszcze – obejmować religie niechrześcijańskie, a nawet ludzi niewierzących. Ogromnie wzmogło się zaangażowanie Kościoła w sprawy sprawiedliwości i pokoju, w sprawy rozwoju Trzeciego Świata, nasila się walka Kościoła o prawa ubogich i wydziedziczonych, zgodnie z nauką Kazania na Górze. Próbując skuteczniej pełnić swą profetyczno-krytyczną funkcję wobec struktur i potęg tego świata, Kościół rewiduje swoje stosunki z władzą państwową, zrywając istniejące jeszcze tu i ówdzie sojusze ołtarza i tronu. Żywiołowo rozwija się w ciągu minionej dekady myśl teologiczna, w dużej mierze zapłodniona przez prace soboru; nie można temu zaprzeczyć, nawet jeśli się kwestionuje poziom niektórych prac, czy też wysuwane przez poszczególnych teologów koncepcje, odbiegające nieraz od ortodoksji. Wreszcie, niezależnie od realizowania idących z góry dyrektyw, szerzy się w całym Kościele spontaniczny ruch oddolny, tworzą się wspólnoty chrześcijan, pragnących w życie codzienne wcielać nakazy Ewangelii, sobór oddalając się w przeszłość pozostawia za sobą nie tylko zmiany struktur instytucjonalnych, nie tylko zmiany w metodach działania, ale zmienia mentalność ludzi, ich postawę wobec problemów związanych z życiem Kościoła i obecnością tego Kościoła w świecie.

Wszystko to (i jeszcze więcej) razem wzięte daje pozytywny, optymistyczny obraz skutków soboru i jego wpływu na życie Kościoła. Ale nie zapominajmy, że jest to tylko jeden ze współczynników kształtujących obecną sytuację. Współczynnikiem drugim jest trwający nadal, z nie zmniejszoną, a może nawet rosnącą intensywnością, proces dechrystianizacji współczesnego świata. Proces ten zaczął się dawno przed soborem i sobór – dotyczący zresztą tylko części chrześcijaństwa – w nieznacznym stopniu zdołał wpłynąć na jego rozwój. Nie tu miejsce analizować źródła i korzenie tego procesu. Zjawiska takie jak sekularyzacja, laicyzm czy desakralizacja życia prowadzą coraz większe masy chrześcijan do indyferentyzmu religijnego, do porzucania praktyk religijnych, do oddalania się od Kościoła, do przekształcania tzw. świata chrześcijańskiego w świat nominalnie chrześcijański, czy jak mówią niektórzy – postchrześcijański. Materializm praktyczny, egoistyczne dążenie do dobrobytu, postawa konsumpcyjna, wreszcie gwałtowne przemiany polityczne, społeczne i obyczajowe prowadzą do rosnącej alienacji Kościoła i chrześcijaństwa w stosunku do świata. Wszystko to, co Kościół (czy Kościoły) mówi dziś człowiekowi, wydaje się dużej liczbie ludzi – przecież wyrosłych w kręgu cywilizacji chrześcijańskiej – coraz bardziej, jak mówią Anglicy: irrelevant, nie odnoszące się do radykalnej sytuacji, nie dotyczące jej, nie posiadające „styku”, anachroniczne. Ogromny wysiłek odnowy chrześcijaństwa, jego otwarcie na świat, dzieło postaci takich jak Jan XXIII, Paweł VI, Atenagoras czy Dom Helder Camara, owszem, budzą szacunek, nawet zainteresowanie, ale łączy się to z przekonaniem, że dla wielkich problemów współczesnego świata rozwiązań trzeba szukać gdzie indziej, i że praktycznie chrześcijaństwo mało ma tu do powiedzenia czy do zrobienia. Chwilowy bilans tego postępującego procesu musi bardzo miarkować nasz optymizm, płynący z rezultatów posoborowej odnowy.

3.


Ale jest jeszcze trzeci współczynnik kształtujący sytuację Kościoła w dziesięć lat po rozpoczęciu soboru. Ów współczynnik, to suma wydarzeń, określanych dziś powszechnie mianem kryzysu w Kościele. Kryzys ów zaczął się ujawniać już po zakończeniu soboru, w ciągu ostatnich pięciu czy sześciu lat nabrał zaś takiego nasilenia, że trudno traktować go jako jakieś izolowane i powierzchowne zjawisko. Zaczęło się to w Holandii, w związku z przebiegiem i uchwałami ogólnokrajowego Synodu Pastoralnego oraz z głośnym „Katechizmem holenderskim”, później jednak objawy kryzysu zaczęły występować w wielu krajach, zwłaszcza Europy Zachodniej i Ameryki Północnej i trudno byłoby twierdzić, że Holandia w tej dziedzinie zajmuje pierwsze miejsce. Fakty i objawy tego kryzysu są tak liczne i różnorodne, że trudno je nie tylko wymienić, ale nawet sklasyfikować. Wymieńmy tu – dla porządku – kilka najgłówniejszych dziedzin.

Przede wszystkim znaczne rozluźnienie dyscypliny kościelnej i kryzys autorytetu: powstawanie różnych krajowych a nawet międzynarodowych ugrupowań księży (zwanych czasem „księżmi solidarnymi”), uprawiających nieraz bardzo radykalną kontestację w stosunku do instytucjonalnych struktur hierarchicznych, działających jako swego rodzaju grupy nacisku, wchodzących w stan permanentnego konfliktu ze swoimi biskupami. Kwestionowanie zasady celibatu, żądanie zniesienia go, lub też ustanowienia celibatu z wyboru, czyli wprowadzenia dwu kategorii księży: żonatych i nieżonatych. Częstsze niż dawniej przypadki praktycznego odrzucania celibatu i zawierania małżeństw przez księży, po uzyskaniu dyspensy od Stolicy Apostolskiej, lub też nie czekając na decyzje władz kościelnych, a nawet nie starając się o nie. Poważny spadek powołań kapłańskich i zakonnych, w związku z tym wyludnienie się a nawet zamykanie seminariów i nowicjatów. Czasem – niezależnie od sprawy celibatu – porzucanie funkcji i stanu kapłańskiego przez księży, również – z zachowaniem form kanonicznych, lub też na „dziko”. Na tle aggiornamento zgromadzeń zakonnych zdarzają się konflikty między zakonami a kurialną kongregacją do spraw zakonnych. Notowano konflikty między władzami kościelnymi a duchowieństwem, a także i świeckimi na tle nominacji nowych biskupów oraz żądanie zastąpienia nominacji biskupów jakąś formą wyborów.

Analogiczne zjawiska występują wśród katolików świeckich: na tym tle kryzys tradycyjnych struktur organizacyjnych, zwłaszcza Akcji Katolickiej. Nieraz organizacje działające dotychczas z „mandatu” kościelnego usamodzielniają się, wyłamują się spod kontroli czy „kurateli” władz kościelnych. Obserwuje się radykalizację postaw w stosunku do struktur hierarchicznych Kościoła, połączoną na ogół z radykalizacją społeczną i polityczną. Tworzą się tzw. grupy spontaniczne, wspólnoty nieformalne, nieraz także uprawiające kontestację i działające jako grupy nacisku, to co określa się jako swego rodzaju „Kościół podziemny”. Kształtuje się postawa, którą Niemcy nazywają kritischer Katholizismus, przeciwstawiająca Kościół jako wspólnotę Kościołowi instytucjonalnemu, zarzucająca hierarchii nierealizowanie soboru, lub też domagająca się reform dalej idących niż postanowienia soboru; zarzucająca Kościołowi instytucjonalnemu autorytaryzm, kunktatorstwo, uprawianie taktyki, oportunizm, bogactwo czy nawet niewierność duchowi Ewangelii.

Do konfliktów między duchowieństwem i świeckimi a hierarchią prowadzi nieraz radykalizacja społeczna, zwłaszcza w ustrojach sankcjonujących jaskrawe niesprawiedliwości społeczne, jak na przykład w wielu krajach Ameryki Łacińskiej. Dość powszechne jest zjawisko radykalizacji znacznej części prasy katolickiej na całym świecie. Nieraz dochodzi do konfliktów między prasą katolicką a władzą kościelną. Osobną dziedzinę stanowi swoisty kryzys w dziedzinie teologii. Tu mamy do czynienia z częstym odrzucaniem filozofii i teologii tomistycznej, jako podstaw katolickiego światopoglądu. Na miejsce tomizmu występuje pluralizm doktryn filozoficznych i teologicznych. Byliśmy świadkami nowych, nieraz kontrowersyjnych prób interpretacji dogmatów takich, jak na przykład Eucharystia, Zmartwychwstanie czy nieomylność papieska. Szereg dotychczasowych tez teologii moralnej dotyczących na przykład regulacji urodzin ulega zakwestionowaniu. W dziedzinie społecznej zjawiają się radykalne koncepcje „teologii rewolucji” czy też tzw. teologii wyzwolenia, koncepcje ulegające wpływom marksizmu. Te nowe koncepcje teologiczne, rozpowszechniane na łamach prasy popularnej, nieraz laickiej, powodują zamieszanie czy niepokój w umysłach ludzi wierzących, nie posiadających odpowiedniej wiedzy teologicznej. Kwestionuje się nieraz zasadę indywidualnej spowiedzi usznej, pragnąc ją zastąpić zbiorowym, publicznym wyznaniem win. W dziedzinie ekumenizmu zdarzają się nierzadkie – zwłaszcza wśród młodych – wypadki praktykowania „interkomunii” wbrew wyraźnym zakazom władz kościelnych.

To przydługie wyliczenie jest dalekie od wyczerpania tematu, można by tę listę przedłużać, wymieniać kontrowersyjne nazwiska, czy też głośne „sprawy”. Ale dodać trzeba, że ta cała kontestacja, którą – z dużym uproszczeniem – można by określić mianem „lewicowej” czy „progresistycznej”, nie wyczerpuje sfery kryzysu, istnieje bowiem także radykalna kontestacja „prawicowa”, integrystyczna, która częściowo stanowi kontrakcję czy też „reakcję na akcję” kontestacji lewicowej, częściowo zaś występuje nawet przeciw procesowi odnowy przeprowadzanej przez cały Kościół. Ta prawicowa, konserwatywna kontestacja, nieraz dość hałaśliwa, wyrażająca się głównie w atakach na reformę liturgii i w obronie łaciny, krytykująca różne objawy soborowej odnowy, obciąża zwłaszcza sobór oraz Papieża Jana odpowiedzialnością za to, co bywa przez jej przedstawicieli nazywane współczesnym rozkładem, czy nawet destrukcją Kościoła. Toteż i owe grupy integrystyczne także nieraz stają w wyraźnym konflikcie ze swoimi władzami kościelnymi.

Oczywiście, należy podkreślić, że wszystkie te objawy, manifestujące się przede wszystkim w krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, w sposób zresztą bardzo różnorodny, uwarunkowany sytuacjami lokalnymi, obejmują tylko część członków wspólnoty kościelnej, a nie jej szerokie masy oraz że dynamika tego procesu w ostatnich czasach maleje. Niemniej trudno byłoby ten proces traktować jako zjawisko, po przeminięciu którego wszystko „wróci do normy”. Zwłaszcza że jednym z najbardziej niepokojących objawów tego wewnętrznego rozwoju w Kościele jest rosnąca polaryzacja stanowisk. Jeśli porównujemy postawy, sposób myślenia, argumentacje i zadania stawiane sobie przez oba skrajne skrzydła w Kościele, odnosimy nieraz wrażenie, jakbyśmy mieli do czynienia z dwoma zupełnie różnymi Kościołami, dla których znalezienie wspólnego języka i nawiązanie dialogu jest rzeczą niemalże niemożliwą.

Powiedzieć wreszcie trzeba, że manifestujący się w Kościele kryzys powoduje swoisty proces dialektyczny. Uchwały soboru, podjęte niemal jednomyślnie przez episkopat świata w imieniu Kościoła powszechnego, zawierają w sobie olbrzymi potencjał odnowy i reformy Kościoła. Ale jednomyślność podjęcia tych uchwał nie oznacza bynajmniej, że ich treść została w pełni zasymilowana przez cały ten Kościół, że zrozumiana została ich dynamika, że dojrzała gotowość wyciągnięcia konsekwencji z soborowych sformułowań i rozstrzygnięć. Przeciwnie, istnieją nadal w Kościele potężne siły zachowawcze, które sobór interpretują w sensie kontynuacji przedsoborowych linii rozwojowych Kościoła, nie dostrzegając potrzeby reformy, a przez odnowę rozumieją nieznaczne adiustacje czy adaptacje dawnych struktur i postaw. Objawy kryzysu w Kościele powodują ze strony tych sił zachowawczych z jednej strony głęboki niepokój, z drugiej zaś przesadne reakcje autorytatywne. To znów z kolei powoduje wzmożenie procesów krytycznych, a więc błędne koło.

4.


Spróbujmy jednak na obecną sytuację Kościoła, a w szczególności na sprawę kryzysu w Kościele, spojrzeć spokojnie, z jakiejś historyczno-teologicznej perspektywy, a więc, uwzględniając tak historyczne doświadczenie Kościoła, jak i teologiczne korzenie obecnej sytuacji, nową, przez sobór wypracowaną wizję Kościoła. Widziana w tej perspektywie obecna sytuacja nie tylko nie daje powodów do pesymizmu, ale przeciwnie, pozwala na pewien optymizm na dalszą metę. A mamy tu na myśli nie tylko optymizm „nadprzyrodzony”, oparty na przekonaniu, że losy Kościoła są w ręku Boga i że „bramy piekielne nie przemogą go”. Optymizm ten wyrasta z przekonania nieraz na tych łamach wyrażanego – że kryzys obecny jest kryzysem wzrostu, kryzysem przemiany, że jego zjawienie się po soborze – wbrew oczekiwaniu – jest czymś naturalnym, a więc, że nie jest to bynajmniej kryzys sięgający istotnych struktur Kościoła, czy też korzeni wiary.

Oczywiście, nie znaczy to, by nie było dzisiaj w Kościele objawów niepokojących i bolesnych. Jest na pewno rzeczą bolesną, jeśli liczba powołań kapłańskich w świecie spada, wskutek czego nieraz wierzący mogą być pozbawieni posługi kapłańskiej. Jest rzeczą bolesną, jeśli wzrastająca liczba księży czy zakonników sprzeniewierza się swemu powołaniu. Jest rzeczą bolesną, jeśli w umysłach szerokich rzesz wiernych ujawnia się dezorientacja tak co do treści wiary, jak co do norm moralnych, którymi winni kierować się w życiu. Jest wreszcie rzeczą bolesną, jeśli poglądy religijne i praktyka życia, odmowa wierności i posłuszeństwa stawia nieraz szeregi wiernych de facto poza nawiasem wspólnoty kościelnej. Należy się tu jednak wystrzegać wszelkich sądów zbyt uogólniających, po wtóre należy szukać istotnych przyczyn tych zjawisk. Okaże się wówczas, że współczesny kryzys w Kościele jest zjawiskiem historycznie i socjologicznie wytłumaczalnym, zrozumiałym i naturalnym oraz zawiera w sobie elementy terapii, wskazuje na drogi wyjścia.

Krytyka Kościoła, jego struktur i instytucji, jego praktyki i metod działania może być czasem destruktywna, niesprawiedliwa, nie uwzględniająca warunków czasu i miejsca oraz realnych możliwości naprawy, ale może ona także być słuszna, uzasadniona, niezbędna, może być autentycznym obowiązkiem sumienia, może wskazywać na istotne i naglące problemy, od których rozwiązania zależy prawdziwa odnowa Kościoła. Kryzys w łonie kapłaństwa i życia zakonnego zmusza do głębszego przemyślenia funkcji i miejsca kapłana czy zakonnika we współczesnym świecie. Zaangażowanie polityczne chrześcijan, daleko wykraczające poza dotychczasowe dyrektywy społeczne Kościoła, zmusza do rewizji poglądów na stosunek Kościoła do struktur władzy świeckiej i do rzeczywistości społeczno-politycznej. Powstawanie na marginesie oficjalnych struktur instytucjonalnych Kościoła różnorodnych nieformalnych grup spontanicznych, wspólnot podstawowych, może być źródłem odnowy autentycznego życia chrześcijańskiego, opartego o realizację zasad Ewangelii. Ujawnianie się wreszcie na terenie teologii poglądów nie dających się pogodzić z ortodoksją, jest niestety konieczną ceną, którą trzeba płacić za wolność badań teologicznych; wolność ta z kolei jest niezbędnym klimatem rozwoju myśli teologicznej, niezbędnym warunkiem wypracowania nowego języka teologii, objęcia przez myśl teologiczną nowych dziedzin, wreszcie wypracowania nowych, pogłębionych, dostosowanych do współczesnego stadium rozwoju myśli ludzkiej sformułowań starych prawd.

Cały współczesny kryzys w Kościele należy rozpatrywać w świetle starej zasady Ecclesia semper reformanda, zasady w pełni zaakceptowanej – tak w teorii, jak i w praktyce przez ostatni sobór, a przecież nie w pełni jeszcze zasymilowanej w świadomości członków Kościoła. Zasada ta jest stwierdzeniem – primo – że reforma Kościoła jest możliwa, secundo – że jest ona pożądana, czy nawet konieczna, jeśli tego wymaga misja Kościoła. Nie znaczy to na pewno, by należało dążyć w Kościele do reform czy zmian dla samej żądzy zmian czy nowości. Nie stoi też ta zasada w sprzeczności z rolą tradycji w Kościele. Natomiast potrzebna jest na pewno wyraźna świadomość, co w Kościele jest niezmienne, a co może ulegać zmianom. Niezmienna jest na pewno sama treść depozytu wiary, przekazanego w Objawieniu i pochodzącego od Boga. Niezmienny jest także sam zrąb struktury instytucjonalnej Kościoła założonego przez Chrystusa, struktury władzy i sakramentów. Natomiast zmienne jest to, co w Kościele pochodzi od człowieka i tym samym obciążone jest ludzką niedoskonałością. Oczywiście nie znaczy to, że niezmienne w Kościele jest tylko to, co „z pierwszej ręki” pochodzi od Chrystusa. Postanowienia soborów powszechnych i orzeczenia dogmatyczne wzbogacały ów niezmienny element w Kościele w ciągu wieków. Natomiast wokół tego co niezmienne w Kościele wyrastały w ciągu wieków różne zmieniające się formy. Dotyczy to zarówno rozwoju rozmaitych koncepcji teologicznych, które się kształtowały w oparciu o niezmienne prawdy wiary, jak i rozwoju coraz gęstszej sieci struktur i instytucji. Rozwój ten i przekształcenia odbywały się w konkretnym, historycznym kontekście kulturowym, pod wpływem różnych prądów i szkół myślowych oraz różnych systemów społecznych. Zmienność tych form, nawet jeśli powolna w swojej ewolucyjności i niemal niezauważalna, jest dowodem, że formy te mogą się zmieniać.

Odczuwana dziś coraz powszechniej potrzeba wewnętrznej odnowy i reformy Kościoła płynie z dwu źródeł – wspominaliśmy o nich na początku tego artykułu. Pierwszym źródłem – zewnętrznym – są gwałtowne przemiany współczesnego świata, drugim – wewnętrznym – jest nowa świadomość, którą Kościół zdobył o samym sobie, zwłaszcza na soborze. Owe gwałtowne przemiany, z których w nieokreślonej przyszłości winny się wyłaniać kształty nowej cywilizacji, o charakterze globalnym, planetarnym, wstrząsają dziś światem, nic też dziwnego, że wstrząsają także Kościołem, skoro jest on obecny w tym świecie. Jacques Loew, jeden z pierwszych księży-robotników, twórca głośnej Mission Ouvriere St. Pierre – St. Paul oraz École de la Foi we Fryburgu mówił gdzieś: „Łódź podwodna jest całkowicie zanurzona w morzu, ale nic nie jest bardziej oddzielone od morza niż ona. Natomiast rybak, na swojej łodzi, wśród fal, jest naprawdę na morzu. Często Kościół pośród ludzi jest jak łódź podwodna, nie tknięta falami. Tymczasem trzeba, by był on jak łódź Piotrowa, która w czasie burzy napełniała się wodą”. Kościół nie jest oblężoną twierdzą, bezpiecznym schronieniem, do którego mogliby uciekać ludzie zbyt udręczeni falami historii. Przeciwnie, jego misją jest być obecnym w samym oku cyklonu, po to, by od środka, jako zaczyn i ferment wpływać na przyszły kształt cywilizacji. Chrześcijanie świadomi misji Kościoła wiedzą, że w takich właśnie czasach jak obecne, Kościół i głoszone przez niego chrześcijaństwo ma większą niż kiedykolwiek rolę do spełnienia. Aby jednak Kościół mógł w dzisiejszych warunkach skutecznie pełnić swoją misję, konieczną jest rzeczą odnowa tego Kościoła nie dlatego, by go dostosowywać do „ducha świata” czy „ducha czasu”, robiąc na rzecz tego świata koncesje, ale po to, by najgłębszej, najistotniejszej misji Kościoła zapewnić maksymalną wiarogodność i skuteczność.

Drugim źródłem dążenia do reformy jest nowa wizja Kościoła, wyłaniająca się z dokumentów soboru. Ta nowa wizja jest – w jakimś sensie – odpowiedzią na gwałtowne przemiany naszych czasów. Ta nowa wizja, według której Kościół to przede wszystkim Lud Boży, wspólnota ludzi, zaś hierarchiczna struktura władzy, sama też pochodzenia boskiego i niezbędna dla funkcjonowania tej wspólnoty i dla strzeżenia depozytu wiary, ma wobec wspólnoty funkcję służebną, ta wizja Kościoła jest czymś nowym. Trzeba to dobrze rozumieć: ta nowa wizja nie jest jakimś odkryciem soboru, przeciwnie, jest ona zakorzeniona w najstarszej tradycji Kościoła, jest ona obecna w Ewangelii, w pismach Ojców Kościoła, w praktyce pierwotnego chrześcijaństwa. Ale w porównaniu z poprzednią wizją Kościoła, panującą dość powszechnie przed Vaticanum II, jest ona czymś zupełnie innym, czymś – powtarzamy – nowym. Wprowadzenie w życie tej nowej wizji Kościoła, dostosowanie do niej stylu życia, metod działania, sposobu obecności Kościoła wymaga głębokiej odnowy i reformy. Napięcie między wspólnotą ludzką a ramami instytucjonalnymi, w których ta wspólnota żyje, jest naturalnym prawem socjologicznym. Ale nowa wizja Kościoła bynajmniej nie kładzie akcentu na to napięcie, ani go nie wzmaga, jeśli to napięcie jest dziś duże, to wynika to z oporu stawianego reformie, z siły bezwładu dawnych struktur. Napięcie to zatem jest zjawiskiem przejściowym, które również nie powinno wywoływać refleksów przygnębienia.

Obecny kryzys w Kościele – powtórzmy to raz jeszcze – jest kryzysem wzrostu. Jest to proces bolesny, kosztowny, ale nieunikniony. W jego trakcie, dzięki niemu, czy też jako reakcja na jego objawy, dokonuje się w Kościele przemiana świadomości, kształtuje się nowy styl życia i obecności w świecie, dokonuje się rewizja więzi łączących Kościół ze światem, wytwarza się nowy sposób pełnienia władzy pojmowanej jako służba, Lud Boży, wierni uzyskują pełniejsze uczestnictwo w życiu tego Kościoła, we współodpowiedzialności za jego losy i misję, uzyskują świadomość, że oni są Kościołem.

To wszystko co we współczesnym kryzysie płynie z niedojrzałości i niecierpliwości, z chęci przeprowadzenia zmian natychmiast, nie licząc się z realnymi możliwościami, to co płynie z niedoceniania wartości tradycyjnych, z niezrozumienia prawdziwej natury Kościoła, a nawet po prostu z kryzysu wiary, to na pewno przeminie, wypali się, zostawiając może bolesne rany i blizny, ale i przyczyniając się do wzrostu dojrzałości i odpowiedzialności. Tam zaś, gdzie obecny kryzys stawia istotne problemy, związane z obecnością Kościoła w zmieniających się warunkach współczesnego świata, samo postawienie problemów ułatwi znalezienie rozwiązań na drodze realistycznej analizy i spokojnej refleksji. Toteż w dziesiątą rocznicę otwarcia Soboru Watykańskiego II wolno z optymizmem patrzeć w przyszłość Kościoła, z nadzieją, że z obecnego kryzysu, z obecnego zakrętu swoich dziejów Kościół wyjdzie silniejszy, czystszy, dojrzalszy, wierniejszy Chrystusowi i Jego Ewangelii; że będzie lepiej mógł pełnić swoją służbę światu, tę służbę, której ten świat tak bardzo dziś potrzebuje, nawet jeśli o tym nie wie.

Przypis:

1. Wdzięczność za przypomnienie tego plastycznego obrazu o. Loewa, który posłużył i za tytuł niniejszego artykułu, winienem włoskiemu duszpasterzowi Don Franco Fueetti, z Legnano koło Mediolanu, który niedawno (nie po raz pierwszy) odwiedził Polskę i który swoją książkę o problemach Kościoła posoborowego tak właśnie tytułował: La Chiesa non e un sottomarino.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl