Kryzys w Kościele

JERZY TUROWICZ


Początkowo zamierzałem przy tytule tego artykułu postawić znak zapytania. Z zamiaru tego jednak zrezygnowałem. Istnienie kryzysu w Kościele nie ulega dziś wątpliwości*. Jeden z biskupów amerykańskich mówi, że istnieją dziś dwa katolicyzmy – jeden to „Kościół oficjalny”, związany z papieżem i hierarchią, drugi to jakiś nieokreślony „wolny Kościół”, przyciągający rosnącą liczbę świeckich księży. Ks. Stransky z Sekretariatu Jedności Chrześcijan sądzi, że Kościół dotknęła „milcząca schizma” buntowników, którzy pozostają de nomine katolikami, rozluźniając coraz bardziej swoje związki z Kościołem instytucjonalnym. Jacques Maritain – cytowany przez Henri Fesqueta w paryskim „Le Monde” – twierdzi, że w porównaniu z tym, co się obecnie dzieje w Kościele, kryzys modernistyczny z początku stulecia był lekkim „katarem siennym”. Również kard. Ottaviani, w obszernym wywiadzie udzielonym ostatnio tygodnikowi „Paris Match”, porównuje obecny kryzys ze sprawą modernizmu, „herezji, która atakowała substancję dogmatu pod pretekstem adaptacji języka teologicznego do nowoczesnych okoliczności”. Ale obecny kryzys – dodaje były szef Świętego Oficjum – „jest o wiele poważniejszy”.

Objawy


Jak się ten kryzys objawia? Biorę do ręki pakiet prasy zachodniej z jednego tylko tygodnia w połowie grudnia 1968 roku.

„Le Figaro” informuje obszernie o ogłoszonym w druku liście otwartym podpisanym przez 744 katolików świeckich, skierowanym do papieża za pośrednictwem nuncjatury w Paryżu. Sygnatariusze listu stwierdzają niezgodność między Ewangelią a praktyką Kościoła instytucjonalnego. Oskarżają Kościół o brak szacunku dla człowieka, o chęć sprawowania władzy doczesnej, o brak ducha ubóstwa. Parę tygodni wcześniej ogłoszony został we Francji inny list, podpisany przez 120 księży (w międzyczasie lista sygnatariuszy wzrosła do ponad 400), adresowany do episkopatu Francji i domagający się radykalnej reformy statusu księży i warunków wykonywania posługi kapłańskiej. Episkopat odpowiedział deklaracją zapowiadającą, że najbliższe zgromadzenie plenarne episkopatu będzie poświęcone problemom życia i posługi kapłanów oraz że biskupi i księża wspólnie muszą szukać rozwiązań dla powstałych problemów. Deklaracja stwierdza, iż świat przeżywa dziś ostry kryzys i jest rzeczą normalną, że Kościół jest także tym kryzysem cywilizacji dotknięty.

Prasa włoska, np. turyńska „La Stampa” czy rzymska „L’Unita” wiele miejsca poświęcają konfliktowi między parafią Isolotto i jej proboszczem z jednej strony a arcybiskupem Florencji kard. Floritem z drugiej. Konflikt ten trwa od trzech miesięcy. Isolotto, uboga robotnicza parafia Florencji, kierowana od kilkunastu lat przez młodego proboszcza Don Mazzi, stała się ośrodkiem eksperymentów pastoralnych mających na celu silniejsze włączenie ubogich w życie Kościoła. Pozycje zajęte przez parafię stały się przedmiotem sporu, a wydany przez parafię katechizm, kładący silne akcenty na społeczne wartości Ewangelii, został przez arcybiskupa zakazany, ostatecznie Don Mazzi został usunięty. Solidarni ze swym proboszczem parafianie zorganizowali wielką demonstrację u stóp katedry florenckiej, domagając się m.in. dymisji arcybiskupa. Ostatnio liczna grupa studentów, na znak solidarności z Don Mazzi i jego parafią, przeprowadziła pokojową demonstrację na placu św. Piotra w Rzymie. Warto dodać, że trzy miesiące temu liczna grupa katolików świeckich oraz księży i zakonnic zorganizowała jednodniową okupację katedry w Parmie na znak protestu przeciw stosunkom panującym w tamtejszej diecezji. Ogłosili oni równocześnie manifest podający motywy tej demonstracji. Biskup Parmy usunął demonstrantów z katedry przy pomocy policji.

W Bilbao (Hiszpania) 50 księży baskijskich okupowało tamtejsze seminarium duchowne na znak protestu przeciw stanowisku biskupa wobec represji stosowanych przez władze hiszpańskie wobec narodowego ruchu Basków. Okupacja trwała trzy tygodnie.

W Lizbonie rektor, wicerektor i pięciu profesorów seminarium duchownego złożyło dymisję, protestując przeciw niedostosowaniu seminarium do dzisiejszych potrzeb oraz przeciw ociąganiu się hierarchii w realizacji reform soborowych. Arcybiskup Lizbony kard. Cerejeira dymisję przyjął.

Wychodzący w Londynie dwutygodnik „New Christian” (o mieszanej redakcji – anglikańsko-katolickiej) ogłosił artykuł karmelitanki, siostry Margaret Rowe, która z okazji Światowego Roku Praw Człowieka protestuje w ostrych słowach przeciw nieszanowaniu tych praw w odniesieniu do zakonnic, zwłaszcza przez hierarchię oraz przez księży sprawujących duchową opiekę nad zakonnicami. Artykuł odbił się szerokim echem także poza granicami Anglii.

Sprawa „Katechizmu holenderskiego” znalazła – jak się zdaje – finał w deklaracji komisji kardynalskiej, powołanej w tym celu w Rzymie, episkopat holenderski postanowił zaniechać dalszych dyskusji, przyjąć poprawki i uzupełnienia żądane przez komisję i ogłosić je w formie dodatku do „Katechizmu”. Ale autorzy „Katechizmu”, opracowanego przez Instytut Katechetyczny w Nijmegen, oświadczyli, że nie mogą przyjąć żądań komisji i że zamierzają ogłosić na ten temat „białą księgę” zawierającą dossier sprawy. Pisze o tym obszernie m.in. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Londyński „The Guardian” donosi, że o. Alkuin Heising, 41-letni opat benedyktyńskiego opactwa Michaelsberg koło Kolonii, złożył swój urząd i zwrócił się do Watykanu o powrót do stanu świeckiego. Krok swój opat Heising tłumaczy jako „protest przeciw autorytaryzmowi władzy w Kościele”, podając jako przykład sprawę „Katechizmu holenderskiego”, odsunięcie od nauczania dra Huberta Halbfasa, profesora teologii w Reutlingen, oraz trudności napotykane w aggiornamento życia monastycznego. 200 księży z pięciu diecezji Nadrenii i Westfalii ogłosiło komunikat solidaryzujący się ze stanowiskiem opata Heisinga.

Informations Catholiques Internationales poświęcają całe dossier kryzysowi Kościoła w Stanach Zjednoczonych. Między innymi od 1 stycznia 1968 opuściło służbę kapłańską 463 księży, wielu z nich ożeniło się. W diecezji Waszyngton kard. O’Boyle ukarał sankcjami dyscyplinarnymi ponad 140 księży z powodu ich stanowiska wobec encykliki Humanae vitae. W diecezji Los Angeles ostry, trwający kilka miesięcy konflikt wybuchł między ordynariuszem diecezji kard. McIntyre a zakonem żeńskim Sióstr Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Znany ze swego konserwatyzmu kard. McIntyre nie chciał zaakceptować przeprowadzonych przez zakon reform i usunął siostry ze wszystkich szkół diecezji. Głównym celem zakonu jest właśnie nauczanie. W diecezji San Antonio 68 księży zażądało publicznie ustąpienia 77-letniego arcybiskupa Roberta E. Luceya z powodu jego stanowiska wobec odnowy Kościoła. 6000 katolików świeckich podpisało petycję popierającą owych księży.

Prasa, nie tylko amerykańska, pisze też obszernie o sprawie tygodnika „National Catholic Reporter”. To czasopismo, wydawane od kilku lat przez grupę katolików świeckich w Kansas City, wysunęło się na czoło katolickiej prasy amerykańskiej, uzyskując duży wpływ na opinię publiczną i domagając się radykalnej odnowy Kościoła w duchu soboru. Ordynariusz Kansas City msgr Helmsing w oficjalnym oświadczeniu potępił pismo i zażądał usunięcia z tytułu słowa „katolicki”. Rada dyrektorów czasopisma, po przedyskutowaniu sprawy, odmówiła zastosowania się do żądania biskupa. Cała niemal katolicka prasa amerykańska, łącznie z prasą diecezjalną i zakonną, wystąpiła w obronie „National Catholic Reporter”.

Tygodnik „Time” w jednym z ostatnich numerów obszerną cover story pod tytułem Rebelion in the Catholic Church poświęca kryzysowi w Kościele. A oto tytuły kilku książek, które ukazały się w ostatnich tygodniach w USA (książek pisanych przez katolików, duchownych i świeckich): The Catholic Crisis, The Catholic Revolution, The Underground Church, Exploding Church. Na naszym zaś kontynencie paryski „Le Monde” ogłosił ostatnio serię artykułów pióra Henri Fesqueta oraz Jacques Nobecourta (rzymski korespondent „Le Monde”) pod wspólnym tytułem „Kryzys Kościoła rzymskiego”.

Rzecz prosta, Ojciec Święty Paweł VI jest w pełni świadom narastającego w Kościele kryzysu. Toteż w jego licznych przemówieniach często wracają akcenty bólu, smutku, niepokoju. Ostatnio przemawiając do grupy kleryków z seminarium w Mediolanie, Papież powiedział: „Co widzicie w Papieżu? Signum contradictionis – znak sprzeciwu. Kościół znajduje się dziś w godzinie niepokoju, samokrytyki – można by powiedzieć – aż do autodestrukcji”.

Encyklika


Zarejestrowaliśmy powyżej szereg faktów, nie zajmując wobec nich stanowiska. Chodziło nam tu tylko o stwierdzenie, że kryzys istnieje, o czym te fakty wyraźnie świadczą. Oczywiście, nie wolno zapominać, że kryzys ten współistnieje ze wspaniałym rozkwitem Kościoła. Wystarczy wskazać na zdumiewające postępy ruchu ekumenicznego, na duchowe i religijne skutki odnowy liturgicznej wszędzie tam, gdzie reforma liturgii została konsekwentnie doprowadzona do końca, na rozkwit literatury teologicznej i biblijnej, na nowe inicjatywy apostolskie, by sobie uprzytomnić, że obecny kryzys nie oznacza bynajmniej jakiejś dekadencji Kościoła. Oczywiście, istnieje także w dzisiejszym świecie zjawisko, które nazywamy kryzysem wiary, ale to nie jest przedmiotem niniejszego artykułu. Natomiast u ludzi wierzących wiara religijna często się pogłębia; rzecz charakterystyczna, że w Holandii, która jest dziś jednym z ognisk owego kryzysu, procent praktyki religijnej jest wyjątkowo wysoki. A więc chodzi tu o kryzys występujący u ludzi głęboko wierzących, zaangażowanych, ludzi wszczepionych w Kościół i pragnących w nim pozostać, a nie ludzi obojętnych czy odchodzących. Niemniej fakty przez nas przytoczone dowodzą, że kryzys – zwłaszcza w dziedzinie dyscypliny kościelnej – istnieje.

Kryzys ten narastał już od pewnego czasu. Posuwając się wstecz, można by zestawić o wiele dłuższy rejestr wydarzeń, nieraz równie drastycznych. Jedną z przyczyn kryzysu, czy też okazją do jego ujawnienia się, było ogłoszenie 29 lipca 1968 przez Pawła VI encykliki Humanae vitae w sprawie regulacji urodzin. Jak wiadomo, encyklika ta wywołała w Kościele niespodziewanie silną i gwałtowną falę opozycji, zwłaszcza w krajach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Przeciw encyklice opowiedziało się szereg teologów – nieraz o głośnych nazwiskach. Wielu księży oświadczyło, że nie mogą stosować wskazań encykliki w swojej praktyce duszpasterskiej; władze kościelne zastosowały wobec nich sankcje dyscyplinarne. Ankiety instytutów badania opinii publicznej wykazują, że wysoki procent katolików świeckich nie zgadza się ze stanowiskiem papieża. Na wielkim Katholikentagu w Essen 5000 katolików świeckich RFN uchwaliło rezolucję żądającą rewizji stanowiska Kościoła w tej sprawie. Ogromna większość prasy katolickiej krajów zachodnich, jeśli nie wypowiada się wprost przeciw encyklice, to przynajmniej mnoży znaki zapytania. Episkopaty szeregu krajów ogłosiły listy pasterskie, które rzecz prosta aprobują stanowisko papieża w sprawie regulacji urodzin, wprowadzając jednak dość daleko idące niuanse interpretacyjne, zwłaszcza jeśli chodzi o problem praw sumienia w obliczu zwyczajnego magisterium Kościoła.

Dyskusja wywołana przez encyklikę nie dotyczy bynajmniej tylko problemu zapobiegania ciąży czy też „pigułki”. Obejmuje ona takie problemy jak koncepcja prawa naturalnego, jak sposób wykonywania magisterium (krytyka dotyczy tu „niekolegialnego” charakteru decyzji papieskiej), stopnia obowiązywalności nauczania zwyczajnego (tj. tego, które nie będąc głoszonym ex cathedra, nie jest wyposażone w atrybut nieomylności), relacji między autorytetem i wolnością w Kościele, a zwłaszcza – wspomnianego przed chwilą – problemu praw sumienia w obliczu autorytetu, słynnego problemu, który 100 lat temu stawiał kard. Newman.

Bo też obserwowany przez nas kryzys rozciąga się na wszystkie dziedziny życia Kościoła. Manifestuje się on w dziedzinie doktryny, tak teologii, jak i filozofii – gdzie powstają nowe teorie, odbiegające od ujęć tradycyjnych; w dziedzinie pastoralnej – gdzie wzmagają się postulaty radykalnych zmian metod pracy duszpasterskiej; na terenie kapłaństwa – gdzie szerzy się niepokój co do sensu pracy kapłańskiej w obecnych jej formach i warunkach; w dziedzinie stosunku Kościoła do problemów społecznych (hasło wywoławcze: chrześcijaństwo a rewolucja); w dziedzinie liturgii – gdzie poszukuje się nowych form wykraczających poza dokonaną przez sobór reformę; w dziedzinie dyscyplinarnej – gdzie zostają zakwestionowane dotychczasowe formy posłuszeństwa oraz sposób wykonywania władzy. Dziedzin tych zresztą można by wymienić więcej. Swój sprzeciw manifestują przede wszystkim reformiści, żądający bardziej radykalnej i konsekwentnej odnowy Kościoła. Ale sprzeciw swój manifestują też – acz mniej licznie środowiska tradycjonalistów, nieraz atakujących sobór i jego uchwały czy też poszczególnych biskupów, oskarżając ich o nowatorstwo.

Oczywiście powiedzieć trzeba, że procent katolików, duchownych czy świeckich, ujawniających swój sprzeciw w tych różnych dziedzinach jest stosunkowo nieduży. Trudno tu operować cyframi, ale ogromna masa katolików pozostaje bierna, czy to z wierności i posłuszeństwa wobec władzy kościelnej, czy też po prostu z powodu obojętności i braku zainteresowania. Nie należałoby się tym jednak uspokajać. Ów – stosunkowo niewielki – procent rekrutujący się głównie spośród inteligencji świeckiej, młodzieży i duchowieństwa, to niejednokrotnie najlepsi i najgorliwsi katolicy, żarliwie praktykujący swoją współodpowiedzialność za Kościół. A wśród tej masy dotąd biernych nie brak rosnącego niepokoju czy wątpliwości wobec różnych aspektów życia Kościoła.

Przyczyny


Jakie są przyczyny tego, co nazwaliśmy kryzysem w Kościele? Pierwsza odpowiedź wprost się narzuca: kryzys w Kościele jest elementem, refleksem kryzysu współczesnej cywilizacji. Kościół – a jest to stwierdzenie pozytywne i optymistyczne – jest tak silnie włączony, obecny w świecie współczesnym, że byłoby wprost dziwne, gdyby pozostał oazą spokoju wtedy, gdy tym światem wstrząsają objawy kryzysu. W czasie studenckiej „rewolucji majowej” w Paryżu, w ub. roku pojawiły się dwa hasła, stanowiące klucz do zrozumienia sytuacji: contestation i participation. Contestation – a więc zakwestionowanie całego stanu istniejącego w dziedzinie politycznej, społecznej itd. Participation – a więc żądanie uczestnictwa, realnego wpływu na ową rzeczywistość czy też na jej przekształcenie. Te dwa hasła są ważne także w odniesieniu do sytuacji w Kościele.

Bardziej jednak konkretnych przyczyn obecnego stanu rzeczy musimy szukać w samym Kościele i w jego – zwłaszcza najnowszej – historii. I tutaj punktem wyjścia naszej refleksji musi stać się Sobór Watykański II. Co nie znaczy bynajmniej, by sobór był przyczyną obecnego kryzysu. Cienia racji nie mają tradycjonaliści i integryści, którzy mówią: widzicie, do czego ten wasz sobór doprowadził. To są ludzie, którzy po prostu nie rozumieją tego, co się dzieje w Kościele, a prawdopodobnie także nie rozumieją, czym jest Kościół. Gdyby nie było soboru, być może (choć nie jest to pewne), że kryzys wystąpiłby później, ale przebieg jego byłby prawdopodobnie jeszcze ostrzejszy.

Sobór był etapem najnowszej historii Kościoła, a więc zarazem punktem dojścia pewnego procesu, jak i punktem wyjścia dalszej przemiany. Można uważać dzieło soboru za – pod różnymi względami – niedoskonałe, można mówić – już teraz – o potrzebie Vaticanum III, ale nie należy zapominać, że ładunek przemiany zawarty w uchwałach minionego soboru jest olbrzymi. Sobór przyniósł nową wizję Kościoła, bardzo odmienną od obowiązującej do tego czasu, nową, mimo że zakorzenioną w najstarszej tego Kościoła tradycji. Kościół jako Lud Boży, prymat wspólnoty przed instytucją, władza pojmowana jako służba, a nie panowanie, zasada kolegialności władzy, wezwanie świeckich do czynnego udziału, do partycypacji w odpowiedzialności za losy tego Kościoła. A zarazem ostre poczucie historyczności Kościoła i postulat adaptacji tego wszystkiego, co w Kościele jest zmienne, do potrzeb jego misji w konkretnych warunkach historycznych. Oto ten ładunek, z którego wyrasta przemiana w Kościele.

I teraz źródło kryzysu tkwi bardzo często w konfrontacji zapowiedzi soborowych z posoborową rzeczywistością. Realizacja soboru to z jednej strony reforma instytucji, struktur i metod, z drugiej – zmiana ducha, mentalności, postaw. Awangarda laikatu, awangarda teologów i duszpasterzy odczuwa palącą potrzebę uczciwego i konsekwentnego wcielania w życie uchwał i ducha soboru. Jeżeli reformy soborowe realizowane są z ociąganiem i połowicznie, jeśli w życiu Kościoła na odcinku kraju, diecezji czy parafii nie widać tego nowego ducha, jeśli partycypacja i współodpowiedzialność pozostają pustym słowem wobec arbitralnego sposobu wykonywania władzy, następuje konflikt. Oczywiście, przemiany muszą iść za świadomością. Zdarza się jednak często, że występuje tragiczny décalage, rozziew, między świadomością awangardy a świadomością hierarchii, jaskrawa różnica w ocenie sytuacji, w ocenie potrzeb i możliwości. Świeccy (i nie tylko świeccy) słowa soboru o partycypacji i współodpowiedzialności biorą na serio, dosłownie. Jeśli nie powstają struktury instytucjonalizujące ową współodpowiedzialność, jeśli nie zmienia się mentalność uniemożliwiająca dotąd ową partycypację, jeśli postulaty świeckich napotykają na odpowiedź non est opportunum, co jest często zamaskowaną pozorami roztropności formą oportunizmu – wówczas dochodzi do sprzeciwu, protestu, demonstracji. Toteż to, co nazwaliśmy kryzysem, jest bardzo często dramatycznym protestem przeciw nierealizowaniu soboru.

Gdzie jest racja?


Czy znaczy to, że w sytuacjach konfliktowych, które składają się na obecny kryzys w Kościele, racja jest po stronie „kontestacji”, po stronie „protestantów” (w cudzysłowie!)? Na pewno bardzo często nie. W sporach ludzkich, a w tych sporach – nawet jeśli w nich o boskie sprawy chodzi – stronami są ludzie, racja nigdy nie jest po jednej stronie. Sytuacje konfliktowe, takie np. jak wyliczone na początku tego artykułu, mogą być gorszące, szokujące, grożące anarchią. Trzeba tu zresztą odróżnić metody od meritum sporu, od racji. I znowu metody mogą być uważane za niedopuszczalne, za nie respektujące obowiązującej w Kościele struktury władzy. Ale „kontestatariusze” odpowiadają: nie mieliśmy innego wyjścia, nie mieliśmy innego sposobu, by skutecznie zwrócić uwagę na istniejący problem. A racja, racja ewangelicznej gorliwości, racja wierności prawdzie, racja miłości wreszcie bywa nieraz po stronie tych, którzy wnoszą sprzeciw. Mogą się nawet powołać na Pawła, który przeciwstawił się Piotrowi (Ga 2,11).

Tak więc ta wielka fala nowości i sprzeciwu, która idzie przez Kościół, niesie z sobą ziarno i plewy. Niektóre teorie teologów mogą być niesłuszne, niezgodne z powierzoną Kościołowi nauką Chrystusa i wówczas Kościół ma prawo, nawet obowiązek głośno to powiedzieć. Ale to nie znaczy, by wszystkie teorie, które się nie podobają na rzymskich uniwersytetach, miały być niesłuszne. Eksperymenty pastoralne czy liturgiczne mogą się nie mieścić w ustalonych ramach, a że jakieś ramy być muszą, temu nikt rozsądny nie zaprzeczy, ale z tych eksperymentów mogą wyrosnąć nowe, skuteczne i zdrowe formy. Wysuwane wobec hierarchii żądania i postulaty mogą być niesłuszne, niedojrzałe, nieodpowiedzialne, nie liczące się z rzeczywistością i jej ograniczeniami, gorzej: nie respektujące istniejącego w Kościele i koniecznego ładu. Ale nie ze wszystkimi postulatami i żądaniami rzecz tak się ma, są one nieraz właśnie najsłuszniejsze, właśnie odpowiedzialne.

Toteż jeśli obecny kryzys zawiera w sobie wielkie niebezpieczeństwa dla Kościoła, całkowicie tłumaczące wielki niepokój i troskę papieża Pawła, to równocześnie zawiera on w sobie wspaniałe możliwości dalszego wzrostu i odnowy Kościoła.

W stronę wyjścia?


Jakie jest wyjście z obecnego kryzysu? Byłoby naiwnością sądzić, że jest na to jakaś jedna recepta, byłoby zarozumiałością ze strony piszącego te słowa, gdyby się starał taką receptę proponować. Wolno jednak pokusić się o skreślenie na ten temat kilku uwag.

Pierwsza z nich dotyczyć będzie tych katolików świeckich czy duchownych, którzy – powodowani żarliwością apostolską, pragnąc, by Kościół pełniej był obecny w życiu ludzi i by skuteczniej pełnił swoją misję – stają w obliczu sytuacji konfliktowych. Pamiętać oni muszą, że warunkiem ich chrześcijaństwa jest wierność Kościołowi, który jest ich Matką, który ich urodził i wychował, który jest ich duchową ojczyzną. Kościołowi takiemu, jaki jest z ustanowienia Bożego, a więc tej wspólnocie miłości i braterstwa, a zarazem hierarchicznej strukturze władzy, z prymatem Piotrowym i wynikającym zeń obowiązkiem karności i posłuszeństwa. Także Kościołowi takiemu, jaki jest w swojej warstwie ludzkiej i historycznej, pełnemu niedoskonałości, ułomności i bezwładu, który jest tym niezdarnym i ociężałym hipopotamem ze znanego wiersza Eliota, który (Kościół, nie hipopotam) powoli na przestrzeni stuleci kształtuje własną świadomość swojej natury oraz formy wykonywania swojej misji. Proces, który na pewno daleki jest jeszcze od zakończenia. Muszą oni także pamiętać, że znakiem tego Kościoła jest krzyż, a więc cierpienie – nie tylko w życiu człowieka, ale i w życiu Kościoła. Muszą wreszcie pamiętać, że pokora jest jedną z największych cnót chrześcijańskich. I że naprawy tego, co naprawione być może i powinno, trzeba szukać wspólnie z hierarchią i prezbiterium i że ta droga jest na ogół skuteczniejsza od sprzeciwu.

Z drugiej strony należy przecież wiedzieć i pamiętać to, o czym uczy historia obu Testamentów i historia Kościoła, a mianowicie, że struktury charyzmatyczne i profetyczne nigdy zbytnio nie respektowały struktur hierarchicznych i instytucjonalnych, a dawcą proroctw i charyzmatów nie jest człowiek, ale Bóg. A ponadto, że katolicy – świeccy czy duchowni – domagający się partycypacji i współodpowiedzialności, wołający o opinię publiczną w Kościele, o demokratyzację struktur władzy i udział w decyzjach, nie robią nic innego, jak odpowiadają na apel tej właśnie hierarchii, wielokrotnie formułowany na soborze.

Oczywiście w sytuacjach konfliktowych, w obliczu jawnego łamania dyscypliny grożącego zgorszeniem maluczkich, hierarchia musi nawoływać do posłuszeństwa, musi nieraz stosować sankcje. Także i procesu odnowy nie można „puścić na żywioł”, Kościół musi go w pewnym sensie kontrolować. Ale obecnego kryzysu nie da się przezwyciężyć, odwołując się do autorytetu, nawołując do posłuszeństwa, dyscypliny i karności, grożąc sankcjami. Idąca przez Kościół fala odnowy, prowadząca nieraz do sprzeciwu, nawet jeśli nie zawsze czysta, jest zbyt potężna, by można ją było w ten sposób powstrzymać. Zresztą choroby – jeśli to jest choroba – nie można leczyć przez usuwanie objawów. Trzeba sięgnąć do jej źródła. Przezwyciężyć kryzys, przekształcić go w kryzys wzrostu można tylko przyspieszając i pogłębiając proces odnowy w Kościele. Istnieje bowiem – trzeba tu powiedzieć – niebezpieczeństwo zahamowania procesu odnowy, próby „włączania wstecznego biegu”. Byłoby to straszliwą pomyłką pogłębiającą tylko kryzys, grożącą rozłamami, jeśli nie nową schizmą. Tylko realizując konsekwentnie, uczciwie i do końca soborowe reformy, stwarzając struktury uczestnictwa i współodpowiedzialności, struktury dialogu i komunikacji, można z obecnego kryzysu wyprowadzić dobro. W Kościele bowiem dokonuje się dzisiaj niebezpieczna polaryzacja poglądów i stanowisk. Obecny kryzys jest w dużej mierze kryzysem międzyludzkiej komunikacji, a przerwanie komunikacji jest grzechem przeciw podstawowej idei wspólnoty, grzechem przeciw Kościołowi.

Dlatego też w sytuacjach konfliktowych pierwszym obowiązkiem jest odbudowa komunikacji, nawiązanie dialogu: wspólne, cierpliwe, żmudne i bezinteresowne dociekanie wzajemnych racji, wyciąganie wniosków bez oglądania się na prestiż. W takim dialogu na pozór mogą przegrywać ludzie i przez nich tworzone instytucje. Na pozór tylko. Nie przegrywa człowiek, jeśli zwycięży prawda i jeśli – dzięki temu – odbudowuje się miłość. Oraz nadzieja. Nadzieja nie w człowieku zakorzeniona, ale w Bogu. Przekonanie, pewność, że Kościół jest wieczny i że z obecnego kryzysu wyjdzie dojrzalszy, pogłębiony, czystszy, lepiej świadczący Ewangelii. Ta pewność chroni przed pesymizmem czy katastrofizmem tak częstym dzisiaj wśród tradycjonalistów i integrystów, którzy – sami może nie wiedząc o tym – na mieliźnie zakotwiczają swoją nadzieję, nie rozumiejąc, że Kościół musi i będzie się zmieniać przez cały ciąg swoich dziejów po to, żeby być coraz bardziej sobą.


* Artykuł ten – mówił kilka lat później (1987 r.) Jerzy Turowicz – „wywołał żywe niezadowolenie części biskupów a zwłaszcza Księdza Prymasa, który nawet publicznie, z ambony, powiedział, że w jednym z pism katolickich ukazał się artykuł o kryzysie w Kościele, a w Kościele nie ma żadnego kryzysu, »można mówić co najwyżej o kryzysie publicysty«, który mówi o kryzysie w Kościele. Ja oczywiście nie reagowałem i na tym dyskusja się skończyła, ale w rok później wszyscy mówili już o kryzysie w Kościele, także polscy biskupi” (przyp. red.).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl