Wstępny bilans
soboru
JERZY TUROWICZ
Sobór się skończył.
Rozpoczął się okres posoborowy w życiu Kościoła. Czy tylko
sobór się skończył? Czy tylko okres posoborowy się rozpoczął?
Na te pytania spróbujemy odpowiedzieć później.
Historia Kościoła
uczy, że sobory zwoływano, gdy w życiu tego Kościoła zjawiały
się kryzysy, gdy kształtowały się herezje, gdy ortodoksja była
zagrożona. Sobory definiowały doktrynę w zagrożonym punkcie,
rzucały anatemy na myślących inaczej, zakreślały granice
ortodoksji. Tak było na wszystkich soborach, łącznie z dwoma
ostatnimi: Trydenckim i Watykańskim I.
Jak było na
Watykańskim II? Punktem wyjścia była także świadomość
pewnego kryzysu: stwierdzenie malejącej skuteczności misji Kościoła
w warunkach współczesnych, pogłębianie się „rozwodu”
między Kościołem i światem. Konflikt między nauką i postępem
technicznym a wiarą religijną, konflikt między praktyką społeczeństw
współczesnych w dziedzinie obyczajów a etyką głoszoną
przez Kościół, szerzenie się indyferentyzmu, materializmu i
ateizmu.
Metodą przyjętą
przez sobór wobec tego kryzysu była podwójna refleksja: nad
Kościołem i nad światem. Rezultat tej pracy zadziwiający,
decydujący o odmienności, wyjątkowości tego soboru: żadne
anatemy, lecz nowe rozumienie istoty Kościoła, połączone z
wysiłkiem zrozumienia świata. W miejsce anatem deklaracja miłości
do człowieka, do konkretnego człowieka naszych czasów,
uznanie autonomii świata, propozycje dialogu i służby.
Praca soboru
– od pierwszej jego zapowiedzi – trwała niemal 7
lat. Brał w niej udział cały Kościół. Przede wszystkim
biskupi-ojcowie soboru, pracujący w komisjach czy na plenum,
drogą dyskusji i poprawek modyfikujący kolejne dokumenty,
doprowadzający je jeśli nie do możliwej doskonałości, to
przynajmniej do formy mogącej uzyskać możliwie wysoki stopień
jednomyślności całego soboru. Brali w nim udział teologowie,
eksperci pracujący w komisjach i podkomisjach, doradcy biskupów
przygotowujący nieraz ich wystąpienia, autorzy dzieł, rozpraw
i setek odczytów wygłaszanych do biskupów. Brali w nim udział
księża, zakonnicy i ludzie świeccy – nie tylko przez
symboliczną niemal obecność audytorów. Z okazji soboru
uruchomiony został olbrzymi mechanizm wymiany myśli, za pomocą
tego mechanizmu przedstawiono ojcom soboru dezyderaty, poglądy
i potrzeby także i świeckich. W tym krążeniu myśli, w
dyskusji soborowej, która rozciągnęła się szeroko poza mury
Bazyliki św. Piotra, można było zakwestionować, poddać
rewizji niemal wszystko: doktrynę, instytucję i praktykę Kościoła.
Takie jest prawo soboru, taka jest jego kompetencja.
Zakwestionować, to nie znaczy zmieniać, ale znaczy skontrolować,
zweryfikować w odniesieniu do Ewangelii, do Pisma Świętego,
do myśli Ojców Kościoła, do praktyki pierwotnego chrześcijaństwa.
W funkcji istoty Kościoła: po to, żeby zobaczyć, co jest
istotne, a co jest wtórne, co jest niezmienne, a co zmianie
podlega.
Kościół i
świat
W tej
dyskusji soborowej – prowadzonej ze zdumiewającą
wszystkich obserwatorów wolnością – ujawniła się, więcej:
ukształtowała, nowa świadomość Kościoła. Przede wszystkim
w postaci zbiorowej świadomości episkopatu świata. Ujawniła
się wspólnota poglądów i postaw. Poglądy i postawy, które
bez soboru mogły być uważane za odosobnione, dzięki soborowi
okazały się powszechne, okazały się sprawą większości,
zyskały na pewności, śmiałości i sile.
Z tej pracy
soborowej wyłoniło się nowe rozumienie Kościoła. Nowe? Tak,
nowe. Wprawdzie zawarte już w Ewangelii, w wiekowej praktyce Kościoła,
przygotowane przez pracę teologów i przez encykliki papieskie,
a przecież nowe. Wyraziło się ono przede wszystkim w
soborowej Konstytucji o Kościele, najważniejszym zapewne
dokumencie Vaticanum II, ale odbiło się także na wszystkich
(lub niemal na wszystkich) pozostałych dokumentach soboru. W
tym nowym rozumieniu Kościół to przede wszystkim Lud Boży,
wspólnota ludzi będących przedmiotem działania Ducha Świętego.
Kościół ten jest nadal także instytucją, ale akcent zostaje
położony na wspólnotę, porzucony zostaje legalizm i jurydyzm
okresu potrydenckiego, instytucja ma służyć wspólnocie
ludzkiej, ta służba jest jej istotą, zadaniem. Równocześnie
akcent zostaje położony na historyczność Kościoła: Kościół
misję swoją pełni w czasie, w historii, reaguje na „znaki
czasu”, dostosowuje się do tego czasu, by tę misję
lepiej pełnić, zgodnie z planem Bożym, z „ekonomią”
zbawienia, „ekonomią”, która przewiduje rozwój jako
istotną cechę rzeczywistości ziemskiej.
Ta dyskusja
i refleksja soborowa prowadzi także do nowego rozumienia świata.
Nie do „odrzucenia” świata, do potępień i anatem. Byłoby
to wyjście łatwe i prowadzące donikąd. Analiza świata
prowadzi do uznania wartości rzeczywistości ziemskich, do
uznania autonomii świata, autonomii dzieła ludzkiego na ziemi;
prowadzi do wizji optymistycznej, mimo wyraźnego dostrzegania
całej nędzy losu ludzkiego: Kościół na soborze deklaruje
swoją miłość do człowieka i do świata; prowadzi do
stwierdzenia, że Kościół temu człowiekowi, trudzącemu się
urządzaniem się na ziemi, chce służyć. Służyć, to
znaczy, że Kościół ten rezygnuje świadomie z – tak często
przejawiającej się w jego dotychczasowych dziejach –
ambicji władzy i panowania nad światem, choćby pośredniego,
rezygnuje z bracchium saeculare, rezygnuje z przywilejów,
którymi władza świecka, cywilna obdarzała go od czasów
Konstantyna. Wielką kartą tej zmiany stosunku Kościoła do świata
jest może nawet nie tyle słynny schemat XIII, który stal się
konstytucją pastoralną o Kościele w świecie współczesnym,
ile przede wszystkim deklaracja o wolności religijnej. Zasada
wolności religijnej, pierwszy raz tak wyraźnie i
autorytatywnie przez Kościół sformułowana, jest nie tyle
deklaracją praw Kościoła i praw religii, ile przede wszystkim
prawa człowieka, prawa szukania i wyboru prawdy, nienaruszalności
sumienia i obowiązku człowieka słuchania swego sumienia.
Respektując wolność człowieka i apelując do jego
odpowiedzialności i dojrzałości, Kościół proponuje światu
ideę Boga i opartą na tej idei prawdę religijną, ale
proponuje także idee dotyczące człowieka: idee godności
osoby ludzkiej, idee rezygnacji z przemocy w stosunkach międzyludzkich,
idee miłości. Chcąc służyć światu, Kościół chce
rozumieć świat i chce być przez ten świat rozumiany, dlatego
proponuje mu, więcej: nawiązuje dialog, rezygnuje z
jakichkolwiek potępień, bo potępienia przecinają, uniemożliwiają
dialog.
Potrójny dialog
Ta idea dialogu,
droga Janowi XXIII i jego następcy Pawłowi VI, jest jedną z głównych
osi Soboru Watykańskiego II. Dialog ten sobór nawiązuje w
odniesieniu do różnych kręgów pluralistycznej rzeczywistości
świata współczesnego.
Najpierw
dialog ekumeniczny. W koncepcji Jana XXIII, inicjatora soboru,
celem jego – choć dalekim – miała być przede
wszystkim jedność chrześcijaństwa. Jedności tej –
rzecz prosta – nie osiągnięto, nie było to możliwe,
ale jakież olbrzymie kroki poczyniono na drodze do tej jedności!
Sobór Watykański II oznacza niewątpliwie koniec epoki
otwartej Soborem Trydenckim. Sobór dał wyraz ogromnej tęsknocie
do jedności chrześcijaństwa, miłości do tych, których
nazwano „braćmi odłączonymi”, poczuciu, że to, co
łączy wszystkich chrześcijan, jest o wiele silniejsze od
tego, co dzieli, że ta jedność, upragniona, już dziś w
jakimś stopniu istnieje. To jest czymś nowym w Kościele
katolickim, do soboru żyliśmy jeszcze w kontrreformacji,
wydawało się nam, że to, co dzieli, jest ważniejsze, w
stosunkach między chrześcijanami z różnych Kościołów (którym
nieraz odmawiano miana Kościołów) panował klimat nieufności
i skrępowania. Ekumeniści, świadomi, że podział chrześcijaństwa
jest nieszczęściem i krzywdą, byli nielicznymi, odosobnionymi
pionierami. Dziś klimat między chrześcijanami zmienił się
zasadniczo. Kościół katolicki uznał autentyczne wartości
chrześcijaństwa znajdujące się w innych Kościołach, przyjął
na siebie współwinę i współodpowiedzialność za podział.
Dokument o ekumenizmie, ale i szereg innych dokumentów soboru,
otwiera drogi do jedności, usuwa przeszkody. Następuje szereg
faktów ogromnej wagi: obecność, więcej, pośredni udział w
soborze obserwatorów wszystkich niemal chrześcijańskich Kościołów
niekatolickich, nawiązana współpraca między Rzymem a Światową
Radą Kościołów, wreszcie gest spektakularny z ostatnich dni
Vaticanum II: obustronne cofnięcie ekskomunik między Rzymem i
Konstantynopolem sprzed niemal tysiąca lat. W dziedzinie
ekumenizmu – powiedzmy to wyraźnie – dzieło soboru
wielokrotnie przewyższyło najśmielsze marzenia pionierów
sprawy jedności.
Klimat
ekumeniczny zmienił się nie tylko ze strony Rzymu, ale także
i ze strony wszystkich niemal Kościołów nie związanych z
Rzymem. Niech mi wolno będzie tu uczynić małą dygresję
osobistą. W styczniu 1960, a więc prawie trzy lata przed
rozpoczęciem soboru, ale już po jego zapowiedzi, odwiedziłem
w Genewie pastora Visser’t Hoofta, twórcę i sekretarza
generalnego Światowej Rady Kościołów, którego miałem
sposobność poznać jeszcze przed wojną, jako leadera Międzynarodowej
Federacji Młodzieży Protestanckiej. Zapytałem Visser’t
Hoofta, co sądzi o perspektywach ekumenicznych soboru.
Odpowiedział mi: przed tygodniem rozmawiałem na ten temat z
moim przyjacielem, teologiem katolickim, dominikaninem; obaj
doszliśmy do wniosku, że byłoby najlepiej, by sobór się
sprawą zjednoczenia w ogóle nie zajmował, nic bowiem dobrego
z tego nie wyniknie. Sprawa zjednoczenia nie jest dojrzała i
sobór może doprowadzić do nowych usztywnień. Dzisiaj
Visser’t Hooft myśli na ten temat zupełnie inaczej,
nieraz dawał temu wyraz, jest zresztą członkiem komisji
mieszanej dla sprawy dialogu, złożonej z przedstawicieli Kościoła
katolickiego i Światowej Rady Kościołów. Ale ówczesne jego
stanowisko nie jest bynajmniej dowodem krótkowzroczności. Tak
jak Visser’t Hooft myślało wówczas bardzo wielu chrześcijan,
zwłaszcza tych, którym sprawa zjednoczenia leżała na sercu i
którzy widzieli całą jej trudność. A dziś, dziś biskup
Otto Dibelius z Berlina, jedna z czołowych postaci
protestantyzmu światowego, oświadcza: „Gdyby Kościół
rzymskokatolicki wyglądał tak 450 lat temu jak wygląda dziś,
nigdy nie byłoby reformacji”.
Dialog
ekumeniczny, dialog katolicyzmu z resztą chrześcijaństwa ma
znaczenie szczególne dla historii Kościoła, ale u jego
korzeni leży także tęsknota za jednością całego rodzaju
ludzkiego. Toteż nawiązywany przez Kościół na soborze
dialog przekracza granice chrześcijaństwa. Obejmuje on także
wyznawców innych religii, wszystkich ludzi wierzących. Nowe
widzenie Kościoła, nowe rozumienie pojęcia Ludu Bożego wyraźnie
zakłada możliwość zbawienia, możliwość działania łaski
poza widzialnymi granicami Kościoła; z zasady wolności
religijnej wynika szacunek dla wszelkich wierzeń religijnych.
Te przesłanki wyznaczają stosunek do innych religii, sformułowany
w osobnej deklaracji soborowej. Stosunek ten opiera się o
uznanie wartości duchowych, wartości ludzkich i chrześcijańskich
zarazem, zawartych w owych religiach, jak w islamie, buddyzmie
czy hinduizmie. Kościół pragnie z wyznawcami tych religii
nawiązać dialog, dialogowi temu ma służyć utworzony w
Rzymie specjalny sekretariat. Nie znaczy to, by Kościół
katolicki przechodził na pozycje indyferentyzmu czy
agnostycyzmu, by wszystkie religie stawiał na równi. Znaczy
to, że w każdej formacji religijnej Kościół dostrzega
elementy autentycznego i skutecznego związku człowieka z
Bogiem. Wśród tych religii specjalne miejsce zajmuje judaizm,
i stanowisko wobec judaizmu, sformułowane we wspomnianej
deklaracji, nadaje jej wyjątkową wagę. Deklaracja ta ma swoją
dość burzliwą historię, można dyskutować, czy nie mogłaby
być lepsza i dalej idąca. Faktem jest, że w ostatecznej swej
postaci deklaracja jest dokumentem o olbrzymiej wymowie, że Kościół
katolicki po raz pierwszy w swych dziejach wypowiedział się na
ten temat tak wyraźnie, że kładzie ona definitywnie kres
religijnej motywacji antysemityzmu, a każdy uczciwy historyk
musi przyznać, że ta religijna motywacja odegrała ogromną
rolę w wiekowych cierpieniach i krzywdach narodu żydowskiego.
Co więcej, deklaracja jasno mówi o duchowej wspólnocie między
chrześcijaństwem a judaizmem, między Ludem Bożym Nowego
Przymierza a narodem wybranym Starego Zakonu, narodem wybranym,
który nigdy przez Boga nie został odrzucony.
Jeszcze
szerszy krąg dialogu nawiązywanego przez Kościół Vaticanum
II to ludzie niewierzący, krąg szczególnie ważny dziś, gdy
niewiara i ateizm – pierwszy raz w historii – występują
jako zjawisko masowe. Dla tego dialogu powołany został osobny
sekretariat (nb. bardziej aktywny niż ten, którego przedmiotem
są inne religie), a stosunek wobec niewiary i ateizmu określa
Konstytucja o Kościele w świecie. Tu Kościół robi ogromny
wysiłek zrozumienia zjawiska ateizmu, stara się odkryć jego
przyczyny i korzenie. Kościół szuka tych przyczyn także u
siebie – przeprowadzając tu pewną samokrytykę, zrozumiałą
dla wszystkich, którzy pamiętają, że Kościół jest zarazem
instytucją boską i ludzką – badając, czy u podstaw
ateizmu nie leży zawiniona przez katolików deformacja chrześcijaństwa;
niedostateczne świadczenie Ewangelii. Kościół rozumie także,
że manifestujące się pod postacią ateizmu dążenie do
wyzwolenia człowieka i do uwolnienia go od wszelkich alienacji
może być postacią poszukiwania najgłębszej metafizycznej
prawdy egzystencji ludzkiej, nie uświadomioną postacią
poszukiwania Boga. Oczywiście Kościół, którego misją jest
głoszenie Boga, nie może akceptować ateizmu, ale ten sam Kościół
na soborze uchylił się od bezpłodnego potępiania –
odrzucając wysuwane przez niektórych żądania – sądząc,
że dialog także z ateistami jest drogą bardziej zgodną z
Ewangelią Chrystusa.
Problemy świata
Ów dialog
Kościoła ze światem nie dotyczy tylko postaw religijnych czy
światopoglądowych, obejmuje on całą cywilizację współczesną
i wielkie problemy dzisiejszego świata. Wśród problemów
cywilizacji na pierwsze miejsce wysuwa się stosunek do myśli
naukowej. Tu Kościół definitywnie akceptuje całkowitą
autonomię i wolność badań naukowych, rezygnuje z wydawania sądów
o sprawach leżących poza jego kompetencją, odrzuca postawy,
które prowadziły do potępień Galileuszów, w przekonaniu, że
między wiarą a nauką nie ma żadnej sprzeczności i że pełna
wolność myśli niczym nie może Kościołowi zagrażać. Ta
postawa znalazła wyraz także wewnątrz Kościoła, w
odniesieniu do myśli teologicznej. I tu szereg dokumentów
soborowych, zwłaszcza konstytucja o Objawieniu, oznacza „zielone
światło” dla śmiałych badań naukowych w zakresie
teologii. W tym sensie Sobór Watykański II oznacza koniec ery
antymodernizmu. Nie znaczy to, by modernizm, który w jakimś
stopniu był niewątpliwie herezją, został „zrehabilitowany”;
znaczy to, że znikł w Kościele związany z reakcją na
modernizm „strach” przed zbyt śmiałymi badaniami w
dziedzinie teologii. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza dla
biblistyki, wiadomo, że wielu biblistów aż do ostatnich czasów
miało duże kłopoty z kongregacją noszącą do przedwczoraj
nazwę Świętego Oficjum. Charakterystyczne, że tacy
teologowie, jak jezuita de Lubac czy dominikanin Congar, również
więcej niż podejrzliwie traktowani przez Święte Oficjum,
odegrali ogromną rolę w redagowaniu dokumentów soboru, a Paweł
VI niejednokrotnie dawał im dowody wielkiego szacunku i
uznania. Inny wielki myśliciel katolicki, nieżyjący już
Teilhard de Chardin, także przez wielu w Kościele uważany za
herezjarchę, nie został wprawdzie ogłoszony Ojcem Kościoła,
nie ulega jednak wątpliwości, że w wizji świata, którą
przedstawia konstytucja o Kościele w świecie współczesnym,
znajdujemy wyraźne ślady teilhardyzmu. Z czego nie wynika, by
myśl wielkiego antropologa nie podlegała dyskusji.
Wracając
do wielkich problemów świata: sprawy takie jak eksplozja
demograficzna, sprawy nędzy i rozwoju – zwłaszcza w
odniesieniu do Trzeciego Świata, a przede wszystkim sprawa
pokoju i wojny, to problemy, wobec których Kościół nie mógł
zostać obojętny. Mówi też o tych problemach w konstytucji o
Kościele w świecie współczesnym. Oczywiście Kościół wie,
że rozwiązanie tych problemów nie należy do jego
kompetencji, że nie ma on rozwiązań gotowych i nie mówi
ludziom – jak to się czasem niektórym katolikom wydaje:
słuchajcie mnie, a rozwiążecie wszystkie problemy. Kościół
uznaje tu i granice swojej kompetencji, i autonomię świata, który
sam musi swoje problemy rozwiązywać, i wreszcie wszelkie społeczno-ekonomiczne
i historyczne determinanty losu ludzkiego, które sprawiają, że
rozwiązanie tych problemów jest dużo mniej proste, niżby się
to mogło wydawać. Ale Kościół – i to należy do jego
kompetencji – przypomina światu bardzo usilnie i nagląco
podstawowe zasady, na których muszą się opierać wszelkie
rozwiązania tych problemów, zasady sprawiedliwości,
braterstwa i miłości, oparte z kolei o godność osoby
ludzkiej. Z tych założeń wychodząc, Kościół stanowczo potępia
wojnę, rezygnując z kazuistyki tzw. wojny sprawiedliwej, tracącej
niemal wszelki sens w dobie broni nuklearnej, domaga się też
gwałtownie, aby ludzkość swoje zasoby obróciła na skuteczną
i natychmiastową pomoc dla rozwoju całych ogromnych społeczeństw
żyjących w nędzy i zacofaniu cywilizacyjnym.
Ta
ostatnia sprawa porusza jeszcze jedną strunę, na którą Kościół
może niedostatecznie był dotychczas wrażliwy. Mianowicie owa
miłość Kościoła do człowieka prowadzi do uświadomienia,
że olbrzymie masy ludzkie, przeważnie poza zasięgiem chrześcijaństwa,
żyją w głodzie, nędzy i w socjologicznym stanie beznadziejności.
Otóż te masy ludzi pokrzywdzonych, łaknących sprawiedliwości
i udziału w dobrach świata, to właśnie ci, do których
– według Kazania na Górze – należy Królestwo
Niebieskie. Wysiłek solidarności z tymi masami ze strony Kościoła
nie był dotąd dostateczny. Obudzona wrażliwość manifestuje
się nie tylko w akcji pośredniej czy bezpośredniej Kościoła
na rzecz tych wydziedziczonych, ale także i w całym nurcie tak
silnie ujawnionym na soborze tzw. Kościoła ubogich, nurcie, który
przypominając wzór życia Jezusa w Nazarecie i nawiązując do
tradycji pierwotnego chrześcijaństwa czy też tradycji
franciszkańskich, pragnie, by Kościół – rezygnując z
prawdziwych czy pozornych bogactw, z oznak władzy, z oznak
solidarności ze światem możnych i bogatych, z elementów
triumfalizmu – upodobnił się i zidentyfikował ze światem
maluczkich, głodnych i łaknących, ze światem nędzy i ubóstwa.
Nurt ten wyraża się niejednokrotnie w dokumentach soborowych,
jeszcze silniej zaś w mentalności, w postawie dużej części
episkopatu światowego, która w tym właśnie dopatruje się
najbardziej przekonywających oznak dokonującej się w Kościele
odnowy.
Instytucja i duch
To odnowa ma być,
jest już – w pewnej mierze – rezultatem soboru.
Odnowa ta dotyczy tak instytucji, jak i jej ducha. W Kościele-instytucji
dokonują się duże przemiany. Dokonuje się proces
decentralizacji i – nie bójmy się tego słowa –
demokratyzacji. Prymat papieski wychodzi z soboru nienaruszony,
nikt na soborze nie zamierzał go uszczuplać, a jego bardziej
ścisła i pogłębiona interpretacja uczyniła go bardziej
zrozumiałym nawet dla przeciwników (spoza Kościoła), tym
bardziej że z dzieła soborowego autorytet moralny i prestiż
papiestwa wychodzi bardzo wzmocniony. Równocześnie jednak
przyjęcie zasady kolegialności episkopatu, wyraz tej
kolegialności w postaci ustanowienia synodu biskupiego, zwiększenie
roli episkopatów narodowych, rozpoczęta już reforma Kurii
Rzymskiej, rozpoczęte również prace nad reformą prawa
kanonicznego, wreszcie powstanie nowych organizmów centralnych,
wszystko to zmienia zasadniczo stosunki między „centrum”
i „peryferiami” w Kościele. Realizacja postanowień
soboru, realizacja dokumentów o funkcjach pasterskich biskupów,
o kapłaństwie, o seminariach, o życiu zakonnym –
przyniesie dalsze zmiany instytucjonalne. Zmienia się więc
stosunek między papieżem a biskupami, między biskupami a
duchowieństwem, między duchowieństwem a świeckimi. Rola tych
ostatnich w Kościele została zasadniczo zmieniona, ustawiona
na nowo, nawet nie tyle przez dekret o apostolstwie świeckich,
ile przez konstytucję o Kościele, przez nową definicję Ludu
Bożego, przez wezwanie świeckich do odpowiedzialności, dojrzałości
i wolności.
Od przemian
instytucji ważniejsza jest jednak zmiana ducha w Kościele,
zmiana klimatu. Zmiana, którą trudno scharakteryzować, chyba
jeszcze najlepiej charakteryzuje ją pojęcie dialogu, tzw.
postawa otwarta oraz powrót do Ewangelii. Postawa otwarta
oznacza – mówiąc skrótowo – że nie świat jest
dla Kościoła, lecz Kościół dla świata. Kościół nie jest
tym niewzruszonym monolitem, strażnikiem niezmiennej prawdy, który
czeka, żeby świat do niego przyszedł po tę prawdę, by mu się
podporządkował. Kościół został założony dla świata, ma
wobec tego świata i w tym świecie misję, a ponieważ świat
się zmienia, Kościół musi być wrażliwy na te zmiany, musi
się dostosowywać tak, by swoją misję jak najlepiej, jak
najskuteczniej pełnić, by mówić do ludzi ich językiem. A
powrót do Ewangelii? Oczywiście, Kościół zawsze głosił
Ewangelię i zawsze jej służył. Ale będąc instytucją także
ludzką, sądził czasem, że najlepiej służy Ewangelii, służąc
niejako sobie. Wielcy święci wiedzieli, że Kościół zawsze
musi się odnawiać, zawsze musi nawracać do Ewangelii, do jej
bardziej literalnego rozumienia. Taki czas nawrotu właśnie
przeżywamy.
I tu
narzuca się pytanie, czy owa postawa otwarta istotnie na
soborze zwyciężyła. Wiemy, że na soborze ujawniły się różne
tendencje, określano je nieraz – dość uproszczonym
mianem – tradycjonalizmu czy konserwatyzmu z jednej
strony, reformizmu z drugiej. Jeśli podziału całego soboru na
dwie grupy przeprowadzić się nie da, choćby dlatego, że w różnych
sprawach linie podziału rozmaicie przebiegały, to fakt
ujawnienia się różnych tendencji oraz dyskusji między tymi
tendencjami nie ulega wątpliwości. Nie ma w tym nic ani
dziwnego, ani gorszącego. Przeciwnie, byłoby rzeczą niepokojącą,
gdyby tych dyskusji nie było. Ojcowie soboru reprezentowali różne
formacje intelektualne, różne szkoły teologiczne, różne
– przede wszystkim – doświadczenia socjologiczne.
Powodować to musiało różnice w rozumieniu i widzeniu świata
i jego problemów, różnice w widzeniu Kościoła i jego roli w
tym świecie. Skoro przedmiotem soboru była odnowa instytucji i
ducha Kościoła, nic dziwnego, że różnice wspomniane musiały
się ujawnić, że wykrystalizowały się z nich owe, zmienne
zresztą „mniejszości” i „większości”
soborowe. Przy opracowywaniu dokumentów soborowych starano się
uzyskać możliwą jednomyślność, stąd żmudna praca
wielokrotnego doszlifowywania tekstów. Czy dokumenty te są „doskonałe”?
Kościół działa w historii. W konkretnym dzisiejszym momencie
historii mówi to, co powiedzieć może, zarówno ze względu na
stan problemów, jak i ze względu na własną samowiedzę, własną
świadomość. Niektórych problemów sobór nie rozstrzygnął,
pozostawił je na boku, były i takie, które zastrzegł sobie
papież. W niektórych sprawach sobór zajął stanowisko mniej
radykalne, niżby chcieli „reformiści”. Czy znaczy to,
że „reformiści” nie mieli racji? Zapewne często
mieli, czasem nie, nie do nas zresztą należy sąd. Znaczy to
tylko, że Kościół żyje i działa w historii, że może
niektóre problemy jeszcze nie dojrzały do rozstrzygnięć, że
może są one bardziej skomplikowane, by można było je rozcinać,
że może i nie dojrzały one we współczesnej świadomości Kościoła.
Sobór ma tę olbrzymią zasługę, że nie zamyka dróg do
dalszych rozstrzygnięć, że ma świadomość swojej
historyczności, mówi: tyle możemy powiedzieć dziś, może już
jutro powiemy więcej.
Nie ulega
jednak najmniejszej wątpliwości, że tzw. postawa otwarta
zdobyła sobie na soborze olbrzymią, niespodziewaną,
nieoczekiwaną trzy lata temu większość, że większość ta
rosła z sesji na sesję i że ona zdecydowała o charakterze
dokumentów soborowych. Dokumentów, wśród których jest
szereg tekstów olbrzymiej wagi, posuwających naprzód rozwój
Kościoła, że wymienimy tylko konstytucję Lumen gentium,
konstytucję o Objawieniu, dekret o ekumenizmie, dwie
deklaracje: o wolności religijnej i o religiach niechrześcijańskich,
czy wreszcie konstytucję o Kościele w świecie współczesnym
– a zwłaszcza pierwszą część tej konstytucji. Toteż
sobór zakończył się pełnym sukcesem, nadzieje związane z
nim nie tylko zostały spełnione, ale niejednokrotnie przewyższone.
Ale sobór
to początek, nie koniec. Waga jego w historii zależeć będzie
od realizacji, od wykonania postanowień. Ta realizacja zależy
w jakiejś mierze od „centrum”, od Rzymu, zależy jednak
także od episkopatów krajowych oraz od poszczególnych biskupów.
Na realizację soboru mają wpływ także księża oraz ludzie
świeccy. Mają oni obowiązek moralny zapoznania się z
postanowieniami soboru i zrozumienia ich. Jeśli rezultatem
soboru ma być odnowa Kościoła, to ta odnowa musi się dokonać
w każdym z członków tego Kościoła. Realizacja soboru nie
dokona się z góry w dół. Jak w każdej społeczności, tak i
w Kościele istnieje dialektyka władzy i społeczeństwa.
Odnowa dokonywać się będzie tak dzięki rosnącej świadomości
„u góry”, jak też i dzięki presji idącej „z dołu”.
Sobór wzywa cały Lud Boży do wolności i odpowiedzialności,
traktuje wiernych jako ludzi dojrzałych. Trzeba więc, by
katolicy, ludzie świeccy, wykazali tę swoją dojrzałość,
skorzystali z soborowego zaproszenia do dialogu.
Postawiliśmy
na początku artykułu pytanie, co się kończy w Kościele w
roku 1965, a co się zaczyna. Chcielibyśmy, by artykuł był
odpowiedzią na te pytania Sobór Watykański II był jednym z
najważniejszych soborów w dwutysiącletnich dziejach Kościoła,
był największym wydarzeniem religijnym naszych czasów. Sobór
zamknął epokę w życiu Kościoła, epokę, którą zależnie
od dziedziny możemy mierzyć od Tridentinum czy też od
Konstantyna. Sobór rozpoczął nową epokę, dopiero w 1965
wchodzimy w Kościół naszych czasów i przyszłych czasów, Kościół
XXI wieku, a może i stuleci następnych.
|