|
DEBATA „TYGODNIKA”: REFORMA OŚWIATY NA PROWINCJI
Wieś idzie na uniwersytet
Rozmawiają:
Monika Sznajderman, Stefan Kubowicz, Krzysztof Pawłowski i Jerzy
Zdrada. Rozmowę prowadzi Anna Mateja.
- Sensowność
reformy oświaty potwierdzą nie tylko dane statystyczne mówiące o większej
liczbie maturzystów czy studiującej młodzieży wiejskiej. Potwierdzą ją sami
uczący się, jeśli po ukończeniu szkół nie zasilą szeregów bezrobotnych, ale
sprostają wymogom rynku pracy i konkurencji, również ze strony rówieśników z
Unii Europejskiej. „Chcemy czy nie – idą nowi ludzie” – pisaliśmy siedem lat
temu („TP” nr 22/1993) drukując list trójki polonistów z Wrocławia opisujących
swoje doświadczenia z nauczaniem literatury: „Obecna scholastyczna szkoła (bo nastawiona na podanie absolutnie
nieużytecznych prawd objawionych) nie jest w stanie przeciwstawić się »człowiekowi
dzisiejszemu«, wręcz przeciwnie, wydatnie przyczynia się do pomnożenia jego
szeregów. Nie potrafi zaoferować jakiejkolwiek sensownej alternatywy, mogącej
zahamować upupiające działanie kultury masowej. Konieczna jest natychmiastowa
rewolucja w myśleniu o szkole, ponowne określenie jej celów i zadań edukacyjnych”.
Publikowaną
obok dyskusją rozpoczynamy debatę o szkole po reformie. Osiem miesięcy to czas
zbyt krótki, żeby ocenić nowy system edukacji, ale bierne i bezkrytyczne
przyjmowanie każdej zmiany może być równie szkodliwe jak brak zainteresowania,
znudzenie czy strach przed zmienianiem czegokolwiek. Działania reformatorskie,
zwłaszcza w szkole, trudno wprowadzać wyłącznie trybem administracyjnym.
Społeczeństwo obywatelskie polega właśnie na „przeszkadzaniu” krytyką, a nie na
posłusznym wykonywaniu decyzji podjętych przez kuratora czy ministra. Tak więc
współudziałowcami zmian w szkole powinni być nauczyciele, uczniowie, rodzice,
władze samorządowe...
Mamy nadzieję, że wszyscy zainteresowani szkołą zechcą
podzielić się zarówno uwagami krytycznymi, jak i zadowoleniem z wprowadzanych
zmian. Autorka jednego z drukowanych obok listów, uczennica liceum, opisuje
szkołę, która przypuszczalnie jest marzeniem tak reformatorów, jak uczniów. Ile
nas jeszcze dzieli od „ludzkiej szkoły”? Być może dowiemy się tego z Państwa listów.
Prosimy zamieszczać na kopertach adnotację „edukacja”, a w przypadku poczty
elektronicznej korzystać z adresu: mateja@tygodnik.com.pl
ANNA MATEJA: –
Gdy rozpoczynały się zmiany w oświacie, podkreślano, że przeprowadza się je
przede wszystkim z myślą o uczniach ze szkół prowincjonalnych, z których
zaledwie kilka procent podejmuje studia. W dużych miastach reforma właściwie
zaczęła się wcześniej i to bez odgórnych zarządzeń: nauczyciele, jeśli tylko
tego chcą, mogą łatwo wprowadzać zmiany, tzw. programy autorskie stosuje się od
kilku lat, istnieją szkoły prywatne i publiczne. A co reforma daje dzieciom z prowincji? Czy faktycznie nowa
szkoła da im „wędkę”, lepiej przygotuje do życia w gospodarce rynkowej?
STEFAN
KUBOWICZ: – Kluczem do reformy jest gimnazjum. Ono jest ważne zarówno dla
dzieci z miasta, jak i ze wsi. Jeżeli gimnazjum – traktowane jako przedłużenie
szkoły podstawowej – będzie tylko czasem „wegetacji” ucznia, to będziemy
musieli uznać, że nie przeprowadziliśmy żadnych zmian w oświacie. Porządne
gimnazjum ułatwia start do szkoły średniej, a później na studia. Gromadzi
dobrych nauczycieli, a na pewno nie gorszych od tych ze szkoły podstawowej, ma
wyposażone sale lekcyjne i laboratoria. Taki przynajmniej jest model, bo chyba
wszyscy zdajemy sobie sprawę, że rzeczywistość czasami daleko od niego odbiega.
Nie zapominajmy o mentalności ludzkiej. Żeby się
zmieniła, trzeba czekać nawet dwa pokolenia. Protesty, które wybuchły przy
likwidacji małych szkół czy opory przed dowożeniem dzieci często brały się z
przekonania: „Po co zmiany, skoro one tylko nas obciążają”.
Mamy mówić o szansach edukacyjnych środowiska
wiejskiego w ogóle, a ono jest przecież zróżnicowane. Inna jest sytuacja w
dawnych PGR-ach, inna w regionach o silnej tradycji jak np. Podhale, a jeszcze
inna na terenach, gdzie są liczne mniejszości narodowe. O każdym z tych
przykładów trzeba by mówić osobno.
JERZY ZDRADA: – Trudno oceniać reformę po kilku
miesiącach. A pytając, czy reforma zwiększa szanse dzieci z prowincji,
powinniśmy zapytać też, co chcemy osiągnąć zmienionym systemem kształcenia?
Mogliśmy konserwować to, co było dotąd. Godzić się, że znaczna część młodzieży
wiejskiej poprzestaje na szkole podstawowej lub kształceniu zawodowym, a potem
nie umie i nie może znaleźć pracy.
Reforma ma upowszechnić wykształcenie i przełamać
stereotypy. Na przykład przekonanie, że zamiast się kształcić lepiej jak
najszybciej znaleźć pracę, w której da się zarobić bez kwalifikacji. Wykształcenie
bazowe, obejmujące jak największą liczbę młodych ludzi, musi być przynajmniej
średnie. Docelowo powinno je posiadać 80 proc. młodzieży. Takie są standardy
europejskie. Osiągniemy je, gdy zrealizowana zostanie reforma liceum. Każda
zmiana systemu kształcenia zmusza do rewizji, do przełamania potocznych
wyobrażeń. Bo dla jednych tworzenie większych oraz sprawniejszych (organizacyjnie,
kadrowo i merytorycznie) szkół podstawowych jest zrozumiałe, a dla innych to
przymus, podobny do wprowadzonego sto lat temu przymusu szkolnego dla
zlikwidowania analfabetyzmu.
Zamykane są nie tyle szkoły małe, co nie mające
perspektyw rozwoju, i nie po to, by odebrać „prowincji” szanse na edukację –
jak często określa to prasa – ale aby zmienić model szkoły. Prawdą jest, że nie
wszędzie jest to dobrze robione. Często z przyczyn od oświaty niezależnych.
Rozproszona sieć osadnicza w Polsce nadal blokuje rozwój cywilizacyjny
prowincji, bo wielokrotnie wyższe są koszty infrastruktury, bez których nie
będzie dobrego kształcenia – jak wodociągi, sieć gazowa, telefoniczna, drogi.
Ale czy to wina oświaty, że są problemy z dowiezieniem dzieci, bo droga jest
kiepska, a autobus nieprzystosowany do zimowej pogody? Oświata nie może zmienić
tych warunków, a one pozostaną codziennością w niektórych rejonach jeszcze
przez wiele lat. Ale czy dlatego nie można nic w oświacie zmienić?
Wreszcie: to nieprawda, że jedynie 2 proc. młodzieży
wiejskiej uczy się w szkołach wyższych. Z tzw. obszarów wiejskich pochodzi
ponad 20 proc. studentów, natomiast średnio na uniwersytetach dzieci rolników
stanowią 8 proc., na UAM w Poznaniu 11 proc., na KUL ponad 20 proc. Przy
wszelkich tego typu rachunkach należy też brać pod uwagę zmniejszanie się w
Polsce liczby ludności żyjącej z rolnictwa.
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Dla szkół wyższych
najważniejsza jest informacja, jakie jest zapotrzebowanie na ich ofertę oraz
skąd pochodzą studenci. Szkoły wyższe muszą znać swój rynek. W Wyższej Szkole
Biznesu w Nowym Sączu i Tarnowie rozprowadzamy ankietę wśród nowo przyjętych. O
tym, z jakich środowisk rekrutują się moi studenci, dowiaduję się także z tzw.
roku zerowego, na którym uczą się ci, którzy studiów rozpocząć jeszcze nie
mogą. Kiedyś na roku zerowym uczyliśmy wyłącznie angielskiego. Gdy
zorientowaliśmy się po badaniach, że poziom przyszłych studentów jest
zróżnicowany w zależności od tego, skąd przychodzą, poszerzyliśmy program o
repetytorium z matematyki, historii i ogólnego przygotowania. Na przedmioty
przygotowawcze częściej decyduje się młodzież z małych miast (do 40 tys.
mieszkańców) i ze wsi, choć główna trudność polega na nieznajomości
angielskiego. W 1996 r. na roku zerowym mieliśmy ze wsi 20 proc. osób; 15 proc.
w 1997 r.; 20 proc. w 1998 i teraz też około 20 proc.
Ta młodzież ze środowisk wiejskich i
małomiasteczkowych szuka szansy studiowania. Często są to pierwsze dzieci z
indeksem w rodzinie. Stereotypy, o których mówił wiceminister Zdrada, są już
przełamywane, bo ci młodzi ludzie mają motywację do studiowania. W moich
szkołach, w Nowym Sączu i Tarnowie, jest łącznie 52 proc. młodzieży wiejskiej i
małomiasteczkowej.
Przyznam, że kiedyś byłem wrogiem studiów zaocznych.
Zmieniłem zdanie, kiedy zorientowałem się, kto na nie przychodzi. Trzeba tylko
postawić na jakość i realizować porządny program. Bo młodzieży na studiach
zaocznych nigdy nie byłoby stać na studiowanie w trybie dziennym. Oni pracują,
żeby zapłacić za studia. Ich solidność w podejściu do studiów jest nawet wyższa
niż na studiach dziennych. Ta determinacja i przekonanie, że nauka jest dla
nich szansą, powodują, że pracują bardzo ciężko.
JERZY ZDRADA: – Na Uniwersytecie Warszawskim w
grupie młodzieży korzystającej ze stypendiów naukowych, w ostatnich miesiącach
było 19 proc. pochodzenia rolniczego. Ich wyższa aktywność i wyniki biorą się z
poważnego traktowania nauki. Może to jest ta zawziętość chłopska? Oni zdają
sobie sprawę, jaką szansą jest rzetelne ukończenie studiów.
–
Ale czy „zawziętość chłopska” zawsze wystarczy? Dla wielu rodzin z prowincji
wysłanie dziecka na studia do ośrodka akademickiego to zbyt duży wysiłek
finansowy, którego nie są w stanie unieść i w efekcie nie zapewnią dziecku
luksusu wykształcenia. Rodzice mogą być przekonani, że studia to inwestycja.
Ale jeśli teraz wielu nie stać na kupno biletu miesięcznego na dojazd dziecka
do szkoły średniej, to jak opłacą kiedyś studia?
MONIKA SZNAJDERMAN: – W mojej części gminy Sękowa, w
powiecie Gorlice, większość rodzin utrzymuje opieka społeczna. To środowisko
po-PGR-owskie, z mniejszością łemkowską. Tam nie ma turystyki, trudno utrzymać
się z gospodarstwa i ludzie szukają pracy poza gminą. Wątpię, czy stać ich na
wysłanie dziecka na studia.
Pan wiceminister mówił, że jest za wcześnie, by
oceniać efekty reformy. Przykro mi to mówić, ale w moim rejonie reforma kojarzy
się wyłącznie z likwidacją szkół. Nie musi to świadczyć, że została źle
pomyślana. Raczej że ludzie, którzy mieli przekazać jej założenia, nie zostali
przygotowani. Urzędnicy samorządowi nie potrafią rozmawiać z ludźmi z wiosek,
którzy nie czytają gazet, być może nie oglądają telewizji i nie myślą w
kategoriach, które pozwoliłyby im zrozumieć szczytne założenia reformy.
Zmiany ludzkiej świadomości są jednymi z
najwolniejszych w kulturze, to są struktury długiego trwania, którym
reformatorzy przeciwstawili szybkie zmiany w oświacie, owocujące chaosem po obu
stronach: zarówno po stronie realizujących zmiany, jak i tych, którzy stali się
ich przedmiotem. Nie można mówić, że nikt nie ponosi winy za autobus, który
zakopał się w śniegu. To rzeczywistość, może nie najbardziej typowa, ale
zdarzająca się choćby w Bieszczadach czy Beskidzie Niskim. Nawet jeśli takie
problemy dotyczą niewielu, tych ludzi reformatorzy powinni mieć na uwadze.
JERZY ZDRADA: – Jeśli autobus z dziećmi utkwi w
zaspie, to podnosi się krzyk, że szkoła nie powinna być daleko. Ale jeśli
utknie autobus z pracownikami dojeżdżającymi do pracy, to nikt nie mówi o
przeniesieniu zakładu do danej wsi.
MONIKA SZNAJDERMAN: – Ale tu nie chodzi o dorosłych
ludzi, lecz o dzieci z czwartej klasy szkoły podstawowej!
JERZY ZDRADA: – Nie takie klimaty i nie takie
odległości są na świecie. Można zorganizować dojazd. Od wieków są miejscowości
w górach, gdzie nic nie dojedzie. Rozwiązaniem nie jest to, że w jakimś
przysiółku uda się utrzymać szkołę dla dziesięciu rodzin.
STEFAN KUBOWICZ: – I tak do naszej rozmowy wkracza
rzeczywistość... Czy gdyby nie było reformy, nie byłoby problemu likwidacji
szkół i organizowania dojazdów do szkół zbiorczych? Jest poza sporem, że w
Polsce nie unikniemy dylematów, związanych z niżem demograficznym. Reforma
przyspieszyła ujawnienie się pewnych problemów. Niewątpliwie, Polska jest
krajem za biednym, by wydawać na edukację tyle, ile trzeba, czyli 5 proc.
produktu krajowego brutto. Dzisiaj razem z tym, co dopłacają gminy, wydaje się
4 proc.
Reforma musi przeorać mentalność Polaków, również
byłych pracowników PGR. Żeby, nie ubliżając nikomu, dzieci pijaków nie stawały
się pijakami – a to widzimy w regionie słupskim czy koszalińskim. To, że część
nauczycieli nie jest przygotowana do reformy, podobnie jak część gmin, jest
winą konkretnych osób, a nie założeń reformy.
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Chyba zapomnieliśmy o jednej
rzeczy, najważniejszej: mówienie o efektach zmian jest przedwczesne i
nieodpowiedzialne. Porozmawiajmy o interesie państwa polskiego. Czy było w jego
interesie wymuszenie zmian, które w dłuższym dystansie przyniosą pozytywne
rezultaty? Czy godzenie się z tym, co było, nie godziło w dobro państwa?
Przecież, przepraszam za wielkie słowo, to w interesie Polski jest
przyspieszenie zmian edukacyjnych, podniesienie wszystkich możliwych wskaźników
skolaryzacji. Państwo miało obowiązek rozpocząć zmiany. Można najwyżej dyskutować,
czy nie straciliśmy już kilku lat.
Nie zapominajmy o tych 20, może nawet 30 procentach
ludzi, którzy nie uczestniczą w przemianach, są pasywni i nie mają szans
rozwoju. To grupa niebezpieczna dla stabilności państwa i społeczeństwa.
Dlatego jest w interesie Polski wymuszenie na dzieciach tych ludzi, by się
kształciły. One nie powinny być wykluczone już na starcie, czyli w wieku, w
którym ich rówieśnicy z miasta próbują planować przyszłość. Konserwowanie
układu, który stwarza takich ludzi, jest najgorszym rozwiązaniem społecznym.
Człowiek mówiący w obcym języku i mający dostęp do komputera zaczyna inaczej
postrzegać świat. Tym zmianom ma służyć reforma.
Przymus edukacyjny powinien obowiązywać do
osiągnięcia pełnego średniego wykształcenia, z przyspieszeniem o rok inicjacji
szkolnej, w wieku 6 lat. Trzeba wymusić osiągnięcie takiego wykształcenia na
tej części społeczeństwa, która jest zdolna do myślenia abstrakcyjnego. W
różnych środowiskach jedynie 15-20 proc. to ludzie, którzy albo nigdy nie skończą
szkoły średniej, albo potrzebują na to więcej czasu. Reszta jest w stanie
sprostać wymogom. Reforma wprowadziła trzy szczeble kształcenia i wprowadzi
narzędzia pomiaru jakości, wymuszając wzrost poziomu szkół. Sprawdzian kompetencyjny,
który jest przeprowadzany we wszystkich szkołach, zagrozi słabym nauczycielom i
złym dyrektorom. Ale nas chyba nie powinno martwić uruchomienie takiego bata.
Tyle że skutki będą widoczne dopiero za jakieś pięć lat.
MONIKA SZNAJDERMAN: – Postuluje pan obniżenie o rok
wieku inicjacji szkolnej. To byłoby chyba sensowne. Często zdarza się, że do
zerówki idą tylko dzieci mieszkające przy trasie przejazdu autobusu szkolnego.
Gminy nie mają obowiązku refundowania kosztów dojazdu dzieci do zerówki, gdyby
zorganizowali go rodzice. Jeśli to się nie zmieni, to dziecko przyjdzie do
szkoły i nie będzie umiało się przedstawić. W gminie wszystko jest poddane
dyktatowi pieniądza, a bardziej jego brakowi. Mówi się tylko, jak zaoszczędzić,
a nie o nowych programach, o dobru dziecka czy o perspektywach, które przed nim
otwiera reforma. Gminy nie mają pieniędzy, by sprostać wymogom reformy.
Oczywiście, dzieci muszą poznawać świat, komputery,
zetknąć się z językiem obcym i nie mogą się obracać tylko w środowisku swej
wsi. Ale to pozostanie fikcją, jeśli tych dzieci z powodu nieprzejezdności dróg
nie będzie można dowieźć na lekcje przez kilka dni z rzędu, albo jeśli z tych
samych powodów będą się stale spóźniać. Zmieniając charakter naszej małej
szkoły, z ośmioklasowej na trzyklasową, zlikwidowano u nas kilka etatów, z
których pieniądze miały być przeznaczone na odśnieżanie dróg, bezpieczny dojazd
i dofinansowanie dużych szkół. Ale w gminie jest jeden pług do odśnieżania i
nie można tego zmienić. Szkoła zbiorcza miała być dobrze wyposażona, a na razie
klasy są przeładowane, nie ma stołówki, świetlicy i sali gimnastycznej. Tę
ostatnią muszą budować sami rodzice, deklarując płacenie po 600 zł, albo ulgowo
po 300 zł, jeśli pochodzą ze środowiska po-PGR-owskiego. Dla jednych i drugich
to zawrotne sumy.
Dalej: nie ma zajęć pozalekcyjnych dla dzieci
dojeżdżających. Z niemieckiego, nieobowiązkowego, część klasy wybiega po
kwadransie, bo autobus szkolny nie będzie czekać na dzieci. Panowie, to są
realia! Nie oczekiwaliśmy cudów, ale skazując nas na niedogodności po
likwidacji szkoły, obiecywano coś w zamian...
Jest też inny problem: dzieci zmieniają całkowicie
otoczenie. Z byłych PGR-ów dostają się do środowisk zamożniejszych, gdzie nie
zawsze są akceptowane. Dochodzi do żenujących sytuacji, gdy na zajęciach technicznych
nauczyciel prosi o przyniesienie kilku kartofli, a dziecko mówi, że nie ma. I
tu nie ma nic do rzeczy, że ojciec pije. Dziecko jest niewinne, a czuje się
gorsze od tych, których spotyka w zbiorczej, gminnej szkole. Dzieci dojeżdżają
do szkoły, ale w ślad za nimi nie docierają tam już ich rodzice i szkoła nie
zna domu swych uczniów. Nauczyciele przyjeżdżają do pracy z Gorlic, rodzice z
innego świata. Trudno się tym ludziom fizycznie spotkać, o nawiązaniu głębszego
kontaktu nie ma mowy. Czy to naprawdę nic nie jest warte, że wieś ma liczącą
kilkadziesiąt lat szkołę, która stanowi jakieś centrum, gdzie nauczyciele,
rodzice i dzieci mogą się spotkać?
JERZY ZDRADA: – Nikt nie zaprzecza, że szkoła jest
wartością. Tylko nie każda szkoła i nie wszędzie. Nie róbmy wartości z rzeczy
ułomnych.
W trakcie prac nad obowiązującą dziś konstytucją
pojawiały się głosy, że wymogiem konstytucyjnym powinno być zdobycie jedynie
siedmiu klas wykształcenia. Ostatecznie wpisano, że do ukończenia 18 lat
istnieje obowiązek pobierania nauki, a państwo ma zagwarantować jej
bezpłatność. Chcieliśmy też obniżyć próg skolaryzacji, bo jesteśmy ostatnim z
dużych krajów europejskich, który traci rok z życia dziecka na rozpoczęcie
nauki. Wprawdzie według badań 70 proc. społeczeństwa jest przeciwne posyłaniu
do szkół sześciolatków. Ale gdyby się z tym zgodzić, należałoby uznać, że
genetycznie jesteśmy gorzej skonstruowani niż reszta Europy.
Tak, szkoła oddalona od miejsca zamieszkania wyrywa
dziecko z jego środowiska i poddaje stresowi, konfrontując z dziećmi z innych
środowisk. Ale nie można tego traktować jako zarzutu. Odpowiedzią na to jest
proces wychowawczy, który tak czy inaczej narzuca dziecku pewne sposoby
zachowania, czegoś uczy, do czegoś wdraża.
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Musimy oderwać się od
dzisiejszej biedy, od faktu, że w tysiącach miejsc jest źle i popatrzeć jak
powinno być za kilkanaście lat. To ważniejsze. Zapewne są dzieci, dla których
największym szczęściem byłaby w przyszłości posada robotnika, przyciskającego
jeden guzik na maszynie. Tylko że w ostatnich dwóch latach, w Stanach
Zjednoczonych odnotowano, że ludzi pracujących i mających wyższe wykształcenie
jest więcej, niż wszystkich pozostałych pracujących razem wziętych, łącznie z
robotnikami. Taka proporcja pojawia się po raz pierwszy w historii świata!
Robotnicy jako grupa społeczna są coraz mniej liczni, tak jak poprzednio
rolnicy. Czy więc skażemy Polaków na bycie kolonią dla reszty Europy, czy
stworzymy szansę, dzięki której następne pokolenia sprostają konkurencji na
rynku pracy?
Można mi zarzucić myślenie życzeniowe, ale jesteśmy
w momencie uruchamiania mechanizmów. A nasza dyskusja jest dowodem, że te
mechanizmy już coś zmieniły. Społeczeństwo zaczyna być bardziej obywatelskie,
bo problemy oświaty dotyczą większości. Teraz wójt czy burmistrz muszą się
tłumaczyć przed ludźmi, którzy chcą wiedzieć, dlaczego zamknięto im szkołę.
Władza samorządowa zacznie bardziej się liczyć ze zdaniem społeczności.
Powstaną swoiste ruchawki społeczne: ludzie zmuszą samorząd do większej
koncentracji na wydatkach szkolnych. A to musi być działanie oddolne, bo próby
wymuszenia od góry pieniędzy kończą się zwykle niegospodarnym przeznaczaniem
dotacji.
–
Jednak obecny system utrwala nierówność szans w zdobyciu wyższego
wykształcenia. Czy szanse na zdobycie dyplomu zwiększą się, gdy studia
pozostaną bezpłatne? Wiadomo, że najwięcej problemów ze zdobyciem dyplomu i
później atrakcyjnej pracy mają środowiska najuboższe. Czy należy więc pozostać
przy bezpłatności, czy też tworzyć system stypendialny albo kredytowy,
ułatwiający dostęp do studiów?
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Gdybym chciał, by
konkurencyjność mojej Szkoły Biznesu była wyższa, byłbym gorącym zwolennikiem
ograniczenia studiów bezpłatnych na uczelniach państwowych. Zastrzeżenie bezpłatności
studiów w konstytucji uważam za kardynalny błąd polityczny. I za świadomy
zamysł, wrzucony przez środowiska lewicowe, które nie brały odpowiedzialności
za realizację tego postulatu.
W obecnym systemie na studia bezpłatne na uczelniach
państwowych dostają się nieliczni, wybrani po egzaminach konkursowych, które
preferują młodzież z dużych miast, po dobrych szkołach i z rodzin
inteligenckich, gdzie inwestuje się od małego w wykształcenie. Przy 5-10
osobach na jedno miejsce młody człowiek z miasta ma większe szanse. Jest lepiej
przygotowany od kolegów ze wsi, z których według statystyk indeks otrzymuje 10
proc. Supertalenty ze wsi przebiją się przez ten system, ale dla większości
jest on nie do przejścia, bo na wsi brakuje dobrego liceum z pracownią komputerową
i niewielu stać na korepetycje. Ten system utrwala więc nierówność, związaną z
miejscem zamieszkania.
Bardziej sprawiedliwie byłoby, gdyby studenci
płacili niewysokie czesne, mając wsparcie stypendiów i rozwiniętego systemu
kredytowego. Nawet na najlepszych uczelniach amerykańskich, funkcjonujących w
społeczeństwie zamożniejszym niż polskie, uzdolniony człowiek może przejść
przez szkołę w ogóle nie płacąc. Co prawda, w 14 miastach prowincjonalnych MEN
powołało wyższe szkoły zawodowe, by miejscowa młodzież, mniej zamożna, mogła
zdobyć dyplom. Jednak to margines: tylko 10-14 tys. studentów.
STEFAN KUBOWICZ: – Czasami mamy kuriozalne sytuacje.
Minister edukacji i premier ufundowali stypendium dla zdolnych uczniów.
Wykorzystywane jest jedynie w połowie, bo dyrektorzy szkół, także z terenów
wiejskich, nie zgłaszają kandydatur.
JERZY ZDRADA: – Proponowaliśmy system, na który nie
chciały się zgodzić ani samorządy, ani uczelnie, ani środowiska nauczycielskie.
Chcieliśmy mianowicie środki z budżetu przeznaczone na stypendia socjalne
przekazywać samorządom, w proporcji do liczby 19-latków w powiecie. A samorządy,
mając też pieniądze na pomoc socjalną, kumulowałyby te środki i decydowały o
rozdziale stypendiów. Taka zmiana miała dostosować pomoc socjalną do warunków
lokalnych. Pomysłu nie zaakceptowano i dalej mamy system centralny. A przecież
taki model ułatwiałby zdobycie wykształcenia. Gotowość do kształcenia się jest
różna w Gdańsku i w powiecie np. biłgorajskim. Tak więc środki dla studentów
byłyby w tym powiecie odpowiednio większe, łamiąc barierę niedostępności. Jeśli
ktoś mieszka w mieście akademickim, to niejako automatycznie ma korzystniejszą
sytuację materialną od studentów zmuszonych do zmiany miejsca zamieszkania.
–
Dzisiejsza polska młodzież musi mieć niemal renesansowe wykształcenie: otwarty
umysł, zdolność do szybkiego przekwalifikowania się, dostosowania do wymagań
pracodawcy. Czy istniejąca liczba uczelni wystarczy, jeśli chcemy zwiększyć
liczbę ludzi z dyplomami, pamiętając jednocześnie o walorach, jakie muszą oni
posiadać, żeby nie zostać bezrobotnymi z tytułem naukowym? Może trzeba zakładać
szkoły wyższe w rejonach słabo rozwiniętych, ubogich, zmniejszając odległość i
koszty związane ze zdobywaniem wykształcenia?
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Wystarczy przeanalizować
chłonność rynku pracy: część absolwentów szybko znajduje pracę, a część
bezskutecznie jej poszukuje. Dotyczy to absolwentów uczelni państwowych i
prywatnych. Za kilka lat zacznie się zresztą lekkie bezrobocie wśród ludzi z
dyplomami. Mówię lekkie, bo to, że ktoś nie umie znaleźć pracy po studiach,
upierając się, że musi ją otrzymać w Nowym Sączu czy w ogóle w mieście, nie
jest jeszcze dowodem na istnienie bezrobocia. Chłonne są Śląsk i Warszawa. Na
informatyków jest zapotrzebowanie w Niemczech. Fizycy i matematycy znaleźliby
zatrudnienie na całym świecie. Jest tylko problem: gdzie i kiedy. Gdy jednak
pojawi się bezrobocie, dojdzie do zróżnicowania uczelni. Te, które będą źle
kształcić, padną.
JERZY ZDRADA: – Musi być zróżnicowanie. Konieczna
jest szeroka baza kształcenia zawodowego: od kilku lat tworzone są wyższe
szkoły zawodowe lub kierunki zawodowe na uniwersytetach, kończące się
licencjatem. W Polsce panuje przekonanie, że pełne wyższe wykształcenie
uzyskuje się tylko po magisterium. Ten stereotyp trzeba przełamać:
pełnowartościowe studia wyższe to również studia zawodowe, dające fachowe
przygotowanie.
W środowiskach wiejskich chęć kształcenia się wcale
nie jest mała. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet Warszawski wykazały, że
na wsi 38 proc. tej młodzieży, która idzie na studia, ma rodziców z
wykształceniem zawodowym lub niepełnym średnim. A barierą dostępności jest nie
tyle odpłatność za studia – pamiętajmy, że około 60 proc. polskich studentów
płaci za naukę i dzięki temu studiuje! – ale też odległość od miasta
akademickiego. Koszt pobytu w oderwaniu od domu jest większy.
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Aby zwiększyć liczbę ludzi z
dyplomami, nie trzeba zakładać nowych uczelni. Z danych demograficznych wynika,
że tyle szkół wyższych, ile jest, to nawet trochę za dużo. W 1999 roku urodziło
się mniej niż 400 tys. dzieci, a za 15 lat liczba 19-latków spadnie poniżej 500
tys. Nawet jeżeli na studia pójdzie 50 proc. populacji, to w szkołach wyższych
pozostanie wtedy wolnych 220-250 tys. miejsc. W tym roku, jesienią, uczelnie
publiczne i niepubliczne mają przygotować na pierwszym roku studiów 410 tys.
miejsc – a maturzystów będzie mniej.
Powstały już szkoły na ścianie północnej i
wschodniej, i to prywatne, adresujące swą ofertę do środowisk ubogich. Te
studia są relatywnie tanie, co nie oznacza, że dobre jakościowo. MEN ma już
chyba problemy ze studentami studiującymi jedynie formalnie, bo efekty tej
nauki są niewielkie. Nasza Szkoła Biznesu otrzymała 17 ofert od gmin z całej
Polski, by założyć u nich filie. Wszystkim odmówiłem, wskazując na dane
demograficzne. Zakładanie w tej chwili szkoły wyższej na prowincji jest pozbawione
sensu. Zadaniem państwa było utworzenie tam wyższych szkół zawodowych i to się
już stało.
Inna sprawa, że założenie własnej szkoły stało się
atrakcyjnym sposobem na zarobienie pieniędzy dla środowiska akademickiego.
Przypuszczam, że w MEN zalegają podania o utworzenie nowych placówek.
MONIKA SZNAJDERMAN: – Chyba włożę kij w mrowisko...
Mam córkę, która kończy liceum i rozmawiałam z jej koleżankami w Gorlicach.
Pytałam, czy uważają, że nawet jeśli dostaną się na studia, to mają równy
start. Cytowane tu statystyki są bardzo optymistyczne, ale te dziewczyny z
Gorlic uważają, że jest inaczej, bo np. w Warszawie dzieci od urodzenia
przygotowuje się do tego, że pójdą na studia. Uczą się nie jednego, ale
dwóch-trzech języków. W czasie studiów podejmują pracę w dobrej firmie, bo ich
kierunki (zarządzanie, ekonomia) umożliwiają im to tak, jak kilka lat wcześniej
poznanie języków ułatwiło zdobycie indeksu. Znowu więc mamy sytuację
miasteczek, które gonią miasta. A one się oddalają: w dużym mieście jest
możliwość wyjazdu na stypendia zagraniczne i świadomość, że trzeba ciągle
podwyższać swoje kompetencje.
STEFAN KUBOWICZ: – Reforma dysproporcji nie
zlikwiduje, może jedynie je zmniejszyć. Po to utworzono gimnazjum, wzmacniając
szkolnictwo średnie, by różnice między Warszawą a małym miastem nie były tak
drastyczne. W dużym mieście, jeśli szkoła nie da starannego wykształcenia, to
umożliwią je rodzice, którzy mają piękną bibliotekę, komputer i opłacą lekcje
języków. Na prowincji to mniej prawdopodobne. Samorządy i MEN próbują jednak
coś zmienić, dają jakąś szansę. A nie da się przeprowadzić reformy, nie
idealizując modelu, do którego chcemy dojść.
JERZY ZDRADA: – Najważniejsze, że kształcenie stało
się inwestycją, i że ludzie są gotowi za nie płacić. Powtarzam: dziś robi to 60
proc. studiujących, na uczelniach państwowych i niepaństwowych. Można zapytać,
czy ten pieniądz, na który studenci muszą ciężko zapracować, trafia do tych,
którzy w zamian dają dobre wykształcenie? Bo to jest odpowiedzialność dwóch
stron: kadry i studentów. Młody człowiek musi też umieć wybrać uczelnię: czy
iść na łatwiznę, czy lepiej poznać, czym jest konkurencja i rywalizacja.
KRZYSZTOF PAWŁOWSKI: – Uruchomiono mechanizmy, które
mają ważną zaletę: wprowadzają dodatkowych partnerów społecznych. To już nie
jest jedno ministerstwo i dwustu urzędników, odpowiedzialnych za edukację. Jest
cała grupa partnerów społecznych, którzy muszą się zaangażować w realizację
reformy. Proces jest chyba prawidłowo uruchomiony, mówię to jako obserwator z
zewnątrz. Wprowadzono też mechanizmy, porównujące jakość kształcenia. Efekty
będą widoczne po paru latach, ale w edukacji na efekty trzeba czasu. Właściwie
dopiero za 20 lat będzie można ocenić, czy to, co zaczęliśmy, przyniosło
oczekiwane rezultaty.
MONIKA SZNAJDERMAN: – Z tym się zgadzam. Wzrosła
świadomość obywatelska: zaczęły się dyskusje, najbiedniejsze środowiska
zainteresowały się dialogiem z władzą. Okazało się, że obie strony nie bardzo
są do tego przygotowane, ale próbują czegoś się o sobie nauczyć. Taka próba
rozmowy u nas przynajmniej odbywa się po raz pierwszy: spotkania, utarczki
słowne. Obu stronom to na pewno dużo dało.
W tej dyskusji reprezentuję chyba najbardziej
pragmatyczną stronę, bo jestem świadkiem szarej rzeczywistości, rozmawiam
codziennie z ludźmi, którzy nie mają zaufania do reformy i przekonania, że po
paru latach będzie tylko lepiej. Choć wszyscy by chcieli, żeby tak było, jak
zapowiadano...
–
W imieniu „Tygodnika” dziękuję wszystkim za rozmowę.
• MONIKA SZNAJDERMAN – etnolog, wydawca (Wydawnictwo Czarne), matka
trojga dzieci w wieku 10, 16 i 18 lat. Od 12 lat mieszka we wsi Wołowiec w
Beskidzie Niskim.
• JERZY ZDRADA – historyk, działacz podziemnej „Solidarności”, po
1989 roku poseł na Sejm (najpierw Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, potem
Unii Wolności). Wiceminister edukacji.
• STEFAN KUBOWICZ – do 1992 r. nauczyciel matematyki. Członek
prezydium Komisji Krajowej „Solidarności”, przewodniczący Sekretariatu Nauki i
Oświaty „Solidarności”, a także Zespołu Edukacyjnego AWS.
• KRZYSZTOF PAWŁOWSKI – z wykształcenia fizyk, przed 1989 r. działacz
Klubu Inteligencji Katolickiej, w latach 1989-93 senator. Założyciel i rektor
Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu i Tarnowie.
|