DEBATA „TYGODNIKA”: OBJAWIENIA PRYWATNE

Głód Bożej obecności

 

Z Izoldą Topp, Bartłomiejem Dobroczyńskim, Arturem Sporniakiem i ks. Tomaszem Węcławskim rozmawia Wojciech Bonowicz

 

 

Objawienia prywatne w znacznym stopniu kształtują polską religijność. O ich popularności świadczy liczba publikacji sprzedawanych w katolickich księgarniach, a propagujących przeróżne orędzia i wizje (niekoniecznie uznane przez Kościół). Warto się im przyjrzeć, tym bardziej, że dotyczą rzeczywistości pod wieloma względami paradoksalnej.

Paradoksalność objawień pokazuje nawet Katechizm Kościoła Katolickiego. Z jednej strony znajdziemy tam cytat ze św. Jana od Krzyża, który głosił, że domaganie się – po objawieniu się Chrystusa – dalszych wizji i objawień obraża Boga, z drugiej zaś informację, że niektóre objawienia zostały uznane przez Magisterium. Historia Kościoła zna przykłady zarówno powściągliwości (głównie w nurcie monastycznym), jak i znacznego zaangażowania w objawienia prywatne. Zdarzały się przypadki cytowania nadprzyrodzonych orędzi przez papieży – nie tylko w homiliach, ale także w dokumentach doktrynalnych. Silnie rozwijało się i rozwija duszpasterstwo budowane w oparciu o tego typu doświadczenia religijne.

Objawienia prywatne dotykają podstawowych zagadnień: rozumienia Kościoła, Objawienia Bożego, zbawienia. Niektóre stanowią jednak źródło potocznych błędów teologicznych (np. miłosierna Matka Boża przeciwstawiana surowemu Bogu). Propagują obraz Boga, który karze wojną i cierpieniem bez względu na indywidualną winę. Uzależniają zbawienie od pewnych pobożnych praktyk. Nadprzyrodzone orędzie, sformułowane w prostym i zrozumiałym języku, zawierające treści odpowiadające potocznej mentalności, może mieć siłę i sugestywność większą niż głos Kościoła czy trudne w lekturze Pismo Święte.

Przed tygodniem opublikowaliśmy artykuł Artura Sporniaka „Paradoksy objawień prywatnych”. Dziś – dyskusja nad jego tezami.

 

WOJCIECH BONOWICZ: – Czy objawienia prywatne rzeczywiście, jak twierdzi Artur Sporniak, stanowią kłopot dla Kościoła?

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – To, że zdarzają się sytuacje, które trudno nam zrozumieć, polegające na odkryciu przez kogoś w jego wewnętrznym czy zewnętrznym doświadczeniu znaku spotkania z Bogiem, nie budzi kontrowersji. W Kościele istnieje gotowość przyjmowania podobnych znaków. Natomiast użycie w takich przypadkach słowa „objawienie” bez odpowiedniego komentarza powoduje zamieszanie wokół bardziej podstawowego rozumienia objawienia, które Kościół otrzymał jako Kościół i mocą którego istnieje.

Napięcie pojawia się więc między zasadniczym rozumieniem objawienia jako źródła, początku i mocy istnienia Kościoła, a tzw. objawieniem prywatnym. Oba typy „objawień” mają do pewnego stopnia podobny charakter, ale szczególna kwalifikacja tego pierwszego sprawia, że następne objawienia nie są już w ten sam sposób Kościołowi dane.

ARTUR SPORNIAK: – To rozróżnienie jest niezwykle istotne, ale z punktu widzenia teologów czy ludzi odpowiedzialnych w Kościele za depozyt wiary. W praktyce do wyobraźni wiernych silniej przemawia Bóg „bezpośrednio” zwracający się w objawieniu prywatnym niż Bóg mówiący za pośrednictwem Kościoła. Tym m.in. tłumaczyć można popularność objawień prywatnych. Tylko czy Kościół jest jeszcze wtedy potrzebny?

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Najpierw musimy sobie odpowiedzieć, jak to się stało, że jesteśmy Kościołem. Tymczasem tego pytania z reguły nie stawiamy. Gdy to zrozumiemy, potrafimy objawienia prywatne umiejscowić na właściwym miejscu. Nieporozumienie może powstawać z braku świadomości, że poza Kościołem nie ma objawienia. Jeżeli ktoś mówi, że Kościół nie jest mu potrzebny, a wystarczy mu to czy tamto objawienie, nadużywa tego słowa.

Popularność i żywotność objawień prywatnych świadczy o istnieniu w człowieku pewnych potrzeb religijnych. Potrzeby te ujawniają się w podobny sposób w różnych religiach. Jest to bardzo istotna ludzka rzeczywistość. Bez niej człowiek nie byłby tym, kim jest. Objawienie w Jezusie Chrystusie, nie niszcząc tej rzeczywistości, a nawet do pewnego stopnia ją zakładając, jest jednak czymś innym. Jak długo nie potrafimy w wierze zrozumieć tej różnicy, tak długo będą się pojawiały nieporozumienia.

– Na jakie ludzkie potrzeby odpowiada fenomen objawień prywatnych?

IZOLDA TOPP: – Zadając to pytanie często ulegamy pokusie, by widzieć w objawieniu prywatnym rodzaj zastępczego, kompensacyjnego doświadczenia. Zakładamy nie tylko, że spełnia ono funkcje pozareligijne – co wydaje się oczywiste – lecz, co więcej,  że da się ono do tych funkcji sprowadzić. Jednak objawienie prywatne – także wtedy, gdy próbuje się zrozumieć jego kulturowy wymiar – to przede wszystkim bezpośrednie doświadczenie Bożej obecności w ludzkim świecie. Pojawia się ono wraz z poczuciem, że świat znajduje się w stanie kryzysu, w sytuacji szczególnego zagrożenia złem. W obliczu tego zagrożenia, które rodzi niepewność i zwątpienie, dramatyzmu nabiera pytanie o prawdę religijnego doświadczenia. Ujawnia się wówczas napięcie pomiędzy, będącym gwarantem tej prawdy, autorytetem Kościoła jako instytucji, a żywym doświadczeniem wizjonera.

Napięcie między charyzmatem osoby a charyzmatem wspólnoty istnieje zawsze. Zawierzenie bardziej temu pierwszemu wynika zwykle z uznawania personalnego doświadczenia za pełniejsze – odwołuje się ono bowiem nie tylko do rozumu, ale i do uczuć czy emocji. Historyczno-kulturowym źródłem tego przeświadczenia wydaje się romantyczne przypisanie autentyczności właśnie jednostkowemu przeżyciu. Lecz stawanie się wspólnotą zawsze związane jest z przekraczaniem własnej jednostkowości...

Jeśli Kościół rozumiemy jako wspólnotę a nie urząd, napięcie między charyzmatem jednostki a charyzmatem wspólnoty jest twórcze. Wówczas objawienie prywatne, które jest doświadczeniem granicznym, odbiegającym od normy, będącym niekiedy na krawędzi szaleństwa, sprzyja temu, by wspólnota nie uciekała przed ważnymi dla niej pytaniami w odpowiedzi skostniałe. Indywidualne doświadczenie religijne jest więc Kościołowi niezbędne. Jest także potrzebne jednostce, która chce przecież się we wspólnocie odnaleźć.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Pierwszej fazie kształtowania się religii towarzyszy z reguły duża liczba zdarzeń cudownych. Ważnym psychologicznym skutkiem przeżywania tych zdarzeń, co potwierdzają świadectwa uczestników, jest wyzbycie się poczucia osobności. Ludzie ci, doświadczając „na własnej skórze” cudów, doświadczają Bożej opieki. Przestają być jak „owce bez pasterza”.

Dobrze to widać na przykładzie chrześcijaństwa. Pierwsi chrześcijanie byli uczestnikami wydarzeń, przekraczających ludzką zdolność pojmowania. Dzisiaj wydaje się, że czas cudowności, czas bezpośredniego kontaktu z Bogiem, bezpowrotnie skończył się wraz z napisaniem ostatniej księgi Nowego Testamentu. A przecież Jezus obiecał, że będzie z nami „aż do skończenia świata”. Można mieć wrażenie, że pozostaliśmy sami.

To być może tłumaczy ambiwalentny stosunek Kościoła do objawień prywatnych. Z jednej strony Kościół musi dbać o to, by integralność depozytu wiary nie została naruszona, a z drugiej, jeśli wierni zostaną całkowicie odcięci od sfery bezpośredniego doświadczenia religijnego, religia obróci się w martwą literę. Widać to dobrze w fenomenie popularności nowych ruchów religijnych czy sekt, które poprzez medytację czy kontemplację oferują przede wszystkim „żywe” doświadczenie religijne. Kościół jednak kładzie nacisk bardziej na czyste zawierzenie niż na doświadczenie: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” – mówi Jezus do Tomasza. Postawa Apostoła ukazywana jest jako wzorzec negatywny.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – To tylko nam się wydaje, że początkom chrześcijaństwa towarzyszyła atmosfera cudowności podobna do tej, która charakteryzuje objawienia prywatne. Zapisane w Piśmie Świętym świadectwa spotkań ze zmartwychwstałym Chrystusem są zadziwiająco trzeźwe i wyzbyte wszelkiej egzaltacji. Być może dlatego są tak wstrząsające... W Ewangelii według św. Jana Jezus przychodzi do Apostołów i mówi zwyczajnie: „Szalom”, czyli po prostu – „dzień dobry”.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Czy pojawienie się wśród żyjących człowieka powszechnie uważanego za zmarłego jest czymś zwyczajnym? A rozmnożenie chleba, uzdrowienie trędowatego, wskrzeszenie Łazarza? Dzisiaj raczej nie zdarza się, by w Kościele ślepi odzyskiwali wzrok, głusi – słuch, chromi zaczynali chodzić, a przynajmniej nie są to częste przypadki... Nasze doświadczenie religijne ogranicza się najczęściej do „wysłuchania” Mszy św. Dlatego nie dziwi, że ludzie szukają takich doświadczeń, jak objawienia prywatne. Wyobrażam sobie, jakie wrażenie na czytelnikach „Dzienniczka” siostry Faustyny musi wywierać obietnica Jezusa, że jeśli tylko ona zechce, stworzy dla niej nowe światy – dużo wspanialsze od tego, w którym żyjemy. Przypomnijmy sobie ewangeliczną obietnicę Jezusa, że Jego uczniowie będą dokonywać jeszcze większych rzeczy niż On sam – czemu ta obietnica właściwie się nie spełnia?

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Nie twierdzę, że w Piśmie Świętym nie ma cudowności. Chcę tylko powiedzieć, że jak na niezwykłość tego, co się działo, opisy cudów są zadziwiająco trzeźwe. I ta trzeźwość zachowała się w postaci praktyki, którą Kościół uważa za centrum swojego życia. Źródłem Kościoła jest Eucharystia, nie zaś spektakularne doświadczenia.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – W jakim sensie Eucharystia – opłatek stający się Ciałem, a wino Krwią... – jest „trzeźwa”?

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – W takim, że kapłan bierze w ręce kawałek chleba i wypowiada słowa, które każdy może wypowiedzieć. Nie jest „nietrzeźwa” wiara, że w taki sposób spotykamy tajemnicę naszego zbawienia. Inaczej byłoby, gdyby przeżycie Eucharystii wymuszało na nas uruchomienie tych wszystkich religijnych aspektów psychiki człowieka, które towarzyszą objawieniom prywatnym. Kapłan może być zaspany, wierni mogą nie rozumieć, co się dzieje podczas Konsekracji, a Kościół pozostaje Kościołem, właśnie przez sprawowanie Najświętszej Ofiary.

IZOLDA TOPP: – Historycy kultury też zwracają uwagę na nieufność Kościoła wobec objawień i niezwykłości. Jacques Le Goff pisze, że cudowność już w średniowiecznym chrześcijaństwie zaczyna być rozumiana inaczej niż w czasach pogańskich. W wierzeniach pogańskich cudowność to doświadczenie nadzwyczajności, która jest przeciwieństwem codzienności, rutyny. Jej żywiołem jest karnawał, przestrzenią – świat na opak, którego nie krępują żadne normy czy prawa. W chrześcijaństwie pojęcie cudu wiąże się z nadnaturalnością czy nadprzyrodzonością daną w Objawieniu.

Tym samym cud zyskuje ramy i kryterium wiarygodności – jest nim zgodność z Objawieniem i aprobata Kościoła. Cud poddany zostaje ocenie, swego rodzaju kontroli i choć wydaje nam się to paradoksem – staje się przewidywalny. W związku z tym pełni też funkcje moralizatorskie. W porównaniu ze spontanicznością, żywiołowością pogańskiej nadzwyczajności, chrześcijańska nadprzyrodzoność stanowi odzwierciedlenie objawionego prawzoru. Niezwykłość pogańska to odwrócenie reguł, postawienie świata do góry nogami. Cud w chrześcijaństwie jest natomiast potwierdzeniem kosmicznego porządku. Są to dwa różne sposoby mówienia o nadzwyczajności. Jak napisał Le Goff, “Chrystus bardziej jest godny podziwu niż niezwykły”.

Można się zastanawiać, czy w sytuacji odrzucenia przez chrześcijaństwo pogańskiej nadzwyczajności, co więcej – uznania jej za zabobon, nie mamy do czynienia z jej stopniową laicyzacją. Nieco później także racjonalizm zobaczy w tej niezwykłości jedynie naiwny przesąd, magię przeciwstawioną rozumowi. Czy współczesne objawienia prywatne nie wskazują na tęsknotę za „niezlaicyzowaną” i żywiołową nadzwyczajnością?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Także inne religie nieufnie odnoszą się do nadzwyczajności w takim stereotypowym sensie. Gdy spytamy buddystę zen, co ta filozofia ma właściwie niezwykłego do powiedzenia – nierzadko usłyszymy w odpowiedzi, że nic. To, co proponuje, jest bowiem bardzo zwyczajne. “Dobrze jest rąbać drzewo i jeść obiad” – to przykład obiegowej maksymy streszczającej “objawienia zenu”. Indianie amerykańscy, pytani o najważniejszy przekaz religijny, odpowiedzą: należy być uważnym, bowiem Wielka Tajemnica (Stwórca) cały czas przemawia do człowieka i przez nieuwagę można przegapić ważny komunikat.

ARTUR SPORNIAK: – I o to właśnie chodzi. Świat jest wystarczająco „cudowny” sam w sobie. Tylko że trudniej to dostrzec. Tak przeżywana religijność wymaga duchowego wysiłku, medytacji, dyscypliny. Łatwiej jest się dać porwać emocjom wywoływanym przez objawienia prywatne.

Warto zwrócić uwagę na różnicę między duchowością a pobożnością. Człowiek duchowy jest po prostu otwarty na Boga. Natomiast człowiek pobożny jest otwarty nie tyle na Boga, co na widzialne znaki kojarzone z Bogiem, które wywołują w nim religijne emocje. Religijność budowana na emocjach jest gwałtowna, ale bywa płytka i krótkotrwała. Może także prowadzić do emocjonalnego uzależnienia i pogoni za coraz silniejszymi doznaniami. Natomiast pracy duchowej mogą towarzyszyć emocje, ale, jak uczą mistrzowie duchowości, nie pełnią one pierwszoplanowej roli, a często wręcz przeszkadzają.

Dlaczego w wieku rozumu jest tak wielka potrzeba cudowności?

IZOLDA TOPP: – Dominujące współcześnie myślenie racjonalistyczne (widoczne także w teologii), porządkuje obraz świata. Ale nie wszystko da się uporządkować. Możemy na przykład pytać, co w tym uporządkowanym świecie robi zło? Skąd się bierze? Jest to pytanie, na które ludzie zmuszeni są sami sobie odpowiadać. Pytanie o zło rodzi pytanie o przyszłość, a to z kolei stwarza popyt na wszelkiego rodzaju proroctwa.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Nie chodzi tylko o zło. Wizja świata wypracowana przez współczesną naukę jest wizją przygnębiającą. Mówi ona, że właściwie nie mamy na co liczyć, że jesteśmy brzydkim opakowaniem samolubnego genu, które po przekazaniu kodu genetycznego następnemu pokoleniu staje się niepotrzebne i bezpowrotnie traci istnienie. A przecież naszą mentalność przez setki tysięcy lat kształtował religijny sposób bycia. To musi dawać dzisiaj o sobie znać.

ARTUR SPORNIAK: – Tyle że na doświadczenie religijnej tajemnicy, która nie daje się zamknąć w klatce racjonalności, można różnie odpowiadać. Dla mnie ważne jest pytanie o jakość tej odpowiedzi. Nie neguję sensu i potrzeby objawień prywatnych. Zastanawia mnie tylko jakościowa przepaść dzieląca rozmaite objawienia. Teologiczne bogactwo wizji św. Teresy z Avila czy orędzia siostry Faustyny o miłosierdziu Bożym silnie kontrastuje z kontrowersjami, jakich doszukać się można w orędziu z La Salette czy z Fatimy (choć gwoli prawdy, także u siostry Faustyny można znaleźć niepoprawny teologicznie stereotyp Matki zasłaniającej sobą świat przed gniewem Syna).

IZOLDA TOPP: – Wracając do wspomnianych już kłopotów Kościoła z objawieniami prywatnymi, chciałam jeszcze zwrócić uwagę na problem obrazowości języka religijnego. Ks. Węcławski w tekście „Kiedy widzenie staje się teologią” zwrócił uwagę, że teologia jest skoncentrowana na słowie, podczas gdy Objawienie posługuje się także obrazem. Zaniedbywany przez teologię obraz staje się domeną przeżycia indywidualnego czy kultury masowej...

ARTUR SPORNIAK: – ...albo religijnego kiczu.

IZOLDA TOPP: – Także. Dlatego powinniśmy zapytać o język naszego religijnego doświadczenia. Ono nie mówi tylko słowem czy tylko obrazem. Doświadczenie religijne jest niesłychanie złożone. W związku z tym próba osądzania go czy budowania kryteriów jego poprawności wyłącznie w oparciu o racjonalność słowa nie jest tu właściwa.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Zgoda. Pytanie to zostało już w teologii postawione. Zdano sobie sprawę z jej dotychczasowej jednostronności, nastawienia jedynie na „ratio”, „logos”, słowo, porządek. Mamy świetne kryteria oceny doktryny, brak natomiast kryteriów oceny innych przejawów religijności.

Gdyby przeanalizować treść teologiczną wystroju wnętrz kościelnych, w wielu przypadkach doszukalibyśmy się błędów teologicznych, a nawet herezji. Tego jednak prawie nikt nie robi, bo właściwie nie ma procedur kościelnych, które mogłyby to weryfikować. Wiele takich niedomagań można by wskazać także w innych dziedzinach życia kościelnego...

ARTUR SPORNIAK: – ...na przykład w homiletyce...

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – ...albo w śpiewie. Można czasem usłyszeć w kościele pieśń eucharystyczną, której słowa są po prostu herezją: „Że to kapłan słowem sprawi, iż się Chrystus zaraz stawi z nieba na ołtarz”.

IZOLDA TOPP: – Wymowne też były dwa tytuły prasowe związane z  „objawieniami” w Oławie. Tekst relacjonujący opinię tych, którzy bronią ich autentyczności, nosił tytuł: “Mają oczy, a nie widzą”. Zaś dominikański doń komentarz, pełen zarówno dystansu, jak i pokory, brzmiał: „Nikt z nas nie twierdzi, że widzi Boga”. Rzeczywiście, „widzenie” religijne jest zdecydowanie trudniejsze w ocenie niż słowo.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Interesująca jest różnica między widzeniem Boga przez mistykę chrześcijańską a obrazem Boga w objawieniach prywatnych. Mistycy podkreślają, że nie dysponują środkami, za pomocą których mogliby adekwatnie opisać swoje doświadczenie religijne. Te, którymi się posługują, oceniane są jako niedoskonałe, metaforyczne, paradoksalne. Natomiast technikolorowa naoczność wielu współczesnych objawień prywatnych kojarzyć się może po prostu z wideo.

ARTUR SPORNIAK: – Wiadomo na przykład bardzo dokładnie, jak ubrana była Maryja w objawieniu w Lourdes. W Fatimie roztrząsano nawet, czy miała kolczyki, czy nie. Czy taka obrazowość nie zamyka na tajemnicę?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Niestety, nie wypracowano kryteriów oceny tego typu fenomenów. Ale być może Pan Bóg chce się objawiać także w ten sposób...

ARTUR SPORNIAK: – A wrażliwość religijna, analogiczna do wrażliwości estetycznej? Jest obiektywna różnica w zdolności odsyłania do tajemnicy między Pietą Michała Anioła a jaskrawo pomalowaną figurą Matki Boskiej Fatimskiej.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Pismo Święte podkreśla, że nasze drogi i myśli nie są drogami i myślami Bożymi. Przyrodzone zdolności – dobry smak, intelekt, wrażliwość – niekoniecznie są dobrym probierzem oceny. Rzeczy Boże bywają zakryte przed mądrymi, a objawione maluczkim.

IZOLDA TOPP: – Warto też zwrócić uwagę na ważną dla tego sporu  różnicę między ikoną a religijnym obrazem. Ikona to uobecnienie, ślad Bożej obecności. Objawienia prywatne także poszukują Bożej obecności w świecie. Ale obrazy, powstające pod ich wpływem, są jedynie ilustracjami wizyjnego doświadczenia – same wydają się przypadkowe i od tego doświadczenia odległe. Dobrze to pokazuje rozczarowanie siostry Faustyny, gdy zobaczyła wizerunek Jezusa Miłosiernego namalowany według jej wskazań. Najczęściej ci, których udziałem staje się mistyczne doświadczenie, uznają wizerunek za jego odzwierciedlenie dopiero pod wpływem presji otoczenia.

W objawieniach prywatnych charakterystyczny i przejmujący jest stopień zażyłości z Bogiem. „Dzienniczek” siostry Faustyny jest w gruncie rzeczy zapisem bardzo intymnym. Zdaniem Artura Sporniaka takie spoufalenie prowadzi nas w stronę religijności wypaczonej. Może jednak tak nie jest? Może Bóg chce być tak blisko?

ARTUR SPORNIAK: – Nigdy nie będziemy tego wiedzieć na pewno. Natomiast nie wiedząc, kto czy co mi się objawia (Matka Boska czy moja podświadomość), mogę zrobić tylko jedno: zastanowić się, co mówi zjawa i w jaką stronę jej słowa prowadzą. O. Jacek Salij zilustrował to kiedyś w ten sposób: załóżmy, że komuś przyśniła się zmarła matka i napominała go we śnie. W pewnym sensie nie jest ważne, czy rzeczywiście zmarła matka skontaktowała się z synem, czy też był to jedynie produkt podświadomości i wyrzutów sumienia. Ważne jest, czy pod wpływem tego przeżycia ten człowiek zmieni się na lepsze. Jeśli tak, można w tym widzieć rękę Boga.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Czy to znaczy, że jest nieważne, czy Chrystus zmartwychwstał, czy nie?

ARTUR SPORNIAK: – Ja  n i e  w i e m, czy Chrystus zmartwychwstał. Mogę w to jedynie  w i e r z y ć  i umacniać się w takim przekonaniu, jeśli wiara w zmartwychwstanie przemieniać będzie moje życie. Natomiast trudno mi się zgodzić na obraz Maryi, która straszy wojną. Boję się, że takie myślenie obraża Matkę Boga.

 BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Kard. Ratzinger zapytany, ile jest dróg do Boga, odpowiedział: tyle, ilu jest ludzi. Każdy ma indywidualną sprawę z Bogiem. Czemu mamy dyktować Bogu, jak się ma objawiać? „Duch tchnie, kędy chce”.

ARTUR SPORNIAK: – Pytanie, czy to rzeczywiście Duch tchnie...

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Możemy orzekać jedynie negatywnie. Jeżeli w danym objawieniu Matka Boska wygłasza treści antysemickie, to jest wysoce prawdopodobne, że to objawienie nie ma nic wspólnego z Bogiem.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Dlatego Kościół ogranicza się do stwierdzenia, czy dane objawienie jest czy nie jest zgodne z wiarą i moralnością katolicką. Oczywiście, zawsze można pytać, czy w takim badaniu czegoś istotnego nie przeoczono. Moim zdaniem, w uznanych przez Kościół objawieniach nie znajdziemy rzeczy wyraźnie niezgodnych z wiarą i moralnością. Chociaż zdarza się, że propagują one obraz Boga, który w nauczaniu Kościoła nie powinien być i nie jest na pierwszym planie.

Czy to oznacza, że częsty w objawieniach prywatnych obraz Maryi powstrzymującej gniew Chrystusa daje się zaakceptować przez teologię? Dostrzec w nim można odbicie dość popularnego kulturowego wzorca rodziny, w której ojciec wymierza kary, a matka łagodzi napięcia.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Na naszym kontynencie wyróżnić można dwa wzorce przeżywania chrześcijaństwa: wzorzec północnoeuropejski i południowoeuropejski. Północnoeuropejski, znajdujący się pod wpływem protestantyzmu, bardzo poważnie traktuje każdy przekaz treści teologicznej. Takie podejście charakteryzuje autora „Paradoksów objawień prywatnych”. Mnie także jest ono bliskie. Natomiast w Polsce dominuje religijność „południowoeuropejska”, która zawartości teologicznej takiej czy innej wypowiedzi (symbolu, skrótu, słowa) nie bierze poważnie, tylko traktuje ją jako okazję do dotarcia do istoty rzeczy. Przy czym dzieje się to całkiem spontanicznie.

Odwołam się do przykładu. Kiedy została wprowadzona nowa formuła wyznania wiary dla osób obejmujących urzędy kościelne (także dla teologów), miałem okazję rozmawiać z grupą teologów niemieckich. Byli zbulwersowani, że teraz będą musieli wbrew własnemu sumieniu wypowiadać rzeczy, które trudno im pogodzić z przekonaniem o np. wolności teologii. Teologowie ci zapytali, jak nową formułę wiary przyjmą Polacy? Odpowiedziałem, że nikt nie będzie miał żadnych wątpliwości. Czy naprawdę jesteśmy tak ortodoksyjni?

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Czy rzeczywiście problem objawień prywatnych jest religijnie tak niepokojący? Przecież wiemy, w co katolik powinien wierzyć, a w co nie musi. Nie musi m.in. w objawienia prywatne. Nawet więcej, Kościół zaleca ostrożność wobec takich zjawisk.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Jest to kwestia odpowiedzialności w Kościele. Teologów trzeba pytać, czy dostatecznie poważnie traktują to, co realnie kształtuje religijność, wiarę i sposób jej przeżywania przez bardzo wielu ludzi. Jeszcze wyraźniej to pytanie trzeba postawić tym, którzy ponoszą odpowiedzialność za sposób, w jaki Kościół jest Kościołem. Nie można mówić, że jest wszystko w porządku, bo wiara została zachowana, a to, że ludzi bardziej interesuje takie czy inne objawienie mniej lub bardziej ortodoksyjne, jest mało istotne. Główną zasługą tekstu Artura Sporniaka jest zwrócenie uwagi, że problem objawień prywatnych w Kościele istnieje, i że istnieje problem odpowiedzialności za to, jaki obraz świata, Boga, zbawienia i nas samych utrwala się w sytuacji braku jasnych kryteriów.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Wyobrażam sobie, że dla księży wykorzystywanie w duszpasterstwie objawień prywatnych stanowi dużą pokusę. Jeżeli tylko wierni pod wpływem objawień częściej chodziliby do kościoła, częściej się spowiadali i przystępowali do Komunii św., to z psychologicznego punktu widzenia byłoby to dla duszpasterza korzystne. Jeżeli negowałbym, jako ksiądz, rzeczywistość objawień, rezygnowałbym z bardzo ważnej płaszczyzny kontaktu z ludźmi.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Objawienia pokazują też, że istnieje w chrześcijaństwie problem wcielenia Boga w rzeczywistość ludzką. Nawet gdybyśmy wypracowali kryteria, które pozwoliłyby rozróżnić, co jest z Boga, a co nie, nie wierzę, by dało się wszystko uporządkować. Pewnie tak już będzie do końca świata – jak z pszenicą i kąkolem. Pozostaje pytanie, czy poza tym jeszcze coś robimy? Czy próbujemy prowadzić ludzi do głębszego doświadczenia wiary? Tu jest, moim zdaniem, bardzo wiele zaniedbań.

Bartłomiej Dobroczyński zwrócił uwagę na to, że duszpasterze czerpią inspiracje z objawień prywatnych. W ostatnio wydanej książce Stefana Swieżawskiego „Lampa wiary” znaleźć możemy bardzo pozytywną opinię o głośnych maryjnych objawieniach z La Salette, Lourdes i Fatimy. Zdaniem prof. Swieżawskiego, objawienia te wniosły w świat zaniedbanych, powierzchownie traktowanych praktyk religijnych nowy powiew i zmobilizowały Kościół do reform.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – Myślę, że prof. Swieżawski ma sporo racji. Może za mocno powiem, ale jeśli Panu Bogu o to chodziło, to bardzo dobrze – jestem skłonny uznać, że za pojawieniem się takich zjawisk stoi zamiar Boży. Ale równocześnie muszę dodać, że ten zamiar objawia się jako uwarunkowany konkretną ludzką sytuacją. Dlatego jego przejawy – np. przekazywane orędzia – nie można przypisywać bezpośrednio Bogu. Być może jest tak, że do znacznej części wiernych inaczej niż poprzez objawienia prywatne przemówić nie można.

ARTUR SPORNIAK: – Przyznaję, że przygotowując się do pisania o objawieniach początkowo zazdrościłem wizjonerom doświadczenia Boga, a zwłaszcza zażyłości kontaktu z Nim. Stopniowo jednak odkrywałem wartość milczenia Boga i Jego apofatyczności. Bo jest chyba tak, że „milczenie” Boga podczas modlitwy czy medytacji, a także Jego ukrycie w słowie wypowiadanym przez Kościół czy w słowie Pisma Świętego więcej mówią o Bożej tajemnicy niż najbardziej nawet spektakularne objawienia prywatne. Dlatego rozsądny dystans do nich uważam za postawę duchowo pożyteczną.

IZOLDA TOPP: – Warto dostrzec także i to, że objawienia mogą inspirować rozwój wiary przez przekraczanie pewnych ustalonych granic. W podobny sposób, w jaki wpływ na historię Kościoła miały herezje. Kościół jest wspólnotą, ale jest też instytucją. Właśnie jako instytucja, zawsze od rzeczywistości trochę późniejsza, Kościół potrzebuje objawień. To dzięki nim, i temu, co w nich prowokuje i niepokoi, Kościół otwiera się na rzeczywistość. Niezależnie od tego, czy akceptuje objawienie – wtedy staje się o nie bogatszy – czy też je odrzuca, oddzielając ziarno od plew, Kościół sam może się w objawieniach obejrzeć. To poprzez rozmowę, w której nie unika się pytań kłopotliwych i trudnych – jak te, które postawił Artur Sporniak i te, które wywołują same objawienia prywatne – stajemy się wspólnotą, Kościołem właśnie.

BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI: – Jako psycholog, czuję się w obowiązku dodać, że bardzo wiele objawień prywatnych powinno pozostać w domenie psychiatrii. I udaje się je zdiagnozować jako zaburzenia psychiatryczne. Może się oczywiście zdarzyć, że kontakt z osobą psychicznie chorą wpłynie na czyjeś nawrócenie, ale trudno wtedy mówić o specjalnym objawieniu. Chyba, że uznamy, iż wszystko jakoś jest Bożym objawieniem.

Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI: – W ten sposób powracamy do punktu wyjścia. Słowo „objawienie” w naszych wypowiedziach pojawiało się w różnych znaczeniach. Gdyby spojrzeć radykalnie, nie ma takiego objawienia, które byłoby bezpośrednie. Dotyczy to zarówno Objawienia, które stanowi fundament wiary, jak i tzw. prywatnych objawień w całej gamie: od autentycznych wizji aż po chorobę psychiczną. Każde objawienie zapośredniczone jest w kulturze oraz doświadczeniu tego, kto je doświadcza. I do końca nie da się wymierzyć, w jakich to dokonuje się proporcjach.

 

 

• IZOLDA TOPP – pracownik Katedry Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego, prowadzi badania nad kultem maryjnym w Kotlinie Kłodzkiej.

 

• BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI – psycholog, wykładowca UJ, ostatnio wydał książkę „Nev Age”.

 

• Ks. TOMASZ WĘCŁAWSKI – dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członek watykańskiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej, ostatnio wydał książkę „Wielkie Kryzysy”.

 

• ARTUR SPORNIAK – kierownik działu religijnego „Tygodnika Powszechnego”, współautor książki „Schody do nieba”, wywiadu-rzeki z o. Leonem Knabitem OSB.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl