DYSKUSJA O LITERATURZE LAT 90.

O poezji niezrozumiałej

JACEK GUTOROW

 

  • W „Tygodniku Powszechnym” nr 24 Jacek Podsiadło opublikował tekst „Daj mi tam, gdzie mogę dobiec”. Zawiera on opis „osobistych kłopotów” z czytaniem wierszy, które autor zalicza do „prywatnego hermetyzmu” (przez co rozumie „stosowanie kodów czytelnych dla wąskiego kręgu wtajemniczonych”). Padają konkretne nazwiska: Biedrzycki, Sendecki, Sosnowski, Wiedemann. Ponieważ autor i mnie wywołuje do tablicy, pozwalam sobie zabrać głos.

 

Czynię to z przyjemnością, przede wszystkim dlatego, że do tej pory unikano dyskusji nad problemem tzw. hermetyzmu w młodej polskiej poezji – Podsiadło słusznie zauważa, że większość krytyków proponuje czytelnikowi „ciąg marginesowych, omijających sedno dygresji”. Szkic „Daj mi tam, gdzie mogę dobiec” jawi mi się jako jedna z niewielu prób krytycznego spojrzenia na poezję wymienionych autorów. Tym uważniej należy się w niego wczytać.

*

Na początku wypada zauważyć, że żaden z argumentów Podsiadły nie jest oryginalny – wszystkie przewijały się wielokrotnie w historii literatury i estetyki, a dyskusja nad „poezją niezrozumiałą” jest mniej więcej tak stara jak sama poezja. Angielscy „poeci metafizyczni” byli przez długi czas uważani za niezrozumiałych grafomanów; Samuel Johnson, być może największy z XVIII-wiecznych krytyków, pisał o bezsensownych i niepotrzebnie skomplikowanych wierszach Donne’a i Marvella. To wzorcowy przykład krytyki opartej na kategoriach „zdrowego rozsądku”, „realizmu” i „sensu”, która neguje wszystko, co pod te kategorie nie podpada. Drugi przykład jest bliższy w czasie – chodzi mi o recepcję poezji modernistycznej w latach 50. i 60. Atmosfera, jaka panowała wówczas wokół Nowej Krytyki i teorii krytycznych T.S. Eliota, przypominała trochę tę, jaka otacza dzisiaj dzieła zaliczane do tzw. nurtu postmodernistycznego. Były więc zarzuty o hermetyzm, estetyzm, intelektualną dezynwolturę, irracjonalizm, brak logiki, etc. W zamian proponowano weryzm, autobiografizm i poezję konfesyjną.

Argumenty użyte przez Podsiadłę przypominają mi jednak inny spór. Nawiązując do wspomnianych na początku poetów autor pisze: „nie mogę pozbyć się podejrzenia, że przyjemność obcowania z tą poezją to przyjemność posługiwania się grypserą dla wybranych, intelektualnym argotem. Odnoszę wrażenie, że w odróżnieniu od poetów miłujących ład i porządek, ci lubują się w ekstremach...” Zaproponowany żargon jest dość dobrze znany literaturoznawcom – to język, którego używał na przykład Lukacs i inni teoretycy realizmu socjalistycznego. Swego czasu Lukacs zanegował dzieło Joyce’a z pozycji realizmu, oskarżając irlandzkiego pisarza o defetyzm. U Lukacsa znajdziemy chyba wszystkie argumenty, których używa Podsiadło: oskarżenie o używanie „języka dla wtajemniczonych”, posądzenie o relatywizm i nihilizm, obronę zdrowego rozsądku i wewnętrznej logiki dzieła. Kafka, Beckett, Faulkner? Ich książki są dla Lukacsa odzwierciedleniem mentalności burżuazyjnej, egoistycznej, zepsutej, a hermetyzm i formalizm to po prostu efekty subiektywizmu, który sam jest z kolei pochodną chorego indywidualizmu charakterystycznego dla późnego kapitalizmu.

Jacek Podsiadło przyjął pozycję statystycznego czytelnika, kogoś, kto przemawia głosem większości, głosem rozsądku. Gdyby jednak chcieć wyciągnąć ostateczne konsekwencje z takiego stanowiska, okazałoby się, że idealnym językiem poezji jest język dziewiętnastowiecznej powieści realistycznej. Podsiadło tego nie czyni, być może wierzy jeszcze w moc metafory. Ale czyż metafora, nawet ta najtrafniejsza, nie jest tajemnicą, zagadką, szczytem hermetyzmu? I czyż w tym sensie wszystkie wiersze, włączając w to wiersze naszego autora, nie są ekskluzywne i hermetyczne?

*

Podsiadło pisze tak, jakby nic się nie wydarzyło w XX wieku, jakby Adorno nie napisał „Teorii estetycznej”, jakby rosyjscy formaliści nie wypracowali nowoczesnej teorii metafory, jakby Ingarden nie przeprowadził fenomenologicznej analizy dzieła literackiego, a de Man nie obnażył mechanizmów działających w tekście literackim. Wydaje się, że Podsiadłę nie interesują najbardziej fundamentalne odkrycia z zakresu estetyki i literaturoznawstwa, że obca pozostaje mu problematyka recepcji dzieła czy podstawowe analizy metafory bądź struktury.

No tak, mógłby zapytać Podsiadło, tylko po co grzebać się w teorii, po co bawić się w akademickie rozważania, czy nie lepiej mówić głosem naiwnego czytelnika? Powody są przynajmniej dwa. Szkic „Daj mi tam, gdzie mogę dobiec” powiela argumenty i oskarżenia, do których wielokrotnie się już ustosunkowywano – w dzisiejszej epoce dyskusje toczą się na zupełnie innych płaszczyznach i poziomach, stosuje się też argumentację, która bierze pod uwagę odkrycia dwudziestowiecznej estetyki. Po drugie, „naiwny czytelnik” nie istnieje. Każdy posiada pewne uprzedzenia, pewną wrażliwość, te zaś trudno mierzyć. Czy przez „lekturę naiwną” Podsiadło rozumie lekturę bezpośrednią, zdroworozsądkową, taką, gdzie wypowiedź równa się intencji? Ale co zrobić z utworami, które z premedytacją żonglują kategoriami „bezpośredniości” i „zdrowego rozsądku” (by ograniczyć się tylko do tej wybranej strategii)? I czyż utwory te (np. powieści Sterne’a i Nabokova), a zresztą duża część współczesnej krytyki literackiej, nie pokazują, że kategorie te nie są wcale naiwne, lecz skrywają dobrze naoliwiony mechanizm retoryczny?

Podsiadło proponuje własną interpretację wiersza „Tytuł” Marcina Sendeckiego. Jest to raczej próba wykazania, że wiersz ten opiera się jakimkolwiek interpretacjom, że nikt nigdy nie dojdzie jego sensu. Przyznam, że ten fragment tekstu wprawił mnie w niemałe zdumienie. Oto poeta usiłuje przeprowadzić swoistą redukcję wiersza innego poety, pokazując, w których momentach sens urywa się, znika logika wywodu, a język zdaje się tracić jakiekolwiek odniesienie do rzeczywistości. Podsiadło zmierza ku jednemu: wiersz Sendeckiego jest „bełkotem”, nie ma w nim logiki, wszystko zaprzecza zdrowemu rozsądkowi. Tak, tylko że poezja z definicji jest niejednoznaczna, alogiczna i sprzeczna z rozsądkiem. Zresztą nie tylko poezja. Adorno pisze: „ganiona niezrozumiałość hermetycznych dzieł sztuki jest wyznaniem zagadkowego charakteru wszelkiej sztuki”. I dodaje: „dzieła aprobowane przez tradycję i opinię publiczną jako zrozumiałe, kurczą się w sobie pod swą galwaniczną warstwą i stają zupełnie niezrozumiałe”. Przyznam, że dla mnie niezrozumiała i szalona pozostaje próba „łopatologicznego” wyjaśnienia poezji. Zdroworozsądkowa interpretacja Podsiadły trąci hermetyzmem zupełnie innego rodzaju, ślepym na własną retorykę.

 

*

Tekst Podsiadły skłania do postawienia jeszcze prostszych pytań. Czym jest poezja niezrozumiała? Czy poezja sama w sobie może być „zrozumiała” bądź „niezrozumiała”? Co to znaczy, że wiersz jest hermetyczny? Zdumiewa łatwość, z jaką krytycy używają tych lub podobnych formułek. Nie musimy przecież wracać do Husserla i Ingardena, żeby skonstatować, iż poezja może być zrozumiała albo niezrozumiała tylko dla kogoś. Podsiadło zdaje sobie z tego sprawę – wyraźnie zaznacza, że chce mówić o „osobistych kłopotach z czytaniem”, dzieli literaturę na tę, „którą Podsiadło rozumie”, i tę, której nie rozumie. Tylko dlaczego zaraz potem mówi o „skardze” i „języku dla wybranych”?

Autor zarzuca wspomnianym poetom niekomunikatywność i dowolność, ale zaproponowane przez niego kryteria (brak „linii rozwojowej” tekstu, brak „wyraźnie sygnalizowanej pointy” etc.) są jak najbardziej subiektywne. Podobnie z kategoriami „ładu”, „porządku” czy zagadkowej „dykcji poetów równowagi”. I nie przekonuje mnie argument, że o wartości danego dzieła decyduje gust większości (gust „przeciętnego, naiwnego czytelnika”) – to argument populistyczny, kojarzący się z najgorszymi praktykami w dziejach sztuki. Gdyby iść za radą Podsiadły, musielibyśmy usunąć z naszych półek książki Becketta i Joyce’a, a w następnej kolejności wyrzucić płyty z kompozycjami Lutosławskiego i albumy z malarstwem abstrakcyjnym.

Innym przykładem poezji niezrozumiałej są dla Podsiadły późne wiersze Hölderlina („aż szkoda, że to bełkot”). Czytelników, którzy chcieli właśnie zabrać się za lekturę niemieckiego poety, chciałbym uspokoić – nie jest tak źle! Istnieją zresztą wspaniałe analizy Heideggera i Gadamera. Obaj filozofowie proponują nam zupełnie inną lekturę tej poezji, która, jak się okazuje, nie jest tak zupełnie bezsensowna. Dlaczego mamy wierzyć Podsiadle, a ignorować sądy dwóch największych filozofów naszego wieku? A że nie do końca są te wiersze zrozumiałe? No cóż, być może kategoria „zrozumiałości” nie jest w poezji najważniejsza.

Podsiadło pisze o „męce nienadążania za śmigłowcami skojarzeń”. Ta „męka” wynika, jak sądzę, z niewłaściwego podejścia do wierszy uznawanych przez naszego autora za „trudne”. Pisał o tym Eliot w eseju „Zadania poezji”: „Trudność może wynikać i z tego, że czytelnikowi powiedziano, albo sam się nastawił na to, że wiersz na pewno okaże się trudny. Przeciętny odbiorca, uprzedzony o czekających go trudnościach, bardzo łatwo może popaść w konsternację, która zupełnie nie sprzyja czytaniu poezji. Zamiast zacząć po prostu czytać, posługując się swoją wrażliwością, czytelnik taki tępi ostrość swych zmysłów przez chęć błyskotliwego spostrzeżenia czegoś – sam jeszcze nie wie, czego – lub przez obawę, że ktoś go nabiera”. Zgadzam się z Eliotem, choćby dlatego, że dla mnie lektura wierszy późnego Hölderlina czy Sosnowskiego nie ma charakteru „męki”, jest za to dużą przygodą. Na czym polega urok tej przygody? A choćby na tym, że nie istnieje wyjaśnienie; że przygoda jest nieprzewidywalna nie tylko „w pewnych granicach”, ale obejmuje także sens wiersza. Czy wszystko musi być wyjaśnione lub „wyjaśnialne”? Czy wiersz, który zawierałby w sobie wszystkie możliwe rozwiązania i tropy lektury, jest jeszcze wierszem? Czy taki wiersz istnieje?

Nie miejsce tu, aby nawiązywać do fundamentalnych prac z zakresu recepcji dzieła literackiego. Do prac tych trzeba będzie powracać, gdyż polska krytyka towarzysząca młodej poezji ma częstokroć charakter „radosnej twórczości”, odpornej na jakiekolwiek odkrycia czy analizy z zakresu literaturoznawstwa. Świadczy o tym łatwość, z jaką krytycy żonglują nazwiskami i hasłami, stroniąc od solidnej analizy. Znając inne teksty krytyczne Jacka Podsiadły wiem, że w odróżnieniu od zawodowych krytyków nie ulega on pokusie szufladkowania i potrafi zajrzeć pod podszewkę wiersza. W szkicu „Daj mi tam, gdzie mogę dobiec” jest inaczej: pojawia się zupełnie arbitralny podział na poetów zrozumiałych („pierwsi z brzegu: Broda, Machej, Sośnicki, Suska”) i niezrozumiałych. Piszę „arbitralny”, gdyż w ten sposób można dzielić losowo wybranych poetów na dowolne kategorie. Arbitralne są też kryteria używane przez autora. Pojęcia „linearności”, „linii rozwojowej”, „logiki dzieła” etc., są względne, i nie jest to bynajmniej osławiony postmodernistyczny relatywizm – wystarczy wrócić do Tomasza z Akwinu czy Kanta, którzy wyraźnie pisali o subiektywności doznań estetycznych.

Podsiadło pisze pod koniec: „Byłbym szczęśliwy, gdyby ten tekst skłonił Kogoś Mądrego do próby całościowego rozpracowania zasady przyjemności, jaka ma płynąć z lektury Sosnowskiego czy Sendeckiego”. Zastanawiam się, czy takie „całościowe rozpracowanie” jest nam potrzebne? Z poezją jak z muzyką – piękno muzyki jest po prostu niewytłumaczalne, a „rozpracowanie zasady przyjemności” płynącej ze słuchania kompozycji Purcella czy Mozarta byłoby koszmarem rodem z „1984” Orwella. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że Podsiadle obce są tego rodzaju pokusy, tak jak z pewnością obca mu jest pokusa płaskiego, brutalnego realizmu, jednak brak zaplecza krytycznoliterackiego sprawia, iż jego język raz po raz wpada w tonację na poły totalitarną. Zgadzam się z autorem, że „łatwo sobie wyobrazić armię epigonów, którzy na obronę swego ewentualnego nieprecyzyjnego chaosu będą mieli gotową odpowiedź w rodzaju znajdź sobie algorytm lub przeczytaj za trzy lata”. Ale czy Podsiadło sugeruje, że należy temu przeciwdziałać? Niby jak? I przede wszystkim: kto miałby to robić? I w imię jakich kryteriów? Czy takim kryterium miałoby być czyjeś rozumienie wiersza? A może lepsze byłoby powszechne głosowanie nad semantyczną poprawnością poezji? No tak, ale cóż z tego, skoro – jak pisze Tadeusz Różewicz – „zrozumiała poezja / staje się w końcu / niezrozumiała”.

 

JACEK GUTOROW (ur. 1970) – poeta i krytyk literacki, wydał zbiór „Wiersze pod nieobecność” (1998).

 

Pierwodruk: „Tygodnik Powszechny” nr 35/2000

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl