Medytacja Biblijna księdza Jana Słomki

 

5. Niedziela Wielkiego Postu

Faryzejska obłuda

KS. JAN SŁOMKA

 

 

Nawet pobieżna lektura Ewangelii pozwala zauważyć, że swoje najsurowsze napomnienia i przestrogi Jezus kieruje do faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Jednak w scenie z kobietą cudzołożną nie ma już nawet tego. Jezus nie wyrzuca im ich dwulicowości, podstępnych zamiarów. Wydaje się, że nie widzi sensu mówienia do nich, nauczania, tłumaczenia, na czym polega ich błąd. Patrzył na ich twarze i widział ich dusze nie tyle nawet zamknięte na Jego słowa, co gotowe słuchać i natychmiast wykorzystywać to, co słyszą do swoich celów. Co prawda wypowiada w kierunku zgromadzonych jedno zdanie, które zresztą zbija z tropu wszystkich chętnych do rzucania kamieni, ale Ewangelista podkreśla, że poza tym Jezus zupełnie ignoruje uczonych w Piśmie i faryzeuszy. Coś pisze na piasku. Natomiast, gdy już wszyscy faryzeusze odeszli, z kobietą cudzołożną Jezus rozmawia życzliwe.

Niewątpliwie to właśnie ta scena najbardziej przyczyniła się do kariery wyrażenia “faryzejska obłuda” jako określenia stopnia najwyższego obłudy. A więc ta sytuacja, a przede wszystkim zachowanie Jezusa, Jego głęboka niechęć do rozmowy z faryzeuszami, pokazuje, że nic bardziej nie zamyka duszy ludzkiej na działanie Słowa Bożego, niż obłuda, a zwłaszcza obłuda religijna, bo z taką mamy tu do czynienia. Ze swej natury jest to zagrożenie, które dotyczy ludzi pobożnych i religijnych. Nie śmiem dodać – nade wszystko duchownych. Niestety, jest możliwy taki stan ducha, że im więcej człowiek wypełnia praktyk religijnych, czym gorliwiej studiuje wskazania moralne, tym bardziej uodparnia się na działanie Słowa Bożego. Jest to sytuacja groźna, bo właściwie nie do zauważenia przez samego zainteresowanego – wydaje mu się, że wszystko idzie coraz lepiej. Przypomina się tutaj inna scena: modlitwy faryzeusza i celnika w Świątyni. Faryzeusz był najwyraźniej zadowolony ze swego życia religijnego i moralnego.

Pokusę obłudy religijnej, czyli złudzenia własnej doskonałości, znali dobrze pustelnicy egipscy. Mówił Abba Antoni: “Znałem mnichów, którzy po wielu trudach upadli i doszli do pychy duchowej, a wszystko przez to, że zaufali własnym osiągnięciom”. Gdzie indziej zaś ten sam Antoni wskazuje drogę ustrzeżenia się przed takim upadkiem: “Takie oto jest wielkie dzieło człowieka: winę swoją na siebie zawsze brać przed Bogiem, a pokusy spodziewać się do ostatniego oddechu”.

Ks. Jan Słomka

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl