Medytacja Biblijna księdza Jana Słomki

 

3. Niedziela Zwykła

Teologia powołania

KS. JAN SŁOMKA



Ewangeliczne opisy powołań są niesłychanie oszczędne. Po prostu informują, kogo Jezus powołał. Oczywiście byli tacy, co przychodzili i mówili: „Mistrzu, chcę pójść za Tobą”. Ale ewangelie jasno mówią, że Jezus nie zawsze na to się godził. Do Niego należała inicjatywa – powoływał, kogo chciał. Człowiek miał prawo co najwyżej odmówić. Taka chwila, Boże wezwanie, jest jednym z kluczowych momentów w życiu człowieka. Nie dziwi więc, że rodzą się pytania: czy to faktycznie jest tak, że w życiu człowieka jest jeden moment, chwila, gdy słyszy głos powołania, wezwanie, które określa całe jego przyszłe życie? Czy mogą być dwa lub więcej powołań w jednym życiu? Czy każdy jest powołany, czy może są powołani i inni, którzy po prostu mają żyć w zgodzie z przykazaniami?
Teologia duchowości wiele uwagi poświęca problemowi, jak rozpoznać głos powołania, jak go odróżnić od własnych wyobrażeń i złudzeń. Nie jest to łatwe, bo Pan Bóg ma nieskończoną ilość sposobów docierania do człowieka, a i człowiek ma wielkie zdolności w doszukiwaniu się wezwań Bożych tam, gdzie ich nie ma. Jednak, choć ta kwestia wydaje się bardzo istotna, to chyba nie ona jest najważniejszym problemem dotyczącym powołania. Pytanie najważniejsze, które trudno zostawić bez choćby próby odpowiedzi, jest takie: co dzieje się wtedy, gdy ktoś powie „nie”? Czy Bóg będzie go wołał ponownie, czy może już do końca życia pozostanie „na uboczu”? Tu przypomina się wiersz Zbigniewa Herbarta o Jonaszu. Herbert raczej nie ma pobłażania dla „współczesnych Jonaszów” sprawnie uciekających przed głosem Bożym. Taki Jonasz

uratowany
postępuje chytrzej
niż biblijny kolega
drugi raz nie podejmuje się
niebezpiecznej misji
zapuszcza brodę
i z daleka od morza
z daleka od Niniwy
pod fałszywym nazwiskiem
handluje bydłem i antykami
...
w schludnym szpitalu
umiera Jonasz na raka
sam dobrze nie wiedząc
kim właściwie był
 

A więc intuicja poetycka podpowiada Herbertowi, że można skutecznie uciec od swego powołania. Bóg ani nie będzie uciekiniera nadmiernie gonił, ani go za to nie ukarze. Poza tym jednym, że zostawi człowieka w spokoju do końca jego życia. Taka wizja brzmi groźnie. Jednak lepiej przypomnieć sobie przypowieść o robotnikach jedenastej godziny. Mówi ona, że nigdy nie jest za późno na spotkanie Boga szukającego swoich robotników.

Ks. Jan Słomka

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl