Medytacja Biblijna księdza Jana Słomki

 

31. Niedziela Zwykła

Zacheusz

KS. JAN SŁOMKA

 

Zacheusz był bogaty, ale musiało go coś w życiu uwierać. Chyba nie był to tylko brak szacunku oraz odium zdrajcy i zdziercy, jakie otaczało celników. Gdyby czuł się dobrze u siebie, w swoim domu, pośród dostatku – te sytuacje nie przeszkadzałyby mu. Zresztą zawsze bogaty człowiek może znaleźć środowisko, w którym można przyjemnie ucztować i czuć się akceptowanym. Od dawien dawna i dzisiaj mnóstwo ludzi potrafi znakomicie rozpraszać niewygody własnego sumienia. Jak już są pieniądze, wszystko da się wytłumaczyć, uzasadnić i jeszcze dowieść sobie, że człowiek się poświęca dla wyższej sprawy. Na przykład dzięki takim celnikom – współpracownikom Rzymian – funkcjonował w Palestynie jaki taki spokój społeczny, nie było nieustannych zamieszek. Ci Rzymianie w końcu nie byli tacy źli. Ale Zacheusz jakoś nie potrafił. Musiało mu być niewygodnie i źle ze sobą. Inaczej nie wszedłby na drzewo. Dla pustej ciekawości tego by nie zrobił. Poważny, zamożny obywatel nie wspina się na drzewa. To nie wypada. Zwłaszcza, kiedy wszyscy widzą. A widzieli, bo tłumy się zbiegły wokół Jezusa. Przecież właśnie z powodu tłumu Zacheusz, człowiek małego wzrostu, musiał wspinać się na drzewo. Jezus odwdzięczył mu się gestem równie ryzykownym. Poszedł do bogatego grzesznika w gościnę. To natychmiast wywołało pomruk zgorszenia, bo nie wypada, aby wędrowny i ubogi mistrz tak łatwo dawał się namówić na bogatą ucztę za zdziercze pieniądze.
Zacheusz rozpoznał chwilę. Walter Bonatti, jedna z legend alpinizmu, pytany, jak zdobywa się najbardziej niedostępne drogi, powiedział: „Czeka się i ćwiczy latami, ale kiedy skała jest sucha a niebo błękitne, wtedy należy wytężyć wszystkie siły i iść”. Zacheusz nie ćwiczył, był słabym człowiekiem. Nie potrafił zmienić swojego życia, nie potrafił także uporać się ze sobą i swoimi rozterkami. Ale rozpoznał jedyną chwilę swojego życia i potrafił wtedy zapomnieć o wszystkim w imię Jezusa. Jezus odwdzięczył mu się darem mocy. Zacheusz nie poszedł, jak Mateusz, za Jezusem, został tam, gdzie mieszkał, ale zdobył się na gest zadośćczyniący i wielkoduszny. To było jego nawrócenie. Jezus nie ganił słabości, wręcz przeciwnie, szedł do słabych. Rozpoznanie swojej słabości, choćby i słabości charakteru, może okazać się jedną z dróg, jakimi Bóg przychodzi do człowieka. Byle tylko nie zagłuszać wewnętrznej niewygody, która często bywa głosem sumienia. Byle nie usprawiedliwiać się bez przerwy przed sobą i Bogiem.
 
Ks. Jan Słomka

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl