Rekolekcje Wielkopostne

 

Trzy kroki

KS. ROMAN E. ROGOWSKI

 

 

Czym są rekolekcje? Nie są nagromadzeniem nabożeństw, chociaż w czasie rekolekcji należałoby się więcej modlić. Nie są wysłuchaniem mądrych nauk, bo to nie gnoza, która stawia znak równości między poznaniem i zbawieniem. Nie jest to także moment, w którym nagle przestajemy popełniać ten czy inny grzech, nie zmieniając swojej postawy, chociaż rekolekcje powinny wpływać na nasze zachowania moralne. Nie jest to także okres jakiejś szczególnej ascezy, bo – jak głosi mądrość wschodnia w Wielkim Poście – ,,diabeł nie je, nie pije i nie żeni się, niemniej jednak ten formalnie największy asceta pozostaje diabłem”, chociaż – pewne formy ascezy są zbawienne.

Czym są zatem rekolekcje? Są czasem powrotu do Chrystusa. Tym bardziej, że żyjemy w czasach ,,religijnych”, w których największą chorobą jest ,,od-Chrystusowienie”. Wprawdzie nie ma ono charakteru formalnego i radykalnego, jak – na przykład – u Françoise Sagan pytającej ironicznie: ,,Chrystus – a kto to?”, jest jednak realne i podstępne, bo niby w Chrystusa się wierzy, ale kompletnie nie liczy się z Nim w całym życiu moralnym i żyje się tak, jakby Go nie było. Od-Chrystusowienie jest zobojętnieniem, a wiadomo, że to najgorsza sytuacja. Powrócić do Chrystusa chociażby z otchłani, bo przecież pisano: ,,Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją” (Iz 1,18).

Żeby powrócić, trzeba uwierzyć i trzeba wierzyć. Jest to warunek najbardziej podstawowy, a jednocześnie oczywisty, wręcz banalny. ,,Wierzyć? Oczywiście, że wierzę, jestem wierzący! Ja nie wierzę? Też coś, idiotyzm!” – to dosyć typowa reakcja w sytuacji, gdy ktoś kwestionuje naszą wiarę. Już bardziej autokrytyczne jest wyznanie: ,,Jestem wierzący, ale nie praktykujący”. O czym to świadczy? Chyba o banalizacji dziedziny wiary, o rutynie i przyzwyczajaniu, a także o dosyć częstym błędzie, który polega na tym, że gdzieś tam w podświadomości zakłada się, iż wiara jest dziedziczna, jak niektóre skłonności.

Co to znaczy wierzyć? Może dokładniej: co to po chrześcijańsku znaczy wierzyć? Pytamy więc o biblijny, objawiony model wiary. To bardzo ważne! Wierzyć to znaczy zrobić trzy kroki ku Bogu: uwierzyć – zaufać – być posłusznym. Czyli – akt wiary, ufna nadzieja i posłuszeństwo Bogu. Dopiero te trzy kroki stanowią wiarę autentycznie chrześcijańską! Najczęstszy błąd, który się popełnia, także nieraz z winy nauczających w Kościele, polega na tym, że stosuje się zasadę ,,pars pro toto”, ,,część za całość”, czyli jeden krok wiary uważa się za całą wiarę. Oczywiście – nietrudno zdać sobie sprawę, że tym jedynym krokiem jest – uwierzyć. Dlaczego? Bo jest najłatwiejszy i normalnie, w sytuacji przeciętnego człowieka, niewiele kosztuje.

Uznać za prawdę, że Bóg istnieje, i uznać za prawdę to, co objawił, to przede wszystkim akt rozumu, wspomaganego wolną wolą i oświeconego łaską wiary z góry. Ponieważ dokonuje się on w sferze rozumowo-wolitywnej, może być przeżywany wyłącznie w tej sferze i ,,izolowany” od życia do tego stopnia, że w ogóle nie wpływa na postępowanie człowieka, na jego postawy i decyzje. ,,Jestem wierzący, ale nie praktykujący” – przy czym to praktykowanie to po prostu całe życie. Formalnie jest to akt wiary, jeżeli jednak nie prowadzi do następnych kroków, nie realizuje dwóch następnych elementów wiary, przestaje być w rzeczywistości aktem wiary chrześcijańskiej, nie usprawiedliwia, a zatem nie zbawia. Św. Jakub tak o nim pisze: ,,Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2,19). Ironia Apostoła jest tu wyraźna! Przypomnijmy jeszcze przy okazji, że dla wierzącego Żyda wykonywanie aktu wiary, wierzenie, że Jahwe jest, istnieje, żyje i działa właściwie nie było przedmiotem wiary, ale niemal oczywistości. Prawdziwa wiara zaczynała się dopiero od ufności i posłuszeństwa Prawu Najwyższego.

Drugi krok wiary jest – normalnie rzecz biorąc – konsekwencją pierwszego i polega na zaufaniu Bogu, na pokładaniu w Nim bezgranicznej ufności, czyli na nadziei. Tu już jest ,,ryzyko” wiary, to już kosztuje! Tu już naprawdę trzeba wierzyć, żeby się rzucić w przepaść Bożej Rzeczywistości, jak spadochroniarz rzuca się w dół lub jak alpinista ufając linie zjeżdża w pustkę. Trzeba przy tym podkreślić, że jeżeli w akcie wiary, w wierzeniu, można było udawać, stosować sztukę pozorów, tak tu jest niemożliwe.

Trzeci krok – jako naturalna konsekwencja zawierzenia, zaufania – to wypełnianie wszystkiego, czego Bóg żąda, do czego zobowiązuje, czyli wypełnianie woli Boga. To angażuje już całego człowieka, całe jego życie! A ponieważ ,,miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań” (1 J 5,2), posłuszeństwo w wierze jest po prostu miłością Boga. Dlatego św. Paweł podaje najpiękniejsze i najbardziej teologiczne, i chrześcijańskie, określenie wiary: ,,Wiara, która działa przez miłość” (Gal 5,6). Dlatego też św. Filaret Moskiewski radził swoim wiernym: ,,Jeżeli pragniesz być zbawiony przez wiarę, pokochaj Tego, w którego wierzysz”. I rzeczywiście, tak pojęta wiara usprawiedliwia, zbawia, o czym zapewnia Jezus: ,,Nie każdy, kto Mi mówi: »Panie, Panie«, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21).

Ponieważ wiara jest procesem, rozpoczyna się od uwierzenia i musi normalnie rozwijać się przekształcając w nadzieję i miłość. Jeżeli nie przekształca się w miłość, powoli zamiera, zgodnie z żartobliwą, ale prawdziwą zasadą z psychologii wiary: ,,Jeżeli nie żyjesz tak, jak wierzysz, zaczniesz wierzyć tak, jak żyjesz”. Przykłady? Proszę spojrzeć na ulice, w ekrany telewizyjne, na sale sejmowe...

To było w Rile. Zeszliśmy z gór i szukaliśmy noclegu w Rylskim Monastyrze. Była niedziela. Weszliśmy do świątyni i mimo woli staliśmy się słuchaczami homilii. W średnim wieku mnich mówił o wierze: ,,Wierzyć w naszego Zbawiciela to tak, jak wchodzić na szczyt Musały. Nie wystarczy stać pod górą i mówić, jaka ona wysoka i piękna. Trzeba się wspinać i to długo, mozolnie. Z wiarą jest podobnie: nie wystarczy mówić: »Wierzę!«, ale trzeba żyć według wiary, wypełniać wszystko, co Pan nasz nakazuje. To dopiero jest w pełni wiara!”.

Powrócić do Chrystusa, a przez Niego do Ojca przez wiarę i w ,,wierze działającej przez miłość”.

Zakończmy wyznaniem Paula Evdokimova, prawosławnego teologa, które – dokonane prawie czterdzieści lat temu – nic nie straciło na aktualności: ,,To w tym świecie telewizji, zdalnie sterowanych maszyn, ultradźwięków, podróży międzyplanetarnych, w tym świecie ateistycznym i zarazem wierzącym, rajskim i infernalnym, lecz zawsze kochanym przez Boga, człowiek jest powołany do cudu wiary. Jak niegdyś Abraham, wyrusza, nie wiedząc dokąd ani dlaczego, ale wie, że w sercu niesie język ognia i może tylko powtarzać wzniosłe słowa Jana Klimaka: »Idę, śpiewając Ci...«”.

Ks. Roman E. Rogowski

 

Autor jest kierownikiem Katedry Teologii Systematycznej Papieskiego Fakultetu Teologicznego we Wrocławiu.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl