Społeczny rachunek sumienia


Umiejmy być wdzięczni

Ks. Tomasz Węcławski



Ojczyzno moja kochana, Polsko, (...) Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna!” (Św. Faustyna „Dzienniczek”, 1038 / Jan Paweł II, lotnisko w Balicach 19 sierpnia 2002)

Mamy za co być wdzięczni, a przeżycia ostatnich dni są jeszcze jednym z powodów. Nie byłoby jednak dobrze, gdybyśmy pod wpływem tej chwili, w radosnej egzaltacji, całą uwagę skupili na wdzięczności dla Ojca Świętego za to, co dla nas zrobił. Oczywiście mamy mu być wdzięczni – tym bardziej, im bardziej widzimy, jaką modlitwą przygotowuje i jakim cierpieniem płaci za swoje dzieło dla nas. Teraz jednak chodzi o nierównie więcej: o taką wdzięczność Bogu, która pamięta moc dobra, jakie nas niezasłużenie spotkało, i odpowiada odmianą życia. To jest nasze dzisiejsze zadanie: mamy być czynnie i skutecznie wdzięczni za miłosierdzie, w którym Pan Bóg pozwala się nam wszystkim teraz odnaleźć. Mamy się odnaleźć w Bożym miłosierdziu.
To ostatnie słowo trzeba odczytać jak najbardziej dosłownie. Nasze społeczne i osobiste doświadczenia ostatnich lat, miesięcy i dni można opisywać na różne sposoby, ale najprościej będzie powiedzieć, żeśmy się w wielu sprawach ważnych, nawet podstawowych, pogubili. Pogubiły się wielkie idee, pogubiły się społeczne ruchy i instytucje. Pogubili się ludzie. Od człowieka do człowieka czasem jest bardzo daleko. Drepczemy i krzątamy się wokół wielu mniej lub bardziej ważnych spraw, ale mądra całość nie bardzo chce się z tego złożyć. Nie jest łatwo się pozbierać. Nie jest łatwo się na nowo odnaleźć. Dlatego Pan Bóg pomaga nam się odnaleźć w swoim miłosierdziu. Pozwala każdemu z nas odnaleźć się w naszym własnym życiu, przez Krew Chrystusa uratowanym z nieszczęścia grzechu i śmierci, i pozwala nam wszystkim odnaleźć się nawzajem.
Tak odczytuję dwa wielkie wątki papieskiego świadectwa, nierozłącznie z sobą splecione: wyznanie wiary w ogarniające świat i przenikające wszystko, aż po najciemniejsze zakamarki ludzkiej nieprawości Boże zmiłowanie, którego źródłem jest Krzyż, i wołanie o konsekwencję, o wzajemną odpowiedzialność, o społeczne miłosierdzie, o wynikający z niego program działania na dziś i jutro.

*

Ktoś powiedział, że to świadectwo o przynaglającym nas do społecznej miłości Bożym miłosierdziu mogło się wprawdzie w ustach Ojca Świętego pojawić już dawno, ale teraz – wypowiedziane w jego ludzkiej słabości – zabrzmiało z tym bardziej przejmującą siłą. Trafia ono w samo serce dzisiejszej Polski, w samo serce spraw, które razem przeżywamy, zwłaszcza tych najtrudniejszych, przez które wielu Polaków ma poczucie, że ich Ojczyzna nie jest tym, za czym tęsknili. 
Przeżycia ostatnich dni pokazują, jak naprawdę z nami jest. Pokazują, że nie wystarczą choćby najsłuszniejsze polityczne, socjologiczne i kulturowe wytłumaczenia społecznego stanu ducha. Ważniejsze jest to, do czego zostaliśmy z miłością przynagleni. To musi zostać teraz przez nas głośno wypowiedziane i ukonkretnione jako program – ale nie jako program jednej siły, instytucji, partii czy grupy, choćby najbardziej poważnej i zacnej, nawet nie jako program „polskiego Kościoła” (jeśli traktujemy go jako jedną ze składowych narodowej społeczności), tylko jako program społeczny w najprostszym sensie tego słowa.
Proponuję skupić refleksję na dwu najważniejszych zadaniach: nowego odkrycia fundamentów naszego życia i wiary i zbudowania społecznej zgody wokół naprawy tych dziedzin wspólnego życia, w których jest z nami najgorzej.

1.

„Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus” (Piotr Skarga / Jan Paweł II – 2 czerwca 1979). Mowa o Polsce. Naprawdę nigdzie na świecie, a już na pewno tu w Polsce, nie można zbudować społecznie czegoś dobrego i trwałego bez tego korzenia i fundamentu, którym jest Boże zmiłowanie się nad nami w Panu Jezusie Chrystusie. Jako Jego świadkowie musimy mówić o tym głośno i dobitnie do wszystkich – ale zwłaszcza do tych, którzy mają największy wpływ na jakość naszego życia społecznego i na sposób, w jaki jest ono odbierane: do polityków i dziennikarzy.
Zacząć trzeba jednak od osobistego doświadczenia i przeżycia miłosierdzia Bożego nad nami. Perspektywa wiary, w której ma się ono dokonać, jest pierwszym darem tej pielgrzymki. Podczas konsekracji sanktuarium w Łagiewnikach Ojciec Święty przypomniał, że kamień węgielny poświęconej dzisiaj świątyni pochodzi z Kalwarii, a więc spod Krzyża, na którym Jezus Chrystus pokonał grzech i śmierć. Podkreślił w ten sposób związek sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach i Kalwarii. To symboliczne słowo możemy teraz poszerzyć i powiedzieć tak: Kamień węgielny tej Bożej świątyni, którą jest każdy z nas, też „pochodzi spod Krzyża”. Kamień węgielny tej świątyni, którą jest moje życie, pochodzi spod Krzyża. Spłynęła nań krew i woda z boku Jezusa Ukrzyżowanego – sakrament Bożego miłosierdzia. Tak właśnie zostaliśmy wszyscy na zawsze objęci ostatnim tchnieniem Pana Jezusa z Krzyża i Jego Świętym Duchem na odpuszczenie grzechów.
Głębokie słowa wyznania wiary w przenikającą wszystko moc miłosierną Bożego Ducha Prawdy i zmiłowania, płynące z Łagiewnik, możemy przyjąć jako dopowiedzenie papieskiego: „Przestańcie się lękać”, wypowiedzianego na powitanie. My nie musimy się lękać żadnej prawdy o sobie, bo jest przy nas miłosierdzie, jest przy nas Jezus Miłosierny, a z Nim zmiłowanie, które nie przestaje płynąć z Krzyża. Możemy z odwagą mówić sobie samym i sobie nawzajem, co nas boli, czego się obawiamy i czego pragniemy. Możemy to powiedzieć sobie nawzajem, bo w ten sposób zarazem mówimy to Temu, z którego życia i śmierci tchnie na nas Duch Miłosierdzia. Wszystkie nieszczęścia, wszystkie lęki, z którymi się spotykamy wokół siebie – blisko i daleko – są Nim objęte i przeniknięte. Jesteśmy uratowani po to, żebyśmy się wszyscy odnaleźli.

2.

Ojciec Święty nie dzieli Polaków – łączy wszystkich, także tych, którzy jako przywódcy duchowi, społeczni i polityczni ponoszą największą odpowiedzialność za nasze wspólne losy. Wszyscy – niezależnie od politycznych wyborów i opcji – deklarują uznanie i wdzięczność dla Jana Pawła II za jego dzieło dla nas. Trzeba ich teraz trzymać za słowo. Trzeba wykorzystać tę zgodę, nie pozwolić jej minąć po odjeździe Papieża. Nie może być tak, że Ojciec Święty wraca do siebie do Rzymu, a my wracamy w stare koleiny.
Możemy to powiedzieć pewnym symbolicznym skrótem: przecież on tu jest u siebie; u nas, w tym kraju i społeczeństwie, w którym jest tyle do zrobienia. Zostaje z nami, kiedy odjeżdża, i zostanie z nami także wtedy, kiedy Pan Bóg powoła go do siebie na zawsze. Wołanie „Zostań z nami” ma sens jako wołanie skierowane do nas samych: żeby to doświadczenie wspólnie przyjmowanego Bożego zmiłowania nie skończyło się i nie przeminęło ani wraz z tym czterodniowym narodowym świętem, które właśnie przeżyliśmy, ani z tym wielkim pontyfikatem.
Z papieskiego świadectwa ma wyrosnąć program naprawy tych dziedzin naszego społecznego życia, w których jest najgorzej. Trzeba zacząć od mocnego społecznego rachunku sumienia, w którym bez lęku powiemy sobie, co naprawdę z nami jest. Owszem: wiele obszarów biedy, zagrożeń, słabości i nieszczęścia, o których z niepokojem mówił Ojciec Święty, ma źródło w tzw. „nieuniknionych kosztach transformacji” albo w tendencjach cywilizacyjnych, na które wpływ mamy niewielki. Ale przecież nie wyłącznie. Jak często przyczyną biedy, nieszczęścia, poczucia krzywdy wielu ludzi i całych grup społecznych jest bezmyślność i brak wyobraźni tych, którzy odpowiadają za społeczny, duchowy, religijny, kulturowy, organizacyjny i materialny kształt naszego życia? Z tym możemy i musimy teraz coś zrobić. Nie wolno już ograniczać się do narzekania i krytyki, o co w Polsce zawsze najłatwiej. Nie wolno zamykać się w swoim bezpiecznym świecie, w swoim środowisku, w otoczeniu ludzi, z którymi nam wygodnie i „po drodze”.
Dlatego tak potrzebny jest spokojny i poważny publiczny rachunek sumienia – z realnymi postanowieniami. Mamy sobie w nim nawzajem pomóc, opierając się na autorytecie Ojca Świętego. Tylko wtedy, jeżeli to zrobimy, okażemy się godni zaufania, jakim nas obdarzono.
W Polsce jest dosyć ludzi, którzy mogą tym dziełem pokierować – chociaż czasem się mówi, że brak wśród nas powszechnie akceptowanych autorytetów. Nikt z tych, którzy dzisiaj ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za przyszłość Polski, nie musi jednakże żądać od innych uznania dla swojego autorytetu osobistego, skoro dzięki Bogu jest i pozostanie z nami ten Autorytet, do którego w sprawach najważniejszych można się odwoływać bez wahania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl