Ścigaliśmy Papieża

Michał Kuźmiński z Wadowic, Karolina Deling z Częstochowy, Bartek Dobroch z Tyńca



W Wadowicach nikt nie miał wątpliwości, że Jan Paweł II przeleci nad rodzinnym miastem w drodze z Kalwarii. Przygotowali się na tę powietrzną wizytę starannie. – W gazetach pisali, że ma być o siedemnastej, ale to chyba za późno – zastanawia się Teresa Warchał, kioskarka z rynku. Na rynkowym trawniku Marek Brzezin stoi nad napisem ze styropianu „Kochamy Cię Ojcze Święty – Wadowice” i liczy, ile miejsca zostawić na literę „W”. Napis będzie dobrze widać ze śmigłowca. A dwie dziewczynki zastanawiają się, czy to tu wyląduje Papież.
Bo część wadowiczan liczyła po cichu, że jednak tak się stanie, chociaż ksiądz Jan Jarco z parafii przy Bazylice Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny zapewnia: – To, że nie będzie go wśród nas w Wadowicach, nie przeszkadza naszej radości. Trochę nadziei ma siedzący z przyjaciółmi na rynku Bartek, który śpiewał wczoraj w chórze na Błoniach. To ten sam chór, który w 1999 roku prowadził tu dialog z Papieżem. A rzecznik burmistrza Stanisław Kotarba zapewnia, że miasto jest na wizytę przygotowane. Przed udekorowaną flagami bazyliką stoi scena, na której ks. Jarco poprowadzi modlitewne spotkanie. Na rynku coraz więcej ludzi. Atmosfera trochę jak na festynie – rozmowy, lody, grzeje słońce. W głośnikach fragmenty przemówień Papieża – tych z Wadowic. Coraz więcej też dziennikarzy – jedna z ekip telewizyjnych siedzi przy kawiarnianym stoliku zastawionym kremówkami.
– Przygotowaliśmy dla mieszkańców cztery tysiące żółtych chust – mówi rzecznik Kotarba. – Kiedy Ojciec Święty zobaczy las machających rąk, na pewno się ucieszy, poczuje, że przyjechał do swoich.
Rozdawanie chust przebiega sprawnie. Są też flagi i chorągiewki. Próba machania wypada imponująco – na rynku, zdaniem pani burmistrz, jest 10 tysięcy ludzi. Proboszcz ks. prałat Jakub Gil czyta odezwę Ojca Świętego do swoich ziomków: „Zanim opuszczę ojczyznę, pragnę przynajmniej z helikoptera spojrzeć na moje rodzinne miasto i pobłogosławić jego mieszkańców”.
Wadowice śpiewają „Barkę”. I akurat wtedy, o 15.53, śmigłowiec wynurza się zza bazyliki. Plac faluje od powiewających żółtych chust, chorągiewek, a nawet bukietów kaczeńców. Helikopter leci nisko – dwieście, trzysta metrów nad wiwatującymi ludźmi. Zatacza powoli okrąg i znika za kamienicami. Wrzawa cichnie. „Mógł jeszcze jedno kółeczko zrobić” – mówi stojący obok sceny Stanisław Kotarba. I wtedy śmigłowiec pojawia się znowu. Entuzjazm powraca. Młodzieżowa orkiestra gra w fantastycznym rytmie swinga „Witamy Cię, Alleluja”.
W rzeczywistości Papież przeleciał nad Wadowicami tylko raz. Pozostałe helikoptery to papieska eskorta.
– Chyba każdemu zakręciła się łza w oku – mówi wzruszona pani Teresa. Czy Papież wróci do Wadowic? – Czy wróci jeszcze do Polski? – odpowiada pytaniem na pytanie. – Każdy ma nadzieję. Chcielibyśmy, żeby zaś przyjechał, żeby zaś było znowu tak wspaniale jak w 1999 roku.
Rynek nie pustoszeje. Wadowice śpiewają piosenkę sprzed trzech lat: „To są górskie okolice / To jest moje miasto, Wadowice / To jest wdzięczny śpiew rzeki Skawy / To jest dom mój ukochany...”. I patrzą w niebo – tam, dokąd odleciał helikopter.

Częstochowa w poniedziałek wierzyła i czekała. „To przecież takie ważne dla niego miejsce” – mówiono. Dlaczego nie miałby nagiąć planów? Krzysztof Jakubski mówi: – Nie chce mi się wierzyć, żeby tu nie zajrzał. W latach 80. byłem w obstawie tam, na Jasnej Górze i zdarzało się tak, że zmieniał plany, przylatywał do klasztoru. Ale to będzie cicha, prywatna wizyta.
Trzy licealistki, Ewa, Asia i Marta, zastanawiają się, kiedy najlepiej wybrać się na Jasną Górę. Także one są pewne przylotu Jana Pawła II. Bardzo chcą go zobaczyć. Co chcą usłyszeć? – Wystarczy, że nas pobłogosławi – odpowiadają.
Na Jasną Górę pędzi dwóch mężczyzn. Białe koszule, wypieki na twarzach. Są z Jasnogórskiej Orkiestry Dętej. – Kapelmistrz zadzwonił, że mamy przyjść, to idziemy. Może będzie okazja zagrać dla Papieża – mówi puzonista Zdzisław Broniszewski. 
Na dziedzińcu klasztoru kilometry kabli, kamery i mikrofony gotowe do pracy. Poza tym Jasna Góra wygląda jak zawsze: pielgrzymi w kolorowych chustach, zagraniczne wycieczki oprowadzane przez ojców paulinów, na Drodze Krzyżowej śpiew „Któryś za nas cierpiał rany...”. Ale coś wisi w powietrzu. Wszędzie słychać szepty: „Przyjedzie?”, „Przyleci?”, „Na pewno!”, „Mówili w telewizji”. 
Nagle zamknięte zostają wrota do kaplicy Matki Boskiej. Kolejne grupy pielgrzymów zawracane są z drogi do kaplicy. Tłum narasta. Starsza pani całuje głośno krzyżyk różańca i zaczyna się modlić. Druga kobieta próbuje zacząć rozmowę. – Przepraszam, bo ja się modlę, żeby lepiej było, i żeby przyjechał. 
Trzy Ślązaczki rozsiadły się na ławce pod parasolami. – Ciekawe, czy zajedzie? – głośno zastanawia się jedna. Druga z pewnością w głosie odpowiada: – Jak byliśmy na obiedzie, to siostra zakonna pado: „Zostuńcie, bo to jeszcze tak nie beło, co by On nie zajechał na Jasną Górę”. Może by księdza zapytoć? – Żaden nic nie wi, tela tylko, co i ty – mówi trzecia. – Co będzie, wie tylko Pan Bóg, a potem Papież – tłumaczy jeden z paulinów. 
Nagle poruszenie. Na klasztorny dziedziniec wkracza orkiestra dęta. Gra chwilkę, dostaje gromkie brawa. O 15.30 rozpoczyna się Msza za Ojczyznę. Część ludzi rezygnuje z czekania, a orkiestra przenosi się pod Dom Pielgrzyma. Tam przygrywa zmęczonym pielgrzymom czekającym od kilku godzin w pełnym słońcu na chwilę z Janem Pawłem II. Gra skocznie, wesoło. Po 17.00 kończy występ. 
Coraz liczniejsze grupy wiernych rozchodzą się do domów. Wielu jednak zostaje. Może chociaż przeleci nad miastem? Starsza kobieta siedząca na jednej z ławek, zapytana, czy nie żałuje, że Papież nie przyjechał, oburza się: – No wie Pani?! Przecież jest telewizja, więc Papież też będzie”. 

W ostatniej chwili okazało się, że Ojciec Święty odwiedzi opactwo benedyktynów w Tyńcu. – Mało to tu przyjeżdżał? – mówi 70-letni pan Stanisław. – Jeszcze jako kardynał zakładał narty i zjeżdżał przez las do klasztoru. 
Ale od jego ostatniej wizyty minęło już 25 lat. Teraz sprawił benedyktynom niespodziankę. – O wizycie dowiedziałem się z radia w czasie kazania w Kalwarii – mówi o. Leon Knabit. – Okazało się, że wszystko można załatwić natychmiast. Listę gości, ogrodzenia, kontrolę BOR-u. 
Dziedziniec zamknięto, więc oczekujący zgromadzili się na skrzyżowaniu poniżej klasztoru oraz wzdłuż trasy papieskiej kolumny. Nie było nawet czasu na ustawienie barier – drogę zabezpieczali własnymi plecami policjanci.
– To była szybka decyzja. Wszystkie drogi do Kalwarii były zamknięte, więc jesteśmy tutaj – Gosia i Marek z Warszawy właśnie ten dzień zarezerwowali sobie na spotkanie Ojca Świętego. – Warto było te kilkaset kilometrów przejechać dla tego momentu.
Miał być jedynie śpiew, modlitwa, wręczenie nowego wydania Biblii Tysiąclecia oraz albumu o Tyńcu. Tymczasem Papież okrążył jeszcze papamobilem dziedziniec, pobłogosławił zakonników, kucharki, ucałował dwójkę dzieci, a nawet wdał się w dysputę z o. Augustynem Jankowskim.
– Człowiek, który wie, że jest kochany, żyje w jakiejś innej przestrzeni – mówi o. Leon. – My dzisiaj naprawdę czujemy się kochani. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl