Wspólnota

Michał Okoński





Błonia, 18 sierpnia 2002. Za chwilę rozpocznie się Msza. Wśród trzech milionów pielgrzymów zapada cisza, bo – jak mówi prowadzący komentarz ks. Grzegorz Ryś – „Pan Bóg przychodzi do nas w ciszy”.




O tym, że wystąpi na Błoniach podczas oczekiwania na Ojca Świętego, Janka Ochojska dowiedziała się pod koniec maja. W ogrodach wydawnictwa Znak, podczas Dni Tischnerowskich, podszedł do niej ks. Ryś, odciągnął na bok i złożył „propozycję nie do odrzucenia”. Ten trzydziestokilkuletni historyk Kościoła na Papieskiej Akademii Teologicznej, autor niedawno wydanej książki „Celibat”, ma po raz drugi z rzędu prowadzić na Błoniach komentarz do Mszy. Tłumaczy, że podczas pielgrzymki poświęconej Bożemu miłosierdziu organizatorzy chcą pokazać miłosierdzie w wymiarze praktycznym; opowiedzieć czekającym na Papieża, że – jak mówił „Tygodnikowi” bp Kazimierz Nycz – miłosierdzie mają nie tylko wypraszać, ale i czynić. No i – dodaje ze śmiechem – ludzie nie mogą się podczas tych godzin na Błoniach nudzić: stąd zaproszeni goście, stąd na telebimach krótkie reportaże telewizji TVN24, stąd wreszcie co kilkadziesiąt minut wejścia na żywo reporterów radia Plus, podających najświeższe informacje o przebiegu papieskiego dnia.
Kiedy kilkanaście minut przed siódmą pojawiamy się przy ołtarzu, jest już po pierwszej tego dnia wpadce: zapowiedziany właśnie serwis radia Plus nie jest słyszalny przez głośniki. „Trudno, pójdzie trochę później” – nikt nie zamierza się tym denerwować. Radość, ale i spokój komentatorów (drugim jest ks. Bogusław Mielec, wychowanek Haliny Bortnowskiej z działającego w Nowej Hucie zespołu synodalnego, wykładowca teologii na PAT; śpiewem kieruje ks. Robert Tyrała) ma się udzielać zgromadzonym. Stąd także częste apele o cierpliwość, wyrozumiałość i współpracę ze służbami porządkowymi. „Witamy wśród nas pana komendanta policji – mówi ks. Ryś. – Powiedział, że jest poślednim komendantem, ale widać, że jest ogromnym komendantem (policjant przerasta komentatora co najmniej o głowę) i ma dla nas bardzo ważny komunikat”.

Próba

„Ucieszmy się, że jesteśmy Kościołem” – apeluje ks. Grzegorz na Błoniach. Mówi o tym jeszcze podczas piątkowej próby: że wszystko służy temu, aby trzy miliony ludzi poczuło się nie jak tłum, ale jak wspólnota. Przy ołtarzu trwa wciąż ożywiona praca: właśnie przyjechały dość niewygodne, najwyraźniej szkolne krzesełka, na których usiądą biskupi, dziesiątki wolontariuszy roznoszą do sektorów zgrzewki z wodą mineralną, purpurowe sukno, jakim wyłożony jest podest, przykrywa się na wypadek deszczu folią. Uczestnicy niedzielnego „czuwania” przyszli oswoić się z atmosferą. Przejęte są zwłaszcza siostry serafitki, które mają opowiadać o błogosławionej Sancji: księża komentatorzy żartami próbują wybić im z głowy pomysł, by w niedzielny poranek odpowiadały na ich pytania... z kartki.
Odchodzimy z księdzem Mielcem na bok. Co trzeba mieć, żeby zostać komentatorem? „Wielkiego pecha” – odpowiada ze śmiechem, ale potem mówi o własnych przygotowaniach, odwołując się do tekstu Janusza Poniewierskiego z sierpniowego „Znaku”: „»Tak jakby miała nas odwiedzić sędziwa babka, której chcemy sprawić przyjemność i oprowadzić ją po starych kątach, a nie prorok i świadek Ukrzyżowanego« – jak to przeczytałem, zacząłem się jeszcze więcej modlić, żebyśmy wszyscy wiedzieli, co z tym przyjazdem zrobić”.

Znaki

Mój rozmówca próbuje mi uświadomić, jak wiele pracy tysięcy ludzi składa się na tych kilkaset minut z Ojcem Świętym. Pracy nie tylko służb porządkowych, medycznych czy liturgicznych, księży roznoszących komunię i spowiadających, dziennikarzy, kościelnych fachowców od „biznesu”, którzy zapewnili choćby tę darmową wodę mineralną. Także ludzi odpowiedzialnych za oprawę ceremonii: żeby zarówno przygotowanie do liturgii, jak i sama Msza papieska zawierały maksymalnie wiele znaków, które mają mówić zamiast słów.
Jednym z nich jest oczywiście wybór osób, które uczestniczą w czuwaniu. Oprócz Janki, która mówi o powodzi w Czechach, odbudowie szkoły w Afganistanie i o tym, o czym powie później Papież – o „wyobraźni miłosierdzia”, są to m. in. o. Krystian Biernacki, jezuita, zajmujący się pracą z uchodźcami; Jan Mader z rodzinnego domu dziecka w Żmiącej k. Limanowej (przeprowadzili już, jak mówi, ponad 200 udanych adopcji); wspomniane siostry serafitki, opowiadające o kuchni dla bezdomnych w Oświęcimiu; s. Agnieszka Zaucha i Agnieszka Kąkol, rehabilitantki ze stacji Caritas w Gdowie, zajmujące się osobami przewlekle chorymi; ks. Tadeusz Zaleski z Radwanowic, o którym pisze na str. 8 Anna Mateja; Anna Litwora i ks. Andrzej Augustyński z krakowskiego centrum domu dla młodzieży „U Siemachy”.
Innym, jeszcze mocniejszym znakiem, ma być procesja z darami. Uczestniczą w niej m.in. Marianna Popiełuszko, matka Księdza Jerzego, niosąca monstrancję (jedyna, oprócz Papieża i kard. Macharskiego, która otrzymuje na Błoniach oklaski), oraz niosący kopię mogilskiego krzyża Andrzej Dedo, hutnik z Huty im. Tadeusza Sendzimira i działacz Towarzystwa Solidarnej Pomocy, prowadzącego aptekę darów i wypożyczalnię sprzętu rehabilitacyjnego. Są stypendyści Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, powołanej przez Episkopat do wspierania uzdolnionych gimnazjalistów z ubogich wiejskich rejonów Polski, o. Mieczysław Krąpiec z IX tomem Encyklopedii Katolickiej oraz abp Henryk Muszyński i ks. Stefan Dusza, dyrektor wydawnictwa Pallottinum, z długo wyczekiwanym nowym tłumaczeniem dokumentów Soboru Watykańskiego II.

Klucz

Siedzący za mną młody chłopak w dominikańskim habicie również wstaje podczas procesji darów. To ojciec Maciej Rusiecki, proboszcz z parafii św. Katarzyny w Petersburgu, w której sto pięćdziesiąt lat wcześniej pracował jako wikary ks. Zygmunt Szczęsny Feliński. Dominikanie znaleźli się tam pod koniec XVIII w., w 1938 r. świątynię zamknięto, ale w 1992 władze oddały ją Kościołowi i biskup znów powierzył parafię dominikanom. Budynek jest całkowicie zniszczony: na razie Msze można odprawiać w kaplicy. Przychodzą przede wszystkim Rosjanie: w niedzielę ok. 500 osób.
„Unikałem jak ognia dziennikarzy: pan jest pierwszy – mówi o. Maciej. – Przecież niosłem Papieżowi klucz do naszej świątyni, symbol – jak mówili niektórzy – otwarcia Ojcu Świętemu drzwi do Rosji. »Le Monde« pisał, że sama beatyfikacja arcybiskupa Felińskiego może wpłynąć na zaostrzenie stosunków między katolicyzmem i prawosławiem. Ale przecież Feliński nie miał nic wspólnego z prawosławiem, jeżeli – to z władzą rosyjską...”. O. Rusiecki mówi, że u niego „na dole” nie czuć konfliktu związanego z ustanowieniem diecezji katolickich w Rosji czy z wydaleniem ks. biskupa Mazura. A poza tym, że nie można jego pracy porównywać z tym, co dominikanie robią w Polsce: „Gdybym zaczął ich naśladować, natychmiast musiałbym spakować walizki i wracać. Moi bracia stąd nie mogą sobie np. wyobrazić, że w każdej parafii inaczej odmawiamy wyznanie wiary, bo nie ma ujednoliconych tekstów liturgicznych. Jak kto przetłumaczył, tak ma. Cały rytuał trzeba było tworzyć prawie od zera – nie było przecież liturgii po rosyjsku, a poza tym w porównaniu z prawosławną wygląda ona bardzo ubogo”.
Dlaczego Feliński został wyniesiony na ołtarze? Dominikanin opowiada raczej, jak szukał klucza do biografii arcybiskupa: „Zostałem proboszczem, objąłem podzieloną, skonfliktowaną parafię, i nagle czytam w internecie, że jakiś Feliński będzie beatyfikowany. Był wikarym w Petersburgu, został biskupem Warszawy, ale tam uważano go za zwolennika cara. W Powstanie się nie zaangażował tak, jakby tego oczekiwano. Mimo to został zesłany. Nie chciał się wyrzec arcybiskupstwa Warszawy – papież go odwołał. Do Warszawy nie mógł wrócić, mieszkał w Dźwiniaczce. Cały czas odrzucany, nawet teraz jakby nikt go nie chciał: na tydzień przed beatyfikacją nie znalazłem o nim żadnej informacji w warszawskiej katedrze, gdzie jest pochowany”.
O. Rusiecki sądził, że beatyfikacja będzie miała jakiś wymiar polityczny. Ale okazało się, że Papież mówi także o dziełach miłosierdzia arcybiskupa: „To jest kierunek, który nam wyznaczył”. Proboszcz z Petesburga myśli więc o zajęciu się kobietami chorymi na AIDS, o rozkręceniu przedszkola... „Bardzo poważnym problemem są bezprizorni, dzieci mieszkające w kanałach. Wiem jednak, że muszę znaleźć ludzi, współpracowników – Rosjan. Bo nie może się to opierać na klerze, a tym bardziej na obcokrajowcach...”.
A co przeżył podczas procesji? „Papież, do którego wcześniej napisałem list, przypomniał sobie o tym podczas chwili rozmowy i mnie pobłogosławił”.

Cisza

Słońce ledwo wzeszło, a Błonia są już niemal pełne. Z megafonów słyszymy apele o zwijanie karimat i śpiworów, by zrobić więcej miejsca wchodzącym, i o kierowanie się na polanę pod Kopcem Kościuszki i na Aleje Trzech Wieszczów, gdzie również ustawiono nagłośnienie. Zapobiegliwi, wbrew prośbom organizatorów, przyszli na Błonia już w sobotę wieczorem. Inni wybrali nocleg w otwartych na tę noc kościołach, w parkach, lub... na Rynku, gdzie kilkadziesiąt osób rozłożyło się na karimatach. Niektórzy nie spali w ogóle: w kościele św. Piotra i Pawła trwało całonocne czuwanie członków Ruchu Światło-Życie.
Około ósmej przy ołtarzu pojawiają się biskupi: jest ich ponad 150, w tym ponad stu z Polski. Dwunastu kardynałów. Na dziennikarskiej zwyżce poruszenie: do ostatnich godzin reporterzy przerzucali się plotkami na temat spodziewanego udziału w uroczystości abpa Juliusza Paetza, który ustąpił z urzędu Metropolity Poznańskiego w związku z zarzutami o molestowanie seksualne kleryków i księży. Arcybiskupa na Błoniach nie było.
W czasie zajmowania miejsc przez hierarchów trwają jeszcze przygotowania: między wyjściem z windy, którą wybudowano dla Jana Pawła II na tyłach ołtarza, a papieskim tronem, siostra zakonna usuwa odkurzaczem ostatnie pyłki. Kilka metrów dalej papieski ceremoniarz, biskup Piero Marini, instruuje kleryków, którzy będą podawali Ojcu Świętemu mikrofon i mszał. A na samym skraju podwyższenia ściskający w ręku zegarek i różaniec ks. Ryś mówi w nawiązaniu do wykonywanej właśnie pieśni („Kraków kocha cię...”), że będzie nam łatwiej kochać Ojca Świętego, jeśli... będziemy mieli nakryte głowy. Słońce jest coraz wyżej i rzeczywiście doskwiera na tyle, że wielu kapłanów decyduje się na owinięcie głów... stułą, a o. Krąpiec kryje się pod dominikańskim kapturem. Mimo to dowiadujemy się o kilkuset zasłabnięciach z powodu upału (służby medyczne interweniują także z powodu połamanych rąk i nóg, głównie ludzi, którzy z nadmiaru entuzjazmu wspinają się na barierki między sektorami).
Wreszcie z głośników słyszymy: „między nami jest Piotr”. Powiewają chorągiewki i chusty, schola oazowiczów śpiewa „Bądź pozdrowiony gościu nasz”, ludzie krzyczą „Kochamy Ciebie”, a papamobil rozpoczyna kilkunastominutowy przejazd między sektorami. Przejazd mozolny, bo w wielu miejscach droga po piątkowym deszczu jest nierówna i błotnista. Blisko tzw. sektora zerowego papamobil nagle staje, a komentatorzy apelują o zwrócenie twarzy w kierunku Jana Pawła II (to znak czasów: niektórzy machają chustkami w stronę telebimów). Chodzi o – jak napisze Halina Bortnowska – „dziwaczny, ale w gruncie rzeczy wzniosły pomysł, aby na jednym zdjęciu, a potem na stronach jednego albumu znalazły się razem wszystkie twarze czytelne, rozpoznawalne. Jakże znakomity suplement do »Polaków portretu własnego«. Tam jest wśród wielu twarzy narodu Karol Wojtyła jeszcze młody, o posturze atlety...”. Wzniosły pomysł jest równocześnie świetnym pomysłem marketingowym: można domniemywać, że wielu będzie takich, którzy kupią album, by na którejś ze stron odnaleźć w sąsiedztwie Papieża także swoją twarz.
(Pomysłów marketingowych było zresztą więcej: „Rzeczpospolita” rozdawała swój dodatek pielgrzymkowy jeszcze przed rozpoczęciem Mszy, a tuż po jej zakończeniu specjalny, dopiero co przywieziony z drukarni numer z relacją z Błoń kolportowała „Gazeta Wyborcza”).
Tymczasem Ojciec Święty, który podczas „rodzinnego zdjęcia” dyskretnie spoglądał na zegarek, podjeżdża pod prowizoryczną zakrystię. Za chwilę rozpocznie się Msza. Wśród trzech milionów pielgrzymów zapada cisza, bo – jak mówi ks. Ryś – „Pan Bóg przychodzi do nas w ciszy”.

Msza

Po pierwszym pozdrowieniu wiernych przez Papieża głos zabiera kard. Franciszek Macharski: „Z przeogromną radością i wdzięcznością dla Dobrego Boga – także za to, że po trzech latach patrzymy nie na Franciszkańską, ale na ten ołtarz Słowa i Eucharystii, przy którym jest Ojciec Święty – chcemy teraz trwać w wierności i miłości – tak jak w tamtej trudnej godzinie próby”. „Chcemy Cię słuchać!” – dopowiadają sektory.
Następnie Prymas prosi Papieża o beatyfikację abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, ks. Jana Balickiego, o. Jana Beyzyma i s. Sancji Szymkowiak. Biogramy kandydatów na ołtarze czytają biskupi diecezji, z których pochodzili – metropolita warszawski kard. Glemp, metropolita przemyski abp Michalik, metropolita krakowski kard. Macharski i metropolita poznański abp Gądecki. Po wygłoszeniu przez Ojca Świętego formuły beatyfikacyjnej, odsłaniają się obrazy nowych błogosławionych (brzydkie, jak to obrazy beatyfikacyjne), a na ołtarz wnoszone są ich relikwie. Chór śpiewa antyfonę ku czci „Twoich sług Zygmunta, Jana, Sancji i Jana”. Liturgię słowa rozpoczyna pierwszym czytaniem Elżbieta Jastrzębska z Towarzystwa Przyjaciół Trędowatych, wspierającego indyjski ośrodek pomocy trędowatym w Jeevodaya i podobny ośrodek w Maranie na Madagaskarze, nawiązujący do tradycji bł. Jana Beyzyma.
Homilia... jej czytanie sprawia Papieżowi wyraźny wysiłek: po raz pierwszy podczas tej pielgrzymki decyduje się na dokonanie znaczących skrótów. Mam poczucie, że większość jutrzejszych komentarzy skupi się na „misterium nieprawości”, „różnych siłach” i „hałaśliwej propagandzie liberalizmu”. Już po zakończeniu Mszy politycy Ligi Rodzin Polskich twierdzą, że Papież sprzeciwił się integracji europejskiej. „Nie, nie można tego tak rozumieć” – powie Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej pewne „dobrze poinformowane źródło watykańskie”.

Zboże

Ja rozmawiam przede wszystkim z działaczami społecznymi. Kuba Wygnański z Forum Inicjatyw Pozarządowych mówi, że cały wątek krytyki liberalizmu i współczesności przeszedł mu wysoko nad głową, a sam czuje się „na nowo ustawiony”: „Okazało się, że dylemat, jaki przeżywałem w ostatnich miesiącach, był głównym tematem papieskiej refleksji. Po z górą dziesięciu latach obserwowania beznadziejności i niewspółmierności własnych działań, zacząłem się zastanawiać, czy sposób, w jaki pracujemy w organizacjach pozarządowych, ma sens. Czy nie trzeba szukać innych rozwiązań, np. politycznych. A Papież powiedział o konieczności osobistego zaangażowania; o tym, że każdy może coś zrobić. Znaczy się, trzeba robić dalej”.
„Wszędzie, gdzie dzieje się dobro, wprowadza się w jakiś sposób Pana Boga – wtóruje o. Hubert Matusiewicz, wicedyrektor Caritas Polska. – Przypomniał to Ojciec Święty, mówił o tym św. Jan Boży, założyciel bonifratrów, mojej rodziny zakonnej: jeżeli się czyni dobro, odkrywa się Boga wszędzie tam, gdzie się wydaje, że go nie ma i być nie może. Dla współczesnego świata, tak bardzo sfrustrowanego – sami ciągle utyskujemy, a z drugiej strony jesteśmy bombardowani informacjami o najróżniejszych przejawach zła – dzisiejsze przesłanie Ojca Świętego może być sygnałem, że tę rzeczywistość można zmieniać w bardzo prosty sposób: przez gesty miłości, które są w zasięgu każdego z nas”.
Ojca Matusiewicza pytam przede wszystkim o poruszoną przez Papieża w homilii kwestię „szlachetnej inicjatywy” skupu nadwyżek zboża, aby można było je przekazać głodującym w Afryce. Wszystko zaczęło się od reportażu Katarzyny Kolendy-Zaleskiej w głównym wydaniu „Wiadomości”, potem w archidiecezji katowickiej podczas dwóch czerwcowych niedziel zebrano 450 tys. zł, ale sprawa ugrzęzła: żeby organizacje pozarządowe mogły przejąć zboże z państwowych magazynów, potrzebna jest zgoda rządu. „Są takie etapy w przygotowywaniu wspólnych projektów, które z konieczności są ciche – mówi wicedyrektor Caritas. – Ale kilka razy w tygodniu spotykamy się w gronie trzech organizacji: Caritas, Polska Akcja Humanitarna i Federacja Banków Żywności, żeby przygotować projekt, który stałby się podstawą dla podjęcia decyzji przez Radę Ministrów. Wszystko wskazuje na to, że skończymy prace w sierpniu, by zdążyć przed pierwszym wrześniowym posiedzeniu rządu”. Po wypowiedzi Papieża będzie oczywiście łatwiej...

Oaza

Przed zakończeniem Mszy i modlitwą Anioł Pański zaczyna się wielkie święto Ruchu Światło-Życie. Oazowiczów jest tu ponoć ok. 40 tys., czyli ponad połowa z około 70 tys. uczestników ruchu. Nie wszystko udało się o nim powiedzieć wcześniej: Krzysztof Jankowiak, rzecznik Ruchu, żałuje, że podczas porannej rozmowy z ks. Rysiem nie zdążył już wspomnieć o lubelskiej „Odwadze”, grupie wsparcia dla osób homoseksualnych, która działa właśnie pod skrzydłami Oazy.
Po zakończeniu skierowanego przede wszystkim do oazowiczów przemówienia, schola zaczyna śpiewać „Barkę”. Przy ołtarzu powstaje drobne zamieszanie: Papież, już odwożony w kierunku windy, zatrzymuje się i prosi, żeby podano mu mikrofon. „Chciałem powiedzieć na zakończenie, że właśnie ta oazowa pieśń wyprowadziła mnie z ojczyzny przed 23 laty. Miałem ją w uszach, kiedy słyszałem wyrok konklawe. I z nią, z tą oazową pieśnią nie rozstawałem się przez wszystkie te lata. Była jakimś ukrytym tchnieniem Ojczyzny. Była też przewodniczką na różnych drogach Kościoła i ona przyprowadzała mnie wielokrotnie tu, na te krakowskie Błonia pod Kopiec Kościuszki. Dziękuję Ci, pieśni oazowa!”. 
Wybuch entuzjazmu, życzenia „stu lat”, wreszcie Jan Paweł II może kontynuować: „Dziękuję wam Błonia krakowskie za waszą gościnę wielokrotną i tę dzisiejszą. Bóg zapłać! Chciałbym dodać – i do zobaczenia. Ale to już jest całkowicie w Bożych rękach”. Tłum skanduje: „Do zobaczenia”, „Zostań z nami!”, oraz „Wadowice oczekują!”. Papież odpowiada: „Pozostawiam to bez reszty... – chwila pauzy – Bożemu Miłosierdziu”. 
On odjeżdża, my zostajemy na Błoniach jeszcze przez kilkadziesiąt minut: chodzi o to, żeby sektory opuszczać stopniowo. Ksiądz Mielec błaga ludzi, którzy wdrapują się na opustoszałą już zwyżkę dziennikarską, żeby zeszli, bo konstrukcja może runąć pod ich ciężarem. Wkrótce kompletnie traci głos i zastępuje go ktoś inny. Postanawiam nie czynić puentą tekstu dostrzeżonego właśnie transparentu: „Św. Andrzeju Bobolo, patronie Polski, przed masońską Unią Europejską obroń nas!”. Tym bardziej, że napotkany właśnie profesor Władysław Stróżewski mówi o zupełnie nowej propozycji papieskiej: jak ją nazywa, „globalizacji ducha”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl