Dobre dni

Józefa Hennelowa



Poniedziałek 19 sierpnia, godzina poranna. Jan Paweł II jest jeszcze z nami, zaraz wyjedzie do Kalwarii Zebrzydowskiej, i tylko o nim i o tych dniach z nim przeżywanych chciałoby się myśleć, rozmawiać i pisać.
Ale radio podało właśnie wiadomość, że w wypadku samochodowym zginął Marek Kotański, twórca Monaru i tylu innych dzieł pomocy wykluczonym. 




Wczoraj na Błoniach podarował nam Papież czworo błogosławionych, którzy w innych czasach i innych warunkach byli tym, czego dziś oczekuje od nas: ludźmi mającymi „wyobraźnię miłosierdzia”, tego miłosierdzia świadkami. Marek Kotański robił to jeszcze do wczoraj, stał z nimi w tym samym szeregu. Nigdy nie wygłaszał pięknych kazań i nie powoływał się na wielkie słowa, a także nie rozdawał żadnej jałmużny z wysoka. Pomagał odbudowywać życie tym, którzy mieli je zniszczone – także z własnej winy. I stał przy nich wiernie, solidarny, nieubłagany w upominaniu się o ich prawa. Bardzo wiele zniósł od tych, którym się nie podobał. Nie mam pojęcia, czy Kościół zgodziłby się uszeregować go obok swoich „świadków miłosierdzia”, ale myślę, że dzisiaj w Polsce najnaturalniejszą rzeczą jest zobaczyć go tuż obok Jana Beyzyma, który u końca dziewiętnastego wieku wybrał obecność przy ludziach nie tylko wykluczonych, ale budzących wówczas strach pomieszany ze wstrętem. I że teraz ojciec Beyzym natychmiast do niego się przyzna.
A powracając do myśli zawartej w tytule, chciałabym przyznać się do niewiedzy, która mnie uwiera i która tylko częściowo chyba jest zawiniona. Bo pielgrzymka Jana Pawła II, opatrzona hasłem „Bóg bogaty w miłosierdzie” i będąca wielkimi rekolekcjami uczącymi nas o tym najważniejszym odniesieniu Boga do człowieka, odniesieniu, które jest źródłem naszej nadziei w najtrudniejszych nawet doświadczeniach i zagrożeniach, ta pielgrzymka niosła nieustanne wezwanie o „świadków miłosierdzia” właśnie. Wołał o nich Papież w imieniu ludzi, którzy cierpią: nędzę albo niedolę trudnej egzystencji, brak bezpieczeństwa i bezradność, ale i obciążenie winami. Szukałam więc we wszystkich informacjach o kolejnych uroczystościach pielgrzymkowych znaków ich obecności wśród uczestników spotkań z Papieżem: tych kameralnych, rodzinnych niemal, i tych najbardziej masowych. Z trudnością wyczytałam, że na Błoniach był gdzieś (daleko?) sektor niepełnosprawnych, a może nawet dwa. Nie wiem, kto w nim był. Nie mogłam się dopytać o wielu „świadków” właśnie, którzy razem ze swoimi „odrzuconymi” mogli byli przybyć do Papieża z różnych wspólnot pomocowych w Polsce. Także i z Monaru, ale nie tylko przecież. Nie dostrzegłam ich wśród składających dary podczas Mszy w Łagiewnikach i na Błoniach. Ale co gorsza, żadne media nimi się nie zajęły: mnóstwo znanych osób wypytywanych było o komentarze do uroczystości, do słów Papieża, do wyjątków należało zaproszenie przed kamery społeczników, ale prawdziwymi nieobecnymi byli ci wszyscy, w których imieniu przemawiał Papież i patroni, podnoszeni w niedzielę do chwały błogosławionych. Jeśli to wina mojej nieuwagi, proszę o sprostowania. Myślę jednak, że sam fakt, iż dopiero szukać trzeba takich akcentów, jest dotkliwym sygnałem naszego braku „wyobraźni miłosierdzia” właśnie.
A dlaczego dni papieskie, dziś kończone, są „dobre”? Bo przenikają je same dobre przeżycia ludzkie, od wzruszenia tych wybranych, którzy w różny sposób mogli znaleźć się blisko albo oglądać uwieńczenie swoich marzeń, planów i starań, takich jak np. sanktuarium w Łagiewnikach czy zakończenie procesów beatyfikacyjnych, aż po najdalszego z pielgrzymów szczęśliwych, że Jan Paweł II przejechał obok nich albo modlących się z nim razem o kilometry od ołtarza na Błoniach. Wszystkie nasze przeżycia były dobre: i uniesienie modlitewne, i czysto rodzinna duma, i satysfakcja ze starań organizacyjnych i służb porządkowych, gdziekolwiek były potrzebne, i radość z bycia razem bez jakiejkolwiek agresji, bez poczucia już nie to, że zagrożeń, ale także i bez poczucia obcości. 
Polakom podarowane zostało, po czasie pełnym frustracji i napięć, destrukcyjnych wiadomości i lęków, utajonych agresji i coraz nowych powodów do stresów (prawdziwych i sterowanych), kilkadziesiąt wspaniałych godzin wyłącznie dobrych. Dzięki Janowi Pawłowi przede wszystkim, od samej jego obecności poczynając, aż po wszystkie kolejne słowa – ale także dzięki temu, że zachował się w nas, czasem dość głęboko albo szczątkowo, ale jednak żywy posiew braterstwa kiedyś obudzonego. A może dla wielu kiełkował on teraz po raz pierwszy, bo wcześniej nie było okazji?
W tym sensie także rodzinność pielgrzymki tegorocznej, trochę tu i tam krytykowana jako niewłaściwe spojrzenie na te wielkie dni, moim skromnym zdaniem ma swoją wielką wartość. Ależ tak, Jan Paweł II podróżował do drogich sobie miejsc, kościołów i kątów, i przeżywał tam wzruszenia, o których nawet chciał nam powiedzieć, tak jak o drewniakach z kamieniołomu czy o piosence „Barka” (którą zresztą natychmiast uznaliśmy za rdzennie polską). Zobaczył wielu bliskich sobie ludzi i może to także mu dodało trochę sił. Tak jak żywiołowy entuzjazm i żar milionów na Błoniach czy stłoczone szpalery czekających na niego przy przejazdach. To dobrze, że liczyła się każda nasza ulga, iż po godzinach spotkania jest mniej zmęczony niż się obawialiśmy, że uśmiecha się, że wychodzi znowu do okna na Franciszkańskiej. 
I właśnie sąsiadowanie tego wymiaru rodzinnego z perspektywami globalnymi papieskich wizji i modlitw podczas tegorocznej pielgrzymki, takich jak apel o naśladowanie miłosierdzia Boga przez nas wszystkich, a zwłaszcza jak zawierzenie w Łagiewnikach całej ludzkości dwudziestego pierwszego wieku Miłosiernemu Stwórcy, może sprawić, że siane z taką hojnością ziarno nie padnie obok drogi ani na skałę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl