Może następnym razem

Ks. adam boniecki




Oczekiwana, w mediach poprzedzona wielką retrospektywą dawnych spotkań Papieża z Polską, wizyta Jana Pawła II dobiegła końca. Kraków, a z pewnością nie tylko Kraków, przez cztery dni żył w atmosferze święta. Święto dobiegło końca i zaczęła się codzienność.




Polacy czekali na spotkanie. Oczywiście, jak powiedział w pożegnalnym przemówieniu Prymas, Polacy mają swój własny „model słuchania”: papieskie słowa docierają i po trosze przynoszą owoce. Polska dziś jest inna niż podczas pierwszej wizyty. Inna, trudniejsza, co nie znaczy gorsza. Wnikliwy obserwator i wytrawny kronikarz wszystkich papieskich podróży Luigi Accatoli, zapytany przeze mnie o wrażenia, powiedział o liczbie uczestników Mszy św. na Błoniach: że było to dla niego zaskoczenie. Nie ma – powiedział – komunizmu, nie ma granic, polski Papież nie jest już nowością. Znaczy to, powiedział Luigi, że dialog Polaków z Ojcem Świętym jest głęboki. To było upragnione spotkanie. Dlaczego tak upragnione? Odpowiedź zostawiam każdemu. Ale iść na Błonia, wiedząc, że będzie „tylko” Msza św. i kazanie, że ołtarz będzie daleko, że trzeba będzie godzinami stać w upale, a potem na zmęczonych nogach wędrować kilometry całe do domu lub do autobusu... Albo te spotkania jak u św. Floriana, gdzie wiadomo było, że będzie trwało kilka minut, że Papież nic nie powie, a tysiąc ludzi czeka na niego trzy godziny na kościelnym placu. A tłumy na trasie, a Msza św. w Kalwarii, gdzie Papieża można było zobaczyć tylko na telebimie, nawet spotkania pod oknem, gdzie mniej chodziło o słowa, bardziej o obecność... Nie chcę być patetyczny, lecz słowo „miłość” jest tu chyba jedynym kluczem. Miłość tych, co go kochają, ale także jego miłość do ludzi, widoczna we wszystkim, co robi.

 

*

Upraszczając można wskazać cztery wymiary pielgrzymki, wiążąc je z kolejnymi wydarzeniami. Wymiar światowy – Łagiewniki, wymiar polski – Błonia, wymiar krakowski – Kalwaria i wymiar prywatny, nie sentymentalny, ale „okazja do wielu wspomnień i refleksji”. Te wymiary mieszały się i łączyły.

Wymiar światowy zapowiedział Jan Paweł II zaraz po przyjeździe. Przyjechał – było to wyraźnie powiedziane – by konsekrować kościół w Łagiewnikach. W zamyśle Papieża nie chodziło jednak o jeszcze jeden kościół, chodziło o „świątynię, która się staje światowym centrum kultu Chrystusa Miłosiernego”. Przez dwa wielkie przemówienia, w Łagiewnikach i na Błoniach, wciąż przewijała się jedna myśl: odpowiedzią na udręki nękające ludzkość, na pytania i wyzwania dzisiejszego świata, jest „miłosierdzie Boże, znajdujące swe odzwierciedlenie w miłosierdziu ludzi”. To przesłanie jest trudne. Trudno bowiem pokazać, jakie od spraw i problemów bardzo ludzkich jest przejście do rzeczywistości Pana Boga, jak z Bożym miłosierdziem pogodzić okrucieństwo świata, jak – naśladując miłosierdzie Chrystusa – rozwiązywać ogromne problemy strukturalne.

A może chciał zakłócić błogie przekonanie, że jeśli tylko sprawiedliwości staje się zadość – problemy zostają rozwiązane. Wystarczy winnych karać (nawet śmiercią!), pracownikom płacić według zasad wolnego rynku, zarabiać uczciwie i premiować przedsiębiorczość, słabych, którzy nie potrafią sprostać wymaganiom czasu, zepchnąć na margines. Papież chciał powiedzieć, że świat musi odkryć miłosierdzie, które ludzkim sprawom przywraca ludzki wymiar. Nazwał to „wyobraźnią miłosierdzia”, co oznacza zmiany w całym systemie, który się obraca przeciwko człowiekowi. Jak? Tu można by przytoczyć znaczne fragmenty pożegnalnego przemówienia Prezydenta. O wprowadzeniu miłosierdzia w mechanizmy życia społecznego Aleksander Kwaśniewski mówił tak, jakby to było całkiem oczywiste; powiedział dokładnie to, co powiedzieć było trzeba.

Zafascynowany dynamizmem, z jakim się szerzy orędzie świętej siostry Faustyny, Jan Paweł II chciał powrócić do źródeł i dlatego w Łagiewnikach, nie w Watykanie, dokonał uroczystego aktu zawierzenia świata Bożemu miłosierdziu. Czy ten akt zmieni oblicze świata? Odpowiedź wymyka się ludzkim słowom i miarom.

Wymiar polski. W Łagiewnikach Papież wyznaczył Polsce misję głosiciela miłosierdzia. Nie poprzestał na tym. Uznał, że „Polacy zagospodarowują odzyskaną wolność, że kraj zmierza odważnie ku nowym horyzontom rozwoju”, wyraził przekonanie, że „polskie społeczeństwo znajdzie właściwe sobie miejsce w strukturach Wspólnoty Europejskiej i nie tylko nie zatraci własnej tożsamości, ale ubogaci swą tradycją ten kontynent i cały świat”, czyli że nie należy się lękać. Znamienne, że o integracji powiedział dopiero na samym końcu wizyty, po wskazaniu nam naszych mocnych stron. Ale także ostrzegł przed „różnymi siłami”, które kierując się „fałszywą ideologią wolności starają się ten teren zagospodarować dla siebie”. I dalej: „Kiedy hałaśliwa propaganda liberalizmu, wolności bez prawdy i odpowiedzialności nasila się również w naszym kraju, pasterze Kościoła nie mogą nie głosić jednej i niezawodnej filozofii wolności, jaką jest prawda Krzyża Chrystusowego”.

Ten fragment już stał się przedmiotem sporów. Wskazanie dane pasterzom, braciom w biskupstwie, premier zinterpretował np. jako poparcie dla interwencjonizmu państwowego, inni jako krytykę wolnego rynku. Tymczasem istotne w tym tekście są słowa o „wolności bez prawdy i odpowiedzialności”. Liberalizm, rozumiany jako odrzucenie wszelkich stałych zasad (prawdy), zwalniający z odpowiedzialności i forujący silnych, traktujący skuteczność i sukces jako ostateczne i jedyne kryteria wartości, jest chorobą „dzikiego kapitalizmu”. Papież wzywa, by się przyjrzeć, jakiej wolności naprawdę chcemy i by zdać sobie sprawę, co z tego wynika.

Był jeszcze jeden ważny przekaz dotyczący Polski: niezwykła wprost apoteoza ruchu Światło-Życie – „Oaz”. Takie rzeczy u Papieża nie dzieją się przypadkiem. Spośród tak wielu nowych ruchów (Jan Paweł II bardzo je przecież ceni), z których niemal wszystkie przyszły do Polski z zewnątrz, jego uwaga skupiła się na tym jednym, rodem z Polski. Jakby jeszcze raz chciał rodakom powiedzieć: stać nas na rzeczy wielkie! Nauczcie się cenić to także, co rodzi się na tej polskiej ziemi. Nie wiem, czy było to zamierzone, ale taka była wymowa.

Wymiar krakowski przenikał, oczywiście, całą podróż, ale szczególnie mocno ujawnił się w Kalwarii Zebrzydowskiej. Jeszcze jako biskup, Karol Wojtyła uczynił z niej centrum duchowe archidiecezji. Tam zapraszał młodzież, tam gromadził kapłanów, tam zapraszał na pielgrzymki mężczyzn. I sam tam chodził się modlić. Dopełnieniem tego wymiaru były niespodziewane wizyty w klasztorach kamedułów na Bielanach i u benedyktynów w Tyńcu. Jakby chciał powiedzieć, że Kraków na swoich obrzeżach ma dwa potężne ośrodki duchowości, z których on sam czerpał, kiedy tu przebywał.

Także wymiar osobisty przenikał wszystko. Ostrzeżenia organizatorów, by z papieskiej pielgrzymki nie zrobić podróży sentymentalnej, okazały się zbędne. Wspomnienia okazywały się często punktem wyjścia do refleksji ogólnych i ważnych. Także wielkie sprawy dawały okazję do wprowadzania akcentów bardzo osobistych. Kiedy w pięknej modlitwie Jan Paweł II powierzał Polaków Matce Boskiej Kalwaryjskiej, powierzył Jej siebie, prosząc, by „wyprosiła mu siły ciała i ducha, by wypełnił do końca swą misję, którą mu zlecił Zmartwychwstały”. W ten sposób dał odpowiedź tym, którzy rozpowiadali, że w Polsce zrzeknie się urzędu i zostanie. Wątek osobisty to była długa modlitwa w katedrze – dla Papieża rzecz zwyczajna, dla telewizji zaskoczenie absolutne, to były żarty z okna, odwiedziny miejsc związanych z młodością, cmentarz i tak dalej, i tak dalej.


*

Kiedy wyjechał, godzi się zapytać o przesłania tej pielgrzymki. Pierwszym jest wielka i bynajmniej nie prosta sprawa miłosierdzia. Czy naprawdę chodzi tylko o otwarcie serca ludzi zamożnych na potrzeby biednych? Czy miłość w rodzinie zawsze pozwoli przetrwać wszystkie trudności? Czy wyrzuconym na bruk wystarczy dach nad głową? Te sformułowania z modlitwy do Matki Boskiej Kalwaryjskiej budzą pytanie: czy wystarczy?

Są też wskazania bardzo jasne. Dla Polski i dla Kościoła w Polsce – jedność. Także w kalwaryjskim przemówieniu-modlitwie jest mowa o „jedności wiary, jedności ducha i myśli, jedności rodzin i jedności społecznej” . I prośba do biskupów, by „prowadzili ten Kościół jedną i prostą drogą do bram królestwa”. Jedną i prostą!

I przesłanie nadziei. Ten Papież, który w Kalwarii czy dzień wcześniej u św. Floriana prosi o modlitwę za siebie po śmierci – taka prośba w ustach starszej, kochanej osoby zawsze wywołuje przygnębienie – kilka godzin później gestem i wyrazem twarzy daje poznać, że jest gotów przyjąć następne zaproszenie (na poświęcenie Świątyni Opatrzności Bożej). Tych zaś, których nie spotkał, pogodnie zapewni „może następnym razem”. Któryś z zachodnich dzienników napisał, że Jan Paweł II chciał w Polsce za wszelką cenę przekonać, że jest młody. Tak napisać mógł ktoś, kto nic podczas tej wizyty nie widział. Bo Jan Paweł II pokazał, nie tylko „chciał pokazać”, jak się walczy ze słabością i jak należy iść i patrzeć w przyszłość do końca. Tym może najbardziej nas pokrzepił i umocnił, i to zrozumieć mogli wszyscy, jeśli tylko chcieli.

To „może następnym razem” upoważnia do wskazania tych elementów, których zabrakło z przyczyn trudnych do zrozumienia. Nie umiałem np. odpowiedzieć na pytanie Piotra Cywińskiego, czemu na Błoniach nie zebrano tacy dla powodzian w Czechach, na Słowacji, w Niemczech... Na Błoniach dwa i pół miliona ludzi... miłosierdzie i nic. Nie wiem, co powiedzieć prawosławnym, którzy w tym czasie na Grabarce obchodzili jedno ze swoich największych świąt. Czekali na jakiś znak i znak nie przyszedł. Oczywiście taka pielgrzymka to gigantyczne zadanie organizacyjne, dołączenie czegoś w ostatniej czy przedostatniej chwili nie zawsze jest możliwe, ale jednak szkoda. Szkoda też, że z papieską pielgrzymką musi się łączyć prawdziwa eksplozja kiczu. Teksty pieśni i piosenek, które z okazji papieskich nabożeństw słyszałem, są przerażające. Nie mówiąc o niektórych malowidłach.

Spuśćmy jednak na to zasłonę miłosierdzia. Mimo ludzkich słabości ta podróż była wyjątkowym darem, przede wszystkim jako obecność i świadectwo. I wyzwoliła w nas wiele dobra. Nawet jeśli tylko na cztery dni, to już dużo. Nigdzie nie zauważyłem pijanych (w czasach PRL-u bywali także w czasie papieskich wizyt). Czy to znaczy, że inaczej niż wtedy traktujemy zarządzenia, które nie muszą ex definitione być nieszczęściem, ale propozycją ładu, przyjętą z przekonaniem?

Czas pielgrzymki to był czas świętowania i trudno, żeby np. ci spod okna na Franciszkańskiej byli nagle cicho. Teraz, kiedy świętowanie się skończyło, powinniśmy się nad tym, co się wydarzyło, zadumać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl