Nowi błogosławieni: Siostra Sancja Janina Szymkowiak


Chrząszcz, dziwak i anioł dobroci

Marcin Przychodniak



Dlaczego właśnie Sancja? Bo całkowi cie i – powiedziałby ktoś – ślepo poświęciła się Bogu. Czy jednak inne siostry nie zachowywały się podobnie? Co tak „zwyczajnie niezwyczajnego” było w życiu Janiny Szymkowiak? 
Każda historia musi mieć początek. Najlepiej żeby tonął w mroku dziejów. Ta opowieść ma początek, bynajmniej jednak nie mroczny: Janina Szymkowiak urodziła się 10 lipca 1910 r. we wsi Możdżanów koło Ostrowa Wielkopolskiego (zabór pruski).

Niezwyczajna dziewczynka

Była jedyną córką wśród pięciorga rodzeństwa. Ojciec, Augustyn Szymkowiak pracował jako leśnik. Matka, Maria z Duchalskich zajmowała się domem i dziećmi. Rodzina mieszkała w nadleśnictwie, położonym daleko od wsi, zamieszkanej w większości przez Niemców, ewangelików. Taka izolacja ułatwiła wychowywanie dzieci w patriotycznym duchu. Zbigniew, brat Janiny wspominał: „Matka, szyjąc lub cerując, zapoznawała nas z literaturą i historią Polski, uczyła nas pieśni patriotycznych”. Siostra Cecylia ze Zgromadzenia Sióstr Serafitek w Poznaniu dodaje: „W tamtej okolicy silny był kult św. Małgorzaty. To musiało wywrzeć wpływ na młodą Janinę. W jej domu patriotyzm ściśle łączył się z religią”.
Janina uczęszcza do żeńskiego gimnazjum w Ostrowie Wielkopolskim. W szkole zapisuje się do kółek religijnych, wstępuje w szeregi Sodalicji Mariańskiej, działa w Stowarzyszeniu św. Wincentego á Paulo. Ze wspomnień szkolnych koleżanek i nauczycieli wyłania się obraz osoby niemalże nieskazitelnej. Janinę nazywano „chrząszczem”, pisano o niej: „Chrząszczyk, choć malutki, przykład wszystkim daje, lekcji nie odpisze, oszukaństwa łaje”. Jedna ze szkolnych koleżanek: „Miała swoje zdanie i zazwyczaj trwała przy nim”. W gimnazjum kończy się okres młodzieńczy w życiu Janiny: później zawsze będzie „starsza” od rówieśników. I zawsze będzie kierować się zdaniem, umieszczonym na tablicy informacyjnej przy kościele św. Rocha w Poznaniu: „Tylko Bóg się liczy, wszystko co na świecie się nie liczy”.
Maturę zdała dobrze, choć bez wyróżnienia. W nagrodę rodzice kupili jej prezent – piękną balową suknię na bal maturalny. Janina na bal poszła, ale po powrocie oświadczyła matce, że sukni nosić nie będzie. Egzamin dojrzałości i historia z suknią są symbolem zamknięcia w jej życiu pewnego etapu. 

Niezwyczajna studentka

Janina rozpoczyna – choć matka wolała, by została w domu, wyszła za mąż i wychowywała dzieci – studia prawnicze, ale wkrótce przenosi się na filologię romańską. Jest niezwykle pracowitą i dokładną studentką: chodzi również na zajęcia z języka angielskiego, na wykłady z filozofii i pedagogiki. „Była po prostu prawdziwą Wielkopolanką” – tłumaczy siostra Cecylia. Kierowała się zasadą: „Wszystko, co robię, robię dla Jezusa”, starając się niemal przy każdej czynności zachowywać tak, jak wydawało się jej, że On chciałby. Była uczynna, gotowa do wysłuchania innych: „Doznałam od niej wiele wsparcia i otuchy” – wspomina jedna z koleżanek.
Na studiach nadal działa w Sodalicji Mariańskiej. Pracuje głównie wśród najuboższych, w dzielnicy Poznania zwanej wtedy „Wesołym Miasteczkiem”. „Pytałyśmy starszych mieszkańców, jaką część miasta tak właśnie nazywano – opowiada siostra Cecylia. – Twierdzili, że to najprawdopodobniej Wilda”. Ta poznańska dzielnica nawet dziś cieszy się złą sławą: kamienice z XIX wieku, bramy z drewnianymi wierzejami, rzędy drugich i trzecich podwórek. Osiedlali się tam ludzie z okolic miasta. Niewiele z wolontariuszek Sodalicji odważyło się pójść do „Wesołego Miasteczka”. „Praca była niełatwa, bo tam był różny element – wspominają. – Niektóre koleżanki, które widziały wąziutkie przejście między dwoma murami, zawsze mroczne, wieczorami zupełnie ciemne, twierdziły, że za nic w świecie by tam nie weszły”.
Dla Janiny istnieje tylko nauka i modlitwa: poświęca im każdą wolną chwilę. Nie interesuje jej życie towarzyskie: zapamiętano jej zdziwienie, gdy usłyszała, że jedna z koleżanek była na studenckiej zabawie. Gdy sekretarka Dziekanatu Wydziału Humanistycznego zobaczyła Janinę – studentkę z długimi czarnymi włosami, najczęściej splecionymi w długie, sięgające do pasa warkocze, ubraną skromnie i poważnie – zawołała: „Co ty dziecko robisz na tym świecie? Twoje miejsce jest w klasztorze!”.
Czy była lubiana? Raczej tak. Koleżanki z roku często się jej radziły, szanowały, ale traktowały raczej jak osobę starszą, bardziej od nich życiowo i duchowo doświadczoną. Jedna z koleżanek opowiada też taką anegdotę: „Pewna studentka wróciła z Włoch z utlenionymi włosami i odważnym makijażem. Wiele z nas odsunęło się wtedy od niej. Janka powiedziała: »Co się dziwicie, przecież Włochy to kraj artystów i malarzy«. Podeszła do niej i serdecznie się przywitała”.

Niezwyczajna nowicjuszka

Na piątym roku filologii romańskiej Janina wyjechała do Francji. „Do zdania pozostały jej jeszcze dwa egzaminy, kiedy wyjechała szlifować język” – opowiada siostra Cecylia. Zaprosiły ją siostry oblatki z Montlucon. „Odbyłam pielgrzymkę do Lourdes, zadecydowała ona o całej mej przyszłości” – pisze w liście do rodziny z 15 października 1934 r. Nie wiadomo, co przeżywała wtedy w Lourdes, ale najprawdopodobniej była świadkiem jednego z cudów. „Pan Bóg dał mi łaskę” – tłumaczyła w listach.
Po powrocie z sanktuarium rozpoczęła nowicjat w Zgromadzeniu Sióstr Oblatek w Mountlucon. Wychowywana w kulcie Serca Bożego, trafiła znakomicie: głównym celem oblatek było szerzenie kultu Najświętszego Serca Jezusowego. „Pan Bóg pozwolił mi zaraz oddać się Jego wyłącznej służbie (...) nie bardzo tęsknię za domem” – pisała do ciotki. Ale jej decyzja nie spodobała się rodzicom, a zwłaszcza matce, która chciała, żeby córka wróciła do kraju. Już jedno dziecko oddała przecież Bogu – syn Eryk został księdzem, gdy Janina miała 17 lat. Janina pisała w listach: „Miałam wiele trudności. Obecnie jednak ojciec pogodził się z Wolą Bożą a i mamusię (...) zdaje się, że uspokoił i pocieszył obszerny list jaki ostatnio napisałam”.
Myliła się. Rodzice nie zrezygnowali ze starań o jej powrót. „Janina przebywała u sióstr oblatek nie do końca legalnie. Wiedział o tym jej brat Zbigniew, prawnik i słał gniewne listy do władz zakonnych, domagając się odesłania jej do kraju” – opowiada siostra Cecylia. Starania rodziny odniosły skutek: Janinę wysłano do klasztoru w Częstochowie, gdzie nie było nowicjatu. Stamtąd wróciła do domu. Postulantką u sióstr oblatek była w sumie ponad siedem miesięcy. Gdy po powrocie do Polski poprosiła o ponowne przyjęcie – odmówiono.
W domu Janina żyje według wszystkich reguł klasztornych. W ciągu dnia pomaga matce, wieczory spędza w swoim pokoju na modlitwie. Rodzice postanowili wysłać ją na wakacje do brata Eryka, wówczas proboszcza w Drobninie (jako kapelan zginął na początku II wojny światowej). Liczą na to, że zdoła wyperswadować siostrze drogę zakonną, że namówi do pozostania w domu. Nie mogli gorzej wybrać: Eryk miał zawsze z Janiną świetny kontakt i szybko zrozumiał, że jedynym dla niej miejscem jest klasztor. Skontaktował ją z siostrami serafitkami i pod koniec czerwca 1936 r. Janina wstąpiła do ich zgromadzenia w Poznaniu.
Całkowicie oddaje się Bogu. Gdy siostra Mistrzyni informuje ją o zdrowiu najbliższych, odpowiada: „Matko, ja już należę do Jezusa”. 29 lipca 1937 r. otrzymuje upragniony habit. Przy obłóczynach – ścięto wtedy jej piękne, długie aż do pasa warkocze – nadano jej imię Sancja.

Niezwyczajna
zakonnica

Siostra Sancja była – podobnie jak uczennica i studentka Janina Szymkowiak – perfekcjonistką. Dokładna aż do przesady: inne zakonnice kontestowały jej zaangażowanie jako sztuczne i niewiarygodne: „Ta chęć ślepego posłuszeństwa nieraz dawała na zewnątrz skutki przeciwne” – wspomina jedna z sióstr. „Była wierna regułom zakonnym w najdrobniejszych szczegółach – opowiada siostra Cecylia. – Szczególnie ślubom posłuszeństwa”. Nigdy nie analizowała poleceń, wedle przedsoborowej reguły ascezy była ślepo posłuszna nakazom przełożonym, traktując je jako wyraz woli Bożej. Zależało jej także na spełnieniu ślubów milczenia: „Milczenie zewnętrzne sprzyja milczeniu wewnętrznemu i do niego prowadzi” – mawiała. Zwracała uwagę siostrom, naruszającym zakonne przepisy czy nie dochowującym milczenia. Zakonnice traktowały ją często z niechęcią, nazywały „dziwakiem”.
W trakcie II wojny światowej budynek klasztoru zajęli Niemcy i urządzili w nim hotel. Pracowali tam jeńcy francuscy i angielscy, do których Sancja – mówiła świetnie w obu językach – często przychodziła, by porozmawiać, pomóc, podzielić się jedzeniem. Przede wszystkim jednak wspierała ich duchowo. W tym czasie była już ciężko chora na gruźlicę gardła. Na łożu śmierci nakazywała towarzyszącym jej siostrom: „Nie proście mnie, ale mi rozkazujcie”. Dodała też: „Umieram z miłości, a Miłość miłości niczego odmówić nie może”. „Przewidziała datę swojej śmierci, mówiąc, że umrze w dzień św. Jana Chrzciciela” – opowiada siostra Cecylia. Sancja zmarła 29 sierpnia 1942 r. Podczas pogrzebu alianccy jeńcy nazywali ją „aniołem dobroci” i „świętą Sancją”.
A cud potrzebny do beatyfikacji? Niecałe sześć lat temu do zaprzyjaźnionego z serafitkami księdza zgłosił się parafianin, były ministrant. Prosił o modlitwę w intencji ciężko chorej córeczki. Dziewczynka miała po urodzeniu zaledwie jeden punkt w skali Agpara, lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Ksiądz zaproponował, żeby pomodlić się do Sancji. Dziecko wyzdrowiało „w sposób niewytłumaczalny dla medycyny” – brzmiało oświadczenie lekarzy. Nadal prawidłowo się rozwija. W lipcu tego roku Watykan wydał dekret o cudzie.
Sancję pochowano na cmentarzu na poznańskim Dębcu, stamtąd przeniesiono na większy cmentarz na Żegrze, a w 1969 r. na teren kościoła św. Rocha w Poznaniu. W marcu tego roku spodziewające się beatyfikacji serafitki ponownie przeprowadziły konieczną w takich przypadkach ekshumację. Dzisiaj prochy Sancji znajdują się w małej trumnie w klasztornej kaplicy. 25 sierpnia przeniesione zostaną do ołtarza Najświętszego Serca w kościele św. Rocha.
Dom Sióstr Serafitek i kościół św. Rocha położone są w samym środku tzw. Poligrodu, czyli akademików Politechniki Poznańskiej i budynków wykładowych. „Sancja doskonale nadaje się na patronkę studentów – uważa proboszcz św. Rocha ks. Eugeniusz Antkowiak. – Od lat 70. podczas sesji egzaminacyjnej wokół jej grobu gromadzili się młodzi, prosząc o pomoc przy egzaminach”. Czy Sancja może stać się dla dzisiejszych studentów życiowym wzorem? Z pewnością nie będzie to zadanie łatwe, ale w końcu to „zwyczajnie niezwyczajna” Błogosławiona. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl