Nowi błogosławieni: Ksiądz Jan Balicki


Miła pokora

Jan Niedzielny



„Dziękuję za łaski, które pozwoliły mi tu dotrzeć” – taki wpis jednego z kleryków można znaleźć w księdze pamiątkowej Seminarium Duchownego w Przemyślu. Inny alumn pisze do byłego rektora swojego seminarium: „Pragnę podziękować za prowadzenie mnie drogą Boga i upodobnienie się do Niego dzięki twojemu życiu i pomocy wstawienniczej”. Do księgi wpisują się też seminarzyści innych diecezji, członkowie oaz, Polacy i Ukraińcy.
Jan Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu niedaleko Rzeszowa, w diecezji przemyskiej. Syn dróżnika, miał sześcioro rodzeństwa. Matka była osobą głęboko wierzącą: nie miał wątpliwości, że to właśnie jej modlitwom zawdzięcza łaskę kapłaństwa.

Z seminarium do seminarium

Po skończonym gimnazjum zgłosił się do Seminarium Duchownego w Przemyślu, gdzie 20 lipca 1892 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Trafił do niewielkiej parafii w Polnej (1500 wiernych), gdzie pracował jako wikary. Zapamiętano go przede wszystkim jako spowiednika: nawet później, kiedy pracował jako naukowiec i wychowawca, potrafił godzinami przesiadywać w konfesjonale przemyskiej katedry.
Wkrótce biskup Łukasz Solecki wysłał go na dalsze studia. Na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie studiował filozofię i teologię. Po powrocie do kraju, w 1897 r. został wykładowcą dogmatyki w Diecezjalnym Instytucie Teologicznym w Przemyślu i w tamtejszym Seminarium Duchownym. Najpierw otrzymał nominację na prefekta seminarium, by w końcu (w 1928 r.) zostać jego rektorem. Jako prefekt uczestniczył w przechadzkach podopiecznych i towarzyszył im przy posiłkach w refektarzu. Gdy łamano silentium, „nie karcił słowami, ale wymownym spojrzeniem... prosił o ciszę” – opowiadał jeden z ówczesnych kleryków.
Wielu alumnów wspominało też ks. Jana jako wykładowcę. Zajęcia rozpoczynał modlitwą, którą odmawiał zawsze na kolanach. Klerycy lubili egzaminy u profesora, który – ich zdaniem – był wymagający, ale sprawiedliwy.

Z seminarium do lupanaru

Ks. Ignacy Łachecki wspominał: „To kapłan niezwykły, niecodzienny, niepospolitej miary. Znany nam wszystkim i bardzo ceniony przez duchowieństwo jako kapłan wysokiej świątobliwości, pełen żywej i gorącej wiary, mąż wielkiej i gruntownej wiedzy teologicznej, charakteru żelaznego, niezmordowanej pracy i obowiązkowości, ofiarności bez granic, wielkiego zaparcia i poświęcenia, prawdziwej prostoty i skromności – słowem ideał kapłana, prawdziwy Homo Dei, perła diecezji naszej i chluba Kościoła polskiego”.
W pracy duszpasterskiej szczególną troską otaczał młodzież zagubioną. Stąd jego sympatia dla zakładów salezjańskich i innych miejsc zajmujących się młodymi ludźmi. Ks. Jan nie tylko odwiedzał podopiecznych z takich ośrodków, ale i wspierał je z własnej kieszeni.
Pod okiem sióstr magdalenek zorganizował też dom dla dziewcząt trudniących się prostytucją. Najpierw sam próbował je nawracać. Później zrozumiał, że po pierwsze musi zadbać o miejsce, gdzie będą mogły nauczyć się życia bez nierządu. W Przemyślu kupił dla nich dom. Jak na owe trudne czasy – zakład zaczął działać w czasie I wojny światowej – było to wielkie przedsięwzięcie.

Z seminarium na ołtarze

Współbracia opisują go dość zgodnie: ujmująco skromny. W rozmowie ani za głośny, ani za cichy. Miał niski głos, głowę lekko pochyloną, ubrany niewyszukanie.
„Przy spotkaniu z ks. Balickim uwagę zwracała przede wszystkim jego miła pokora, połączona z prostotą i naturalnością. Ani śladu pychy czy próżności, ale też ani śladu sztuczności i udanej pokory, a przy tym przystępny, rozmowny, grzeczny, delikatny. Nigdy nie mówił o sobie celowo, by swoją osobą kogokolwiek zajmować” – wspomina ks. Grochowski.
Miał dar godzenia ludzi, wspólnego poszukiwania kompromisu. Umiał zachować spokój, bezstronność i trafność sądu. Sam nigdy nie popadał w konflikty. Jego osobowość wymuszała na innych łagodność obyczajów.
Prawdziwym egzaminem były dla niego choroba i śmierć. Już w młodości, mając problemy ze zdrowiem, zadziwiał lekarzy cierpliwością. Cierpiał na bóle głowy, które prowadziły do czasowych zaników pamięci – z tego powodu zrezygnował z pełnienia obowiązków rektora. Wzrok miał coraz słabszy, samodzielne funkcjonowanie sprawiało mu trudność. W czasie pobytu w szpitalu prosił pielęgniarki, by troszczyły się o innych pacjentów skrupulatniej niż o niego. Przed zabiegiem dobrowolnie zrezygnował ze znieczulenia. Nie zwracał na siebie uwagi i nie narzekał. Tak było do samej śmierci, w 1948 r.
Wśród ludzi utrzymywała się opinia, że umarł jako święty. Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – jego ciało przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie Seminarium Duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Ostatnim etapem procesu będzie beatyfikacja. Nie zakończy ona jednak misji błogosławionego, ale – jak wierzą katolicy – rozpocznie nowy etap jego kapłańskiej misji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl