„Zanim stąd odejdę”

Anna Mateja



Co pamiętamy z poprzednich wizyt Papieża w Krakowie? Bułgarską studentkę podczas spotkania z młodzieżą na Skałce w 1979 r.? Niespodziewaną rozmowę Jana Pawła II z generałem Jaruzelskim na Wawelu w stanie wojennym? Okrzyki „zabierz nas ze sobą” pod oknem Pałacu Biskupiego cztery lata później? A może te wizyty nabrały właściwego znaczenia dopiero po 1989 r., gdy obecność na papieskiej Mszy przestała być opowiedzeniem się „za czymś” lub „przeciwko czemuś”, a stała się po prostu przeżyciem religijnym? Jak w 1999 r., gdy Papieża na Błoniach zabrakło.



O tym, że pierwsza wizyta może być ostatnią, myślało niewielu. Krakowianom wydarzyło się święto: szyli papieskie chorągiewki, w oknach wystawiali święte obrazy oświetlone choinkowymi lampkami, oblegali kancelarie parafialne, aby zdobyć wejściówki na Błonia. Do głosu dochodziło też niedowierzanie: a może na Błoniach będzie pustawo, może ludzie zadowolą się relacjami w telewizji?
Media straszyły tłumami, które miały słabszych zadeptać i zadusić. Napór „ciemnego motłochu” na liny wyznaczające trasy przejazdu miał prowadzić do... przecinania ciał zebranych. Do Krakowa więc, podobnie jak do innych miejsc pobytu Papieża, transportowano trumny. Makabrycznym wizjom hojnie dawano wyraz na łamach kontrolowanych przez władze gazet i w programach telewizyjnych. 
Antoni Gołubiew, zastanawiając się „Czym chcemy witać Ojca Świętego Jana Pawła II kiedy odwiedzi nas w ojczyźnie” („Tygodnik Powszechny” z 3 czerwca 1979 r.), nie zajmował się jednak prognozowaniem. Przypomniał, że po Mszy pontyfikalnej Papież, przechodząc obok trybuny, na której siedziały głowy państw, pozdrowił ich skinieniem ręki i zwrócił się do zgromadzonych za barierkami uczestników Mszy: hippisów, robociarza „w najparadniejszym garniturze”, „babulki” w tradycyjnym woalu na głowie... Czy w Krakowie miało być inaczej? Przecież Wojtyła też przyjeżdżał do ludzi stojących za barierkami.
Obawy władz sprawdziły się. Rzeczywiście przyszły tłumy.
– Ludzie nas zaskoczyli – wspomina ks. Tadeusz Zaleski, wówczas kleryk, który pierwszą pielgrzymkę „wystał” przed kurią jako porządkowy. – Tym, że przyszli tak tłumnie, że prawie cały czas „trzymali wartę” przed kurią, a przede wszystkim swoim zdyscyplinowaniem. W porównaniu z dzisiejszymi środkami ostrożności, zabezpieczenia z 1979 r. były śmieszne. Żadnych barierek, tylko liny, i to wyłącznie podczas przejazdu Stara z Papieżem. Jak tylko samochód przejechał, ludzie je zrywali. I... nikomu nic złego się nie stało. Nie mieliśmy megafonów. Po prostu podchodziliśmy do ludzi i prosiliśmy, żeby cofnęli się albo zajęli wyznaczone miejsca. Posłuch był absolutny. Milicjanci jeździli po mieście z księżmi w sutannach, którzy wydawali tłumom polecenia. Inaczej ludzie nie uwierzyliby, że polecenia wydaje się dla porządku, a nie dezorganizacji.
Pod kurią zdarzało mu się stać nawet 18 godzin, ale nie chce wpadać w banał, opowiadając kolejny raz, że nie było awantur, a ludzie odnosili się do siebie przyjaźnie. Łatwiej to zrozumieć, jeśli opowie się o... kolejce do toalety we własnym domu. Jego ojciec, prof. Jan Zaleski, opisał to w liście do kuzynki: „Razem z domownikami było u nas w domu 20 osób i jakoś mieściliśmy się, tylko pod drzwiami łazienki stale były kolejki. Zapełnione były wszystkie pokoje i kuchnia, ale od biedy można było jeszcze zapełnić przedpokój. (...) Mimo ciasnoty i pewnej niewygody wszyscy byli szczęśliwi i tak wszyscy dla siebie ogromnie życzliwi. (...) Przypomniały mi się w tych dniach odpusty na wschodzie, np. w Buczaczu, kiedy pielgrzymów obcy ludzie zapraszali na nocleg i gdzie nikomu do głowy nawet nie przyszło, żeby oczekiwać zapłaty”. W domu Zaleskich przed Mszą na Błoniach nocowały siostry i wychowanki z Lasek, alumni oraz znajomy – Jerzy z Czech.
Taka gościnność nie była niczym wyjątkowym. Jak skrzętnie odnotowywali reporterzy „TP”, i to w czasie każdej pielgrzymki, ludzie nocowali na stopniach ołtarzy i posadzkach otwartych na noc kościołów. Nie brakowało chętnych do przygotowania kanapek i herbaty.

„Tygodnik” na kolanach

Ks. Bogusław Mielec w 1979 r. kończył szkołę podstawową. Pochodzi z rodziny robotniczej, wówczas przeciętnie religijnej, z osiedla Kalinowego w Nowej Hucie.
– Papież siebie nie celebruje. W tamtych latach rozpoznawał kleryków ze służby porządkowej. Chciał spotkać się z jak największą liczbą swoich przyjaciół i dawnych współpracowników: z kurii, „Tygodnika”, seminarium, PAT-u, towarzystwa kajakowego... – mówi ks. Mielec. – On przyjeżdża do ludzi, a nie do instytucji. Szczególnie ważne było to w 1983 r., kiedy nikt na poważnie nie twierdził, że Papież tą podróżą legitymizuje jakąś władzę.
W przeciwieństwie do rodziny i sąsiadów młodego Bogusława Mielca, dla redaktorów „TP” i „Znaku” spotkanie z Wojtyłą nie powinno być niczym wyjątkowym. Czuli się z nim zaprzyjaźnieni: był wieloletnim współpracownikiem obu pism (pierwszy tekst „Mission de France” opublikował w „Tygodniku” w marcu 1949 r.), przychodził do redakcji, zapraszał na kolacje połączone z dyskusjami do Pałacu Biskupiego. Autor został Papieżem, ale jest przecież tym samym człowiekiem i dobrym znajomym.
– Poza nami byli jeszcze ludzi z KIK-u i „Więzi”. Razem ponad 40 osób. Staliśmy tacy dziarscy w kurialnej sali przyjęć – wspomina Krzysztof Kozłowski. – Otworzyły się drzwi, wszedł ubrany na biało Wojtyła i rozległ się głuchy łomot – ludzi zmiotło na kolana. Ostały się 3–4 osoby. Nigdy nie rozmawialiśmy z hierarchią kościelną na klęczkach, ale rzeczywistość cisnęła nas o podłogę. Stefan Kisielewski, który starał się uchodzić za cynika, klęcząc i nie kryjąc wzruszenia, wręczał Wojtyle nielegalne wydania „ResPubliki”, o co prosili go Marcin Król i Wojciech Karpiński – wówczas za młodzi, żeby dostąpić zaszczytu spotkania z Papieżem. Rozumiem Wojciecha Jaruzelskiego – tego władcę Polski stanu wojennego, któremu na spotkaniu w Belwederze w 1983 r. dygotały łydki. On też czuł wielkość tej chwili.
Przyjęcie przez Jana Pawła II miało znaczenie nie tylko emocjonalne, ale także polityczne. To był sygnał, że Papież opiekuje się „Tygodnikiem”, a bez tego kościelnego parasola pismu trudno byłoby przetrwać.
Katarzyna Barańska, wnuczka Antoniego Gołubiewa, na prywatne spotkanie z Papieżem ludzi „z kajaków”, do których się zaliczała, przyjechała z liceum w Szymanowie – od sióstr niepokalanek. Też nie chce popadać w banał opowiadaniem, że rozmowy z Papieżem pod oknem kurii wzruszały ludzi do łez.
– Kraków końca lat 70. i w latach 80. zamierał po godz. 22 – opowiada. – Jedyne czynne lokale, tyle że niezbyt atrakcyjne dla młodych, to była kawiarnia Noworolskiego na Rynku i klub nocny „Feniks” na rogu Rynku i Św. Jana. Wydarzeniem było to, że w te ciepłe, czerwcowe noce Planty, skwery, uliczki huczały od ludzkiego gwaru. Ludzie zbierali się pod bramami, pod kurią, chcieli być ze sobą, a nie przed telewizorami czy w łóżkach.
Dziadek poprosił nastoletnią Katarzynę o publiczne odczytanie Papieżowi listu Sacrosongu jego autorstwa. Miała to zrobić przy klasztorze Ojców Paulinów na Skałce, gdzie zaplanowano spotkanie Wojtyły z młodzieżą. Jako że przyjechała z Szymanowa zaledwie na kilka dni, stroje galowe zostawiła u niepokalanek. Granatową spódnicę udało się jakoś znaleźć w przepastnych domowych szafach. Białej bluzki już nie. 
– Wydawało się, że „przepadło klepadło”. Czasy permanentnych braków w zaopatrzeniu wykluczały pójście do sklepu i uratowała mnie Marta – koleżanka, która pożyczyła mi bluzkę – wspomina. – List dziadka mówił o fenomenie stworzenia świata i człowieka. Że to wydarzenia, które powinny być dla nas powodem do święta i radości. Widziałam radość tych ludzi, tyle razy opisywany „kwietny dywan”, jaki „utkali” ludzie, podając bukiety z rąk do rąk w kierunku podium z Papieżem i... zazdrościłam im. Moja pycha zagrała mi na nosie. Oto ja – młoda Gołubiewówna, która stoi obok Papieża i odpowiada na jego pytanie o samopoczucie przebywającego wtedy w szpitalu dziadka, nie jestem w środku tego wydarzenia, ale gdzieś obok. Na jakiejś zwyżce.
Była samotnicą, a teraz zazdrościła ludziom wspólnoty, bo każdy w tym tłumie z kimś był. Niespodziewanie do mikrofonu podeszła studentka, jak się okazało – Bułgarka. Opowiadała Papieżowi o kraju, w którym też wielu ludzi na niego czeka i cieszy się z tego, że został następcą Piotra. Papież odwiedził Bułgarię dopiero w maju 2002 r., a odważna dziewczyna, która dorwała się na Skałce do mikrofonu, jest siostrą jednego z tamtejszych biskupów.
– Po spotkaniu wmieszałam się w tłum i wracałam bulwarami nad Wisłą, już nie sama: popalaliśmy papierosy. Poczuliśmy się niesamowicie wolni i jednocześnie obdarzeni największym zaufaniem – mówi Barańska.

„Bo jestem z Was”

W czasie pierwszej Mszy na Błoniach ludzie nie dowierzali, że „aż tylu nas jest”. „Zanim stąd odejdę, patrzę jeszcze stąd na Kraków, w którym każdy kamień i każda cegła są mi drogie” – powiedział Jan Paweł II, podkreślając, że z Błoń patrzy na całą Polskę i mówi wszystkim jej mieszkańcom „Musicie być mocni”...
– W 1979 r. obchodzono 900-lecie śmierci św. Stanisława – przypomina Marek Skwarnicki, jeden z papieskich reporterów „TP”. – Władze obawiając się antypaństwowych akcentów w homiliach Wojtyły, które siłą rzeczy musiały dotyczyć sprzeciwu Stanisława wobec władzy świeckiej, zwlekały z obchodami aż miesiąc. Według kalendarza liturgicznego powinny one odbyć się w maju.
Choć „akcentów” nie było, władze starały się ograniczyć manifestację sympatii. Nie pozwolono Janowi Pawłowi II przejechać samochodem do cysterskiego klasztoru w Mogile, gdzie miał się spotkać z mieszkańcami Nowej Huty. Papież przejeżdżający przez Plac Centralny (po przeciwnej stronie znajdował się wówczas pomnik Lenina), między szpalerem wiwatujących tłumów, nie był widokiem pożądanym. Przewieziono go więc helikopterem. Zdaniem władz Papież przyjeżdżał do swoich. W transmisjach z Mszy pokazywano więc księży, siostry zakonne, ewentualnie osoby starsze. Do redakcji „TP” przy Wiślnej, jedynego wiarygodnego źródła informacji, przychodzili jedynie dziennikarze zagraniczni. Krajowych redakcja nie interesowała.
Zakazano dekorowania instytucji publicznych czy tras przejazdu. Dekoracji zabrakło nawet na Uniwersytecie Jagiellońskim, choć Karol Wojtyła był najpierw studentem, a później doktorem teologii tej uczelni. Zaskakiwała na tym tle obwieszona flagami Filharmonia (czyli dawny Dom Katolicki, pozostający wciąż własnością kurii) i udekorowany kwiatami i perskimi dywanami pałac na rogu Rynku Głównego i Brackiej, w którym siedzibę miało... Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i księgarnia „Kalinka”. Sprawczynią niespodzianki była Pelagia Potocka, pomagająca opozycji studenckiej arystokratka i właścicielka pałacu, mieszkająca na ostatnim piętrze.
– Kluczowe znaczenie miały polewaczki – przypomina ks. Zaleski. – Ludzie przynosili naręcza kwiatów, rzucali na trasę przejazdu, a służby porządkowe układały to w sznur na środku jezdni. Każdego ranka pojawiała się polewaczka i zmiatała bukiety na pobocze.
– Papieski proporczyk postawiłam w oknie pokoju, które wychodziło na boczną uliczkę jednej z ulic Śródmieścia – opowiada Katarzyna Barańska. – Nie chodziło o to, że Papież ma to zobaczyć. To my, krakowianie, chcieliśmy zaznaczyć wspólne święto.
Dekoracje przetrzymano po wyjeździe Papieża, aż do Bożego Ciała, gdy po raz pierwszy po wojnie procesja do czterech ołtarzy przeszła z Wawelu ulicą Grodzką na Rynek Główny. Nie myślano o tym, że to być może ostatnia wizyta Wojtyły w kraju. „Pozostanie wśród nas do schyłku swoich dni” – pisał Antoni Gołubiew w szpitalu, na kilka dni przed śmiercią.

„Pokażcie puste sektory”

W czasie pierwszej wizyty przed kurialnym oknem pojawił się transparent: „Daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą”. „To cytat z Wyspiańskiego” – rozpoznał Wojtyła. Wers z „Wyzwolenia” na zdobytym przez krakowskich dominikanów materiale wypisali studenci z duszpasterstwa akademickiego „Beczka”. Cztery lata później, gdy trwał stan wojenny, przemycenie na spotkanie z Papieżem transparentu było już sporym wyczynem. „Ze względów bezpieczeństwa” odbierano wszystkie kije, parasole i tyczki. Milicjanci przeszukiwali zwinięte koce i plecaki. Gdy jednak pojawiał się Papież, Błonia zapełniały się hasłami, pozdrowieniami i znaczkami „Solidarności”.
Nad sprawozdaniem Józefy Hennelowej z pobytu Papieża w Krakowie w „TP” z 3 lipca 1983 r. rozciąga się panoramiczna fotografia tłumów na Błoniach zgromadzonych na Mszy papieskiej, gdy beatyfikowano o. Rafała Kalinowskiego i brata Alberta Chmielowskiego. Cenzura nie ośmieliła się zdjąć fotografii wykonanej przez Piotra Augustynka, ale zażądała dokonania retuszy.
– Pamiętam długie rozmowy z cenzorem, który twierdził, że zdjęcie jest nieprawdziwe, bo przecież były na Błoniach puste miejsca – wspomina Krzysztof Kozłowski, odpowiedzialny w „TP” za rozmowy z cenzurą. – Sugerowano obcięcie fotografii od strony miasta, czyli rejonów ulicy Manifestu Lipcowego (obecnie Piłsudskiego) i przesunięcie w stronę Piastowskiej i ogródków działkowych, gdzie ludzi było oczywiście mniej.
Na cięcia redakcja się nie zgodziła. Sprawdzając przez lupę, czy można odczytać treść transparentów (władzę irytowały napisy patriotyczne), cenzor „odkrył” jednak w pobliżu hotelu Cracovia duże „zgrupowanie” wozów milicyjnych. Kazali zamazać ten fragment, aby nikt nie wyśledził, że władza zgromadziła tak liczne jednostki nie z powodu nielegalnego zgromadzenia, ale Mszy...
W czasie tamtej pielgrzymki Papież poświęcił kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana Marii Kolbego w Nowej Hucie-Mistrzejowicach. Budowę rozpoczął ks. Józef Kurzeja, który w lipcu 1970 r. powiedział biskupowi Wojtyle, że w zagajniku przy drodze prowadzącej do Nowej Huty rozpoczyna katechizację. W ciągu jednej nocy na fundamentach dawnej portierni obozu dla Żydów powstaje mały barak, nazwany przez mieszkańców „zieloną budką”, w którym odprawia się również Msze. Władze nie chciały się zgodzić na budowę kolejnego kościoła w Nowej Hucie, a schorowany i nękany przez SB ks. Kurzeja nie dożył nawet wmurowania kamienia węgielnego, czego kardynał Wojtyła dokonał dopiero w listopadzie 1976 r. 
„Raduję się z tego... Księże Józefie! Umiłowany Księże Józefie!” – usłyszeli zgromadzeni przez mistrzejowickim kościołem mieszkańcy Nowej Huty.
– Teraz dopiero wiem, ile to wyróżnienie prostego księdza z Nowej Huty musiało znaczyć dla księży w parafiach – mówi ks. Mielec. – Wojtyła przejmował się księżmi, interesował go ich trud – przez to podwyższył standard bycia biskupem: opiekunem i ojcem, a nie menedżerem. Razi mnie dzisiaj brak zaufania i współpracy w relacjach biskup-księża, technicyzacja kontaktów, jak w sprawnie zarządzanej firmie. Zapomina się o tym, że problemy w Kościele najpierw trzeba „przemodlić”, a nie tylko dążyć do szybkiego „załatwienia”. Jeśli ktoś czekał sześć lat na wmurowanie kamienia węgielnego pod kościół, chyba łatwiej to zrozumie...
Młody Bogusław Mielec myślał już wtedy o wstąpieniu do seminarium. Zmroził go przejazd Papieża przez jedną z nowohuckich ulic, gdy jego samochód poprzedzała kawalkada uzbrojonych żołnierzy. Nie poszedł na żadną z Mszy, zamknął się w domowej kuchni z książką rozmów, jakie przeprowadził z Papieżem André Frossard. Analizował papieskie wypowiedzi, przypominając sobie, czego uczyła go kiedyś Halina Bortnowska, gdy tłumaczyła w ramach prac zespołu synodalnego o co chodzi w encyklice „Laborem exercens”.
Katarzyna Barańska, wówczas studentka etnografii, z mężem i jego kolegami, których poznał w krakowskim więzieniu na Montelupich w czasie internowania, poszli na Mszę w Mistrzejowicach w więziennych bluzach: szarych, bez guzików, z więziennymi pieczątkami na plecach. Cztery lata później, gdy mieli już syna Stasia, uszyła dla niego płócienny śpiwór i wyhaftowała na plecach jego imię czerwoną „solidarycą”, z charakterystyczną biało-czerwoną chorągiewką. Staś otrzymał brawa.

„Uczący pokory, silny duchem”

Miesiąc po drugiej wizycie Papieża zniesiono stan wojenny. Gdy przyjechał w 1987 r. młodzi wołali do niego pod oknem Pałacu przy Franciszkańskiej: „Zabierz nas ze sobą”. W zaimprowizowanym przemówieniu odpowiedział, że „przyszłość zależy od nich”, że ich „siłą przebicia” jest Eucharystia, która powinna im pomóc „w warunkach, w jakich się znajdują”. „Wolność trzeba stale zdobywać” – przypomniał.
– Gdy nastała wolność, biskupi w ludzi zwątpili – mówi ks. Zaleski. – Obawiano się, że Błonia się nie zapełnią i w telewizyjnych relacjach znajdzie się to, co tak chętnie pokazałyby media poprzedniego reżimu – puste sektory. W sierpniu 1991 wybrali Rynek. A ludzie – ponad 300 tys. – i tak przyszli.
Ks. Mielec widzi to inaczej. – W tym było coś znaczącego. Papież w środku mieszczańskiego Krakowa beatyfikował Anielę Salawę – chłopkę z podkrakowskiej wsi, służącą, prawie mistyczkę. Nie można było lepiej pokazać siły chrześcijaństwa, w którym znajduje się miejsce i na królową (Jadwigę Papież kanonizował w czasie Mszy na Błoniach w 1997 r.), i na służącą.
Przygotowania do tegorocznej wizyty Papieża w Krakowie są przeciwieństwem tego, co działo się w mieście 23 lata temu. Na ul. Piłsudskiego prowadzącej na Błonia przez ponad miesiąc remontowano torowisko i kładziono szykowny bruk, pojawiła się nowa nawierzchnia przed kościołem Sercanek, które Papież odwiedził w 1991 r. poza protokołem, odnowiono fasady wielu kościołów, w kurii wybudowano windę... Zamiast wyścigów po wejściówkę mamy przepychanki notabli, którzy na „historycznych Błoniach” chcą wręczyć dar „Wielkiemu Polakowi”.
Księża Zaleski i Mielec (ten ostatni po raz drugi będzie komentatorem w czasie Mszy na Błoniach) mieli nadzieję, że papieskie pielgrzymki po 1989 r. „pójdą w głąb”. Nie będą manifestacjami, ale przeżyciem, kontemplacją prawie. Ks. Zaleski, dzisiaj duszpasterz Ormian i współzałożyciel Ośrodka dla Niepełnosprawnych w Radwanowicach pod Krakowem (Ośrodek powstał jako votum dziękczynne po wizycie Papieża w Polsce w 1987 r., będzie prezentowany na Błoniach podczas oczekiwania na przyjazd Jana Pawła II), przeżył „pójście w głąb” już w 1979 r., w kościele Franciszkanów, w czasie spotkania z chorymi.
– Wydawało się, że Papież nie dojdzie do ołtarza. Przechodził długo, bo prawie każdego chciał dotknąć, pobłogosławić, coś powiedzieć. Po raz pierwszy zobaczyłem niepełnosprawnych i to, z jaką miłością i zrozumieniem można się do nich odnosić. Potem Papież wrócił do Rzymu, a ja pojechałem jako wolontariusz na wakacje z niepełnosprawnymi. Wybrałem to spośród innych możliwości spędzenia lata. Od tamtego czasu zajmuję się właśnie nimi.
„Wstrząsający, uczący pokory, silny duchem Kościół cierpienia” – napisali w relacji z tamtego spotkania Józefa Hennelowa i ks. Adam Boniecki. Kościół chyba Papieżowi najbliższy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl