Okno Franciszkańskiej, okno Łagiewnik

Z ks. kard. Franciszkiem Macharskim, Metropolitą Krakowskim, rozmawia ks. Adam Boniecki



Ks. Adam Boniecki: Niemal oficjalna wersja brzmi: „było nie do pomyślenia, by Papież nie poświęcił sanktuarium w Łagiewnikach”. Ładnie powiedziane, ale dość ogólne. „Nie do pomyślenia” dla kogo? Dla Papieża? Dla nas? Innymi słowy: skąd inicjatywa, by Ojciec Święty poświęcał kościół w Łagiewnikach?
Ks. kard. Franciszek Macharski: – Cóż jest nie do pomyślenia? Dzisiaj wiemy, że nie do pomyślenia było zaprosić Ojca Świętego i jeszcze więcej: nie do pomyślenia było, żeby on zaproszenie przyjął. Żeby się znalazł taki czas, w którym to zaproszenie mogłoby się zrealizować. Wezmę to na siebie, bo to rzeczywiście tak było. Nie umiałem sobie wyobrazić, żebym to ja miał ten kościół konsekrować i nie umiałem sobie także wyobrazić innej osoby, która by to miała zrobić. Stąd się wzięło moje przekonanie, że trzeba poprosić Ojca Świętego, przedstawiając zamierzenia, mówiąc: misja budowy kościoła w Łagiewnikach dobiega końca. I zrobiłem to. Wiedział o tym ksiądz Prymas, wiedział o tym nuncjusz, dowiedzieli się moi najbliżsi.
– I to wystarczyło?
– Tak.
– Jaki powinien być klucz do dobrego zrozumienia tej wizyty?
– Któryś z moich kolegów, chcąc znaleźć tytuł do rozmów ze mną na tematy przeszłe i bieżące, zapytał: „Jak to jest widziane z Franciszkańskiej?”. Dłużej klasztora niż przeora. Rzeczywiście, w tej perspektywie niektóre sprawy widać inaczej. „Widziane z Franciszkańskiej” to takie dobre określenie, niby niezobowiązujące. Niby, bo Franciszkańska to sposób widzenia, umiejętność widzenia, umiejętność Księcia Metropolity Sapiehy. Czy było niezobowiązujące stanąć w oknie, a raczej na oknie w 1979 roku, w czasie pierwszej pielgrzymki? Papież zrobił to na naszą prośbę. Myśmy przygotowali – kiedy Ojciec Święty zgodził się na to dziwne spotkanie – miejsce w tym dużym salonie, w którym zawsze się spotykał, gdy na spotkania w sprawach Polski i Kościoła nie było miejsca poza pałacem biskupim. Dobrze wiedział, że stoi na oknie, nawet to powiedział: „Kiedy tu byłem z wami, toście mi nie kazali po oknach chodzić”. Odpowiedziałem: „Tak, proszę Ojca Świętego, bośmy wtedy musieli patrzeć na tę cząstkę Polski i Kościoła, którą udało się tu zebrać”. Tak to było, ale właśnie w ich oczach, w ich myślach, w ich troskach była ta cała reszta. Trzeba było w tym wspaniałym, żywym lustrze widzieć Polskę. To nie była obserwacja zimna i obojętna, to była chęć znalezienia wspólnych dróg i współuczestnictwa Kościoła, świata, Polski. No więc Ojciec Święty tak to przyjął.
Wtedy, w 1979 roku, natychmiast się okazało, że z tego okna widać nie tylko tych młodych, którzy przyszli, ale i to, z czym przyszli: świat, który ze sobą przynieśli i wszystkie jego problemy, wszystkie trudności, wszystkie powodzenia i niepowodzenia, osobiste, wspólnotowe, zadania i tęsknoty. Wszystko to tam było, wszystko, co było w nich. No i okno na Franciszkańskiej rzeczywiście stało się dla Ojca Świętego sposobem komunikowania się ze światem.
Ale cóż, w oknie można się tylko pokazać. Potrzebne są drzwi. Papież, opierając się na Ewangelii, mówił w pierwszych słowach na placu św. Piotra: „otwórzcie drzwi, szeroko otwórzcie drzwi”. Z okna widać to, co jest wewnątrz i na zewnątrz, ale potrzebne jest uczestnictwo. Uczestnictwo człowieka zawsze będzie ograniczone, człowiek może widzieć jedną, dwie, trzy rodziny, jedno, drugie, trzecie miasto. Dlatego wtedy, na początku pontyfikatu powiedział: „otwórzcie drzwi Chrystusowi”. On jeden może być gościem wszystkich. A potem, na placu Zwycięstwa w Warszawie, w czasie pierwszej pielgrzymki, pokazał, co to znaczy otworzyć drzwi, przyjąć. Przyjąć Tego, który stoi przed drzwiami i puka, doprasza się, ale siłą się nie wciska, nie używa żadnych chytrych sposobów, żeby zmylić czujność i się dostać.
Wobec tego przyjazd Ojca Świętego odpowiada tej potrzebie; potrzebie, którą staramy się odczytać – jaka ona jest. Znaki czasu wołają o interpretację. Ten, który daje znak, daje także i szyfr do rozumienia tego znaku. Szyfrem jest całe Boże objawienie: co On nam przez to chce powiedzieć?
Więc mówiąc najprościej: Ojciec Święty zaproszenie przyjął i zdecydował się przyjechać.
Ksiądz Kardynał kiedyś powiedział, że Łagiewniki będą oknem, z którego Papież zwróci się do świata...
– Tak, bo to jest okno, przez które widać także i świat. Ale on tych okien ma u siebie wiele. Prawdopodobnie każdy klęcznik jest dla niego tym progiem, tym parapetem. Progiem drzwi, parapetem okna.
Papież stwierdził: nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego w ciągu ostatnich dwudziestu lat nabrało takiego przyspieszenia, że to o czymś świadczy. Dokąd pojadę – Ojciec Święty często to powtarza – tam słyszę „Jezu ufam Tobie” i widzę obraz z Łagiewnik. Orędzie Bożego Miłosierdzia należy do całego Kościoła, więcej: należy do całego świata, bo trudno mówić o tym, że tylko praktykujący katolicy przychodzą do Papieża, który jest pod znakiem Pana Jezusa Miłosiernego, tego wizerunku z napisem „Jezu ufam Tobie”.
Nigdy nie uważałem, że ma to być jedyne sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Może jednak być miejscem, w którym Ojciec Święty powie – przez swoją obecność, przez tę swoją osobistą, pielgrzymią pobożność – że nie ma innego sposobu, żeby pokój był wśród ludzi, jak tylko ten: trzeba z ufnością się zwrócić do Niego. I nie jest to jakieś super-nowe wtajemniczenie w Objawienie. Nie. Okazało się, że drogi do Miłosierdzia Boskiego trwają odtąd, odkąd człowiek świadomie przyjął Boga jako stworzyciela. Potem te drogi nieustannie, przez wieki prowadziły ze wszystkich stron, od każdego człowieka i do każdego człowieka, do ludzi i do Pana Boga. Łagiewniki mają dzisiaj przypominać całemu światu, że nie ma innej deski ratunku i tej jednej trzeba zawierzyć, a nie liczyć na to, że jeszcze przyjdzie ponton, że może się uratuję jakoś inaczej.
Kończą się przygotowania do papieskiej wizyty: wiele się pisze o sprawach technicznych, organizacyjnych. Prawdziwe przygotowanie do tego przecież się nie ogranicza. Mam wrażenie, że w ostatnich latach, za rządów Księdza Kardynała, sprawa miłosierdzia stała się priorytetem. Nie jest to nagłaśniane, ale wystarczy uważna lektura listów pasterskich Księdza Kardynała, komunikatów, informacji – czasem powtarzających się przez kilka lat – o powstającym dziele aż do komunikatu, że dzieło już jest... Czy można powiedzieć, że przez ten nacisk na sprawę miłosierdzia Ksiądz Kardynał przygotowywał archidiecezję na ten dzień?
– Rozmawiamy w biskupim domu na Franciszkańskiej. Przecież ja to wszystko przejąłem. Od kardynała Dunajewskiego, który był człowiekiem życzliwości i dobroci, za którego czasów w Kościele byli ci prawdziwi wysłannicy miłosierdzia Boskiego: św. brat Albert Chmielowski, felicjanki, błogosławiona Bernardyna Jabłońska – albertynka. Od Księcia Metropolity Sapiehy. On był niezłomny w stawianiu na miłosierdzie i to mu dawało tę siłę wobec wydarzeń pierwszej i drugiej wojny światowej, czasów międzywojennych, także wobec biedy, nędzy i nieuleczalnie chorych. Miłosierny Książę Metropolita... Ileż szpitali wybudował. A to stanowiło zupełną nowość, bo szpitali już się w Kościele nie budowało, poza bonifratrami, wszystko to wzięło na siebie państwo. Nazwa ulicy „Szpitalna” już nikomu nic nie mówiła. A co powiedzieć o księdzu kardynale Wojtyle? Natychmiast rozeznał, jakie są potrzeby, troski i jaki jest charyzmat tego miejsca. Natychmiast wiedział, o co chodzi i temu duchowi został wierny. Choćby jego opiekuńczość w stosunku do rodzin, ta żarliwa miłość do człowieka, który wchodzi w cudowny, ale trudny świat. 
– Można się chlubić i cieszyć wspaniałą historią i na tym poprzestać.
– Nie, nie można. Ta historia, to nie tylko historia, to jest początek drogi. To nie jest gotowe. Na obrazie Wyczółkowskiego, przez jakiś pośpiech, brat Albert ma niewykończoną dłoń, ma zaledwie naszkicowane to ramię, którym przygarnia do siebie dziecko. Ktoś to pojął i tak zostawił. Niewykończone: akurat ta dłoń i to ramię, które dziecko przygarnia.
Przyjdzie Ojciec Święty na Błonia i tam będzie ogłaszał błogosławionym człowieka miłosiernego, który swoje życie dał... Brat Albert to biedaczyna z Krakowa, a ojciec Beyzym – biedaczyna z Madagaskaru. Trzeba być z kamienia, żeby nie usłyszeć i nie wołać. Kiedyś się zdarzyło, że zadzwonił telefon i ktoś mi powiedział: zostaw, nie odbieraj. A kiedy indziej był to dzwonek do drzwi. Takie to proste i oczywiste, jak przejście na drugą stronę ulicy, żeby sobie nie komplikować życia. Bo może, gdybyśmy się spotkali, to trzeba by było sobie przebaczyć.
Powiedział Ksiądz Kardynał o Błoniach. Chciałbym zapytać o wspomnienia z tej Mszy św., na której Papież był obecny i był nieobecny. Ta obecność-nieobecność to dla Polaków jedno z większych papieskich przeżyć.
– Kiedyś Ojciec Święty, jako młody ksiądz (28 lat), wpatrzył się w swojej wyobraźni w obraz „Ecce Homo”, którego autorem jest Adam Chmielowski, Brat Albert. Patrzył na ten obraz i tak się modlił: „Co oni z Tobą zrobili? Jakie to jest trudne piękno? To piękno nazywa się miłość”. To jest ta właśnie tonacja rozumienia tamtego wydarzenia, to jest właśnie to, co stanowi o jego sensie i treści, co stanowi o drodze i o widzeniu innych i siebie. „Ecce Homo” i słaby Papież. Nie byliśmy do tego przyzwyczajeni. Jasnością myśli, brzmieniem swojego głosu, gestem nawet, Papież prowokował, jak się to wydawało, jednoznacznie, jako uosobienie siły.
Wtedy, na Błoniach wiedzieliśmy, że jest wśród nas. Mieliśmy poczucie opuszczenia, które najczęściej idzie w parze z biedą, nieszczęściem czy bólem, ale jednocześnie „Magnificat”; pewność, że Pan jest z nami. Słowo stało się Ciałem i zamieszkało miedzy nami...
– Takie były myśli Metropolity Krakowskiego w związku z tamtą Mszą?
– To były myśli związane z tamtą Mszą. To jest to: Pan jest z nami. Wtedy, kiedy nam się wydaje, że jest absolutnie „de profundis”, patrzysz, a On jest z nami... Nie siebie zobaczyliśmy w lustrze, tylko zobaczyliśmy Jego oblicze. Ja bym to połączył jeszcze z Białym Marszem po zamachu na Papieża, bo te dwa nurty się spotykają. Oba nie były zakończeniem, oba zdejmowały kataraktę z oczu. Choć ona odrasta... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl