Nowi błogosławieni: Arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński


Szesnaście warszawskich miesięcy

Ks. Jan Kracik



Pochodził z Wołynia, w Moskwie ukończył studia matematyczne, w Paryżu przyjaźnił się ze Słowackim, w Poznańskiem bił się z Prusakami w 1848 r. Miał 33 lata, gdy przyjął święcenia kapłańskie, sześć lat później został arcybiskupem warszawskim. Nie minęło półtora roku, a znalazł się na zesłaniu. Po dwudziestu latach wydalono go za granicę. Zygmunt Szczęsny Feliński nie zmarnował życia, zamkniętego w tak niezwykłych ramach. Wkrótce potwierdzi to jego beatyfikacja.



Używał tylko drugiego imienia – Feliks, i to w spolszczonej formie: Szczęsny. Gdy został arcybiskupem, dołączył do niego pierwsze – Zygmunt. Urodził się w 1822 r., w niezamożnej rodzinie szlacheckiej, miał pięcioro rodzeństwa. Liczył 16 lat, gdy jego matka Ewa została skazana na zesłanie za uczestnictwo w tajnym sprzysiężeniu Szymona Konarskiego (po pięciu latach objęła ją amnestia).

Źle umieszczone uczucie

Po studiach był guwernerem dzieci swego opiekuna Zenona Brzozowskiego. Pod koniec 1847 r. wyjechał do Paryża, gdzie przez kilka miesięcy chodził na wybrane wykłady na Sorbonie i poznał skłóconą polską emigrację. Był świadkiem rewolucji lutowej. Udział w przegranym Powstaniu Wielkopolskim i klęska pozostałych zmagań Wiosny Ludów zniechęciły go do zbrojnej walki o niepodległość. Drogę do niej widział raczej w podtrzymywaniu ducha polskości i podnoszeniu kondycji religijno-moralnej narodu. „Każde rozpaczliwe porywanie się do boju kończy się nie tylko klęską chwilową, ale też długim pasmem prześladowań i zwiększeniem ucisku” – zapisał w „Pamiętniku”. Z tym niezmiennym przekonaniem zostanie kiedyś pasterzem rwącej się do powstania Warszawy.
Na razie czuwał nad umierającym Słowackim, potem towarzyszył podróżom po Europie swych wychowanków Brzozowskich. Rozdarcie wywołane przez – jak pisał – „źle umieszczone uczucie” (mężatka) przezwyciężył, wstępując w 1851 r. do seminarium duchownego w Żytomierzu. Motywy tej decyzji, potem korygowane, sam uznał z czasem za nienadprzyrodzone („chęć usunięcia się od świata z powodu doznanych zawodów” i „przekonanie, iż na tej drodze najskuteczniej będę mógł służyć krajowi”). Po roku władze diecezjalne wysłały go na studia (zwolniło się etatowe miejsce) do Akademii Duchownej w Petersburgu. Ta katolicka Akademia, choć miała przygotowywać przyszłych wykładowców seminaryjnych i kandydatów na wyższe stanowiska kościelne w imperium rosyjskim, różniła się od cieszących się mniejszą rangą seminariów nie tyle poziomem, co możliwością nadawania stopni. Profesorowie częściej zabiegali o karierę kościelną niż pracowali naukowo.
Wyświęcony w 1855 r. Feliński został wikariuszem przy petersburskim kościele św. Katarzyny, a w 1857 r. ojcem duchownym alumnów Akademii. Angażował się w działalność charytatywną, organizując opiekę nad ochronką dla polskich sierot, co dało początek zgromadzeniu zakonnemu Rodziny Maryi. Na stanowisko arcybiskupa warszawskiego wyniosła go w styczniu 1862 r. i zmiotła zeń w czerwcu 1863 r. niezwykła konfiguracja wypadków politycznych w Królestwie Polskim.
Od czerwca 1860 r. odbywały się w Warszawie patriotyczne manifestacje z okazji narodowych rocznic. W lutym 1861 r. od salwy kozaków zginęło pięciu uczestników pochodu. W kwietniu wojsko ponownie otworzyło ogień do tłumów, zabijając 100-200 osób. Demonstracje nie ustawały. 14 października wprowadzono w Królestwie stan wojenny: zakazano zgromadzeń i śpiewania pieśni patriotycznych, zarządzono godzinę policyjną. Zapowiedziane na 15 października nabożeństwa w rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki zakończyły się wtargnięciem żołnierzy do katedry i kościoła św. Anny oraz aresztowaniem znajdujących się tam mężczyzn. Po burzliwej naradzie w konsystorzu administrator diecezji warszawskiej Antoni Białobrzeski (arcybiskup Antoni Fijałkowski nie żył od tygodnia) polecił zamknąć nie tylko obie sprofanowane świątynie, ale i pozostałe kościoły miasta, dopóki władze nie zapewnią bezpieczeństwa uczestnikom nabożeństw.

Niefortunne wystąpienie

Obawiając się buntu poddanych car Aleksander II zmienił kurs. Zainteresował się projektami reform margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, a w Warszawie szybko – do tej pory wakaty ciągnęły się latami – mianował arcybiskupa, którego Rzym równie prędko zatwierdził. Felińskiego zaproponował – w Watykanie poparli go księża zmartwychwstańcy – jego przyjaciel z Akademii, ks. Konstanty Łubieński, który sam nie przyjął tej godności, bo wiedział, że jako wysoce prorządowy byłby kontestowany przez większość Polaków.
Feliński w poglądach na sprawę narodową zbliżał się do „białych”: ani ślepa służba carowi, ani powstańcze zrywy, lecz droga do niepodległości poprzez oświatę, ekonomię, religię. Otworzył kościoły i zakazał w nich patriotycznych śpiewów, by nie dawać władzom powodów do ingerencji. Dokonując rekoncyliacji katedry tłumaczył w kazaniu, że władza nie może zakazać modlenia się za ojczyznę, do tego jednak nie potrzeba nie aprobowanych przez Kościół pieśni (m.in. „Boże coś Polskę” – hymnu, ułożonego w 1816 r. z nieco innym tekstem przez Alojzego Felińskiego, stryja arcybiskupa!), za które już tylu ludzi cierpi więzienie. Cesarz zna żądania narodu, dał słowo, że im zadośćuczyni, chce tylko spokoju. Kto ufa słowom swego Pasterza, niech uklęknie na jego błogosławieństwo. Ryzykowny test skończył się źle: wielu nie uklękło, wielu zaczęło wychodzić. Wystąpienie prostodusznego arcybiskupa było niefortunne, źle odebrane, dało asumpt do szkalowania go, ośmieszania w ulotkach i karykaturach. Wszędzie towarzyszyła metropolicie policyjna asysta, przez co także kojarzono go z reżimem.
Feliński poprawił swe notowania wśród rodaków, gdy interweniował w Petersburgu na rzecz złagodzenia prześladowań, które pchają do powstania. Stracił, gdy odmówił celebry w rocznicę masakry kwietniowej, by rząd nie uznał tego za antycarską demonstrację. Głosił kazania pasyjne, na które przychodziły tłumy. Podczas ostatniego młodzież zaczęła ostentacyjnie wychodzić – za progiem policja aresztowała 15 osób. Jedni obwiniali za to metropolitę, inni mu współczuli. Gdy dał replikę do gazet, tłumacząc motywy swych kolejnych posunięć, opinia nadal pozostała podzielona – jak gnębione społeczeństwo, dla którego nawet czysto religijne działania Felińskiego nabierały politycznej wymowy.

„Uczyń z Polski naród niepodległy”

W czerwcu 1862 r. naczelnikiem rządu cywilnego Królestwa został Wielopolski, który uzyskał w Petersburgu pewne koncesje samorządowe. Zwolennicy walki zbrojnej dokonali paru nieudanych zamachów na namiestnika i margrabiego. Metropolita urządzał nabożeństwa dziękczynne za ich ocalenie i piętnował terror. Ale domagał się też uwolnienia więzionych za powtarzające się po kościołach śpiewy patriotyczne. Narażał się obu stronom konfliktu. Utrzymywał zakazany bezpośredni kontakt z papieżem. Wiedząc, że wielu księży poddaje się władzy konspiracyjnego Centralnego Komitetu, zwołał ich 15 stycznia 1863 r., ostrzegając przed pracą w sprzysiężeniu. Poprzedniej nocy odbyła się w Warszawie branka, którą za dziesięć dni miała objąć całą prowincję. Wybuchło słabo przygotowane powstanie.
Feliński go nie poparł, ale wszedł w fazę otwartego sprzeciwu wobec rządu. Wobec bezwzględnego tłumienia powstania zrezygnował z członkostwa w Radzie Stanu. 15 marca wystosował list do cara domagając się położenia kresu wiodącej do zagłady walce. Pisał: „Polska nie zadowoli się autonomią administracyjną, ona potrzebuje życia politycznego (...) Uczyń z Polski naród niepodległy, połączony z Rosją tylko węzłem twojej dostojnej dynastii”. Tylko to może wstrzymać rozlew krwi...
List przeciekł na Zachód i 5 czerwca ukazał się w paryskim dzienniku. Arcybiskupa wezwano do Petersburga. Zatrzymany i przesłuchany w Gatczynie przez carskiego ministra, bronił swych słów i czynów. Nie pokajał się, nie obiecał lojalności, nie mógł więc wracać do Warszawy. Na miejsce pobytu wyznaczono mu Jarosław nad Wołgą. Zakazano kontaktów z archidiecezją, przyznano pensję. Starczała na wynajęcie, a z czasem kupno domu oraz utrzymanie i kształcenie kilku sprowadzonych bratanków i siostrzeńców. Wygnaniec gromadził na Mszy niedzielnej miejscowych Polaków, przyjaźnił się z paroma rodzinami. Czytał książki i czasopisma, próbował różnorodnej twórczości literackiej, odbywał przechadzki po okolicy, korespondował. Nie objęły go kolejne amnestie. W 1883 r. Leon XIII uzyskał dla Felińskiego wolny wyjazd z Rosji, mianując tytularnym arcybiskupem Tarsu. We Lwowie i Krakowie traktowano arcybiskupa jak narodowego bohatera i męczennika. Był honorowany i fetowany. W Watykanie przyjęto go z ceremoniałem należnym głowom państw. Prasa galicyjska pisała o nim ciągle i z entuzjazmem.
Feliński osiadł w Dźwiniaczce, w widłach Dniestru i Zbrucza, by obsługiwać tamtejszą kaplicę dworską hrabiny Koziebrodzkiej. Zajął się też sprawami swego zgromadzenia sióstr. Latem 1895 r. udał się dla poratowania zdrowia do Karlowych Warów. Wracając zatrzymał się w Krakowie w hotelu Pollera. Odwiedził go miejscowy biskup Jan Puzyna i zabrał do swego pałacu, zapewniając potrzebną opiekę i pomoc lekarską. Tu 17 września zastała arcybiskupa śmierć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl