Wielu teologów, sceptycznie nastawionych do Faustyny, z czasem się „nawracało”


Spal to wszystko

Jan Grzegorczyk



Wyobraźmy sobie, że nie ma „Dzienniczka” siostry Faustyny. Nie istnieje podstawa do dyskusji i teologicznych sporów, pozostają mgliste i sprzeczne wspomnienia o siostrze z drugiego chóru, którą jedni zapamiętali jako zakonnicę pobożną, drudzy – przeciętną, trzeci – histeryczną.



Po śmierci szybko zapomniano o Faustynie. Pamięć o niej wróciła dzięki rozwijającemu się w okupowanym Wilnie kultowi Miłosierdzia. Po wojnie, gdy w kulcie zaczęto dopatrywać się herezji, „bitwę o Faustynę” można było stoczyć tylko dzięki temu, że spowiednik, ks. Michał Sopoćko, polecił jej pisać „Dzienniczek”. 

Sekretarka Miłosierdzia

Jezus wyznaczył na „sekretarkę Miłosierdzia” dziewczynę, która skończyła zaledwie trzy klasy wiejskiej szkoły i robiła błędy ortograficzne. Mniejsza o błędy, popełniali je i wielcy pisarze, ale jak to niewprawne pióro miało rejestrować splot rzeczywistości ziemskiej i nadprzyrodzonej? Faustyna rozpoczęła pierwszy brulionik od wyznania: „Mam spisać zetknięcia się duszy mojej z Tobą, Boże, w chwilach szczególnych nawiedzeń Twoich (...). O Boże, czyż może napisać pióro to, w czym nieraz słów nie ma? Ale każesz pisać, o Boże, to mi wystarcza”. A jednak okazała się sekretarką niezwykle sprawną, choć oprócz braku warsztatu pisarskiego były też i inne przeszkody w prowadzeniu „Dzienniczka”. Pisała w chwilach wolnych, w tajemnicy przed siostrami, czego śladem są liczne niedokończone zdania. Przewodnik duchowy kazał jej pisać bez skreśleń i poprawek. Ile osób, nawet na co dzień piszących, potrafi to robić? 
Do tego doszła przeszkoda najważniejsza – diabelska. W lecie 1934 r. ksiądz Sopoćko wyjechał do Ziemi Świętej i przez kilka tygodni nie było go w Wilnie. W tym czasie Faustyna nie zwierzała się innym spowiednikom ze swoich przeżyć. Zapisywała je w „Dzienniczku”. Pewnego dnia zjawił się szatan pod postacią Anioła i kazał jej wrzucić zapiski do pieca. „Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości – przekonywał. – Cóż ty masz z tego Miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie jakichś urojeń! Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza!”. Gdy widzenie się powtórzyło, Faustyna spełniła polecenie. Po powrocie ks. Sopoćko wytłumaczył jej, kogo w istocie posłuchała i nakazał jej odtworzyć spaloną część „Dzienniczka”. Strata była już jednak nie do nadrobienia. 
Gdy po śmierci Faustyny udostępniono „Dzienniczek” siostrom, większość z nich była zaskoczona. Jedna z nich mówiła: „Wydawało mi się trochę dziwnym to, że s. Faustyna opisywała nieraz drobne zdarzenia z życia codziennego. Nie osądzam tego jako brak pokory, ale obraz s. Faustyny, jaki sobie wyrobiłam z bezpośredniego z nią kontaktu, był jakiś inny i bardziej prawdziwy, nie pasujący do tego drugiego obrazu z dzienniczka... Postać s. Faustyny, tak jak ją znałam dawniej, była jakaś ujmująca, bezpośrednia, prosta, a to, co w dzienniczku, wydaje mi się drobiazgowe i niepotrzebne”.

Mistyka, histeria czy herezja?

Lektura „Dzienniczka” prowadziła niektórych do przekonania o histerycznej, egzaltowanej osobowości autorki. Przykładem może być wybitny teolog ks. Wincenty Granat. Dopatrzył się w tekście szeregu błędów teologicznych: „Miłosierdzie Boga jest jednym z Bożych przymiotów i gdybyśmy je czcili za pomocą odrębnego święta, wypadałoby również ustanowić jeszcze inne święta w celu oddawania kultu poszczególnym przymiotom Bożym: takie stanowisko prowadziłoby do jakiegoś zaciemnienia jedności Boga i sprowadzałoby niebezpieczeństwo politeizmu”. Bardzo ostre były też jego zarzuty przeciw Koronce do Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza przeciw fragmentowi: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana Naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata”. Ks. Granat twierdził, że te słowa także zawierają istotne błędy teologiczne: po pierwsze, Bóstwo Syna jest tym samym, co i Ojca, a więc nie może być ofiarowywane Ojcu Przedwiecznemu. Po drugie, w ogóle nie wolno składać na ofiarę Bóstwa. Po trzecie wreszcie, nie może być Ono przebłaganiem za grzechy – Bóg odpuszcza grzechy, lecz nie jest ofiarą przebłagania.
Ks. Sopoćko odpowiadał: „W Osobie Syna Bożego połączyły się przy wcieleniu dwie natury, boska i ludzka, a połączyły się istotnie i na wieki tak, że natura ludzka nie ma nawet własnego istnienia, a byt swój zawdzięcza Słowu Przedwiecznemu. Wobec tego we Mszy św. Zbawiciel ofiarowuje Ojcu swemu (a i my razem ofiarowujemy) całego siebie jako człowiek, a więc i człowieczeństwo i bóstwo”. Obrońcy Koronki wskazywali także, że bardzo podobną modlitwę przekazał Anioł dzieciom w Fatimie, a Kościół uznał te objawienia.
Wielu sceptycznie nastawionych do Faustyny teologów z czasem się „nawracało”. Przykładem może być ks. Ignacy Różycki. Przez ćwierć wieku był głęboko nieufny wobec jej objawień. Faustyna jego zdaniem „była ofiarą halucynacji na podłożu histerii i – zatem – nie tylko jej rzekome objawienia były pozbawione wszelkiej wartości religijnej, ale zarazem i tym samym – heroiczność jej życia – to sprawa przegrana”. Kategorycznie odmówił uczestniczenia jako teolog-ekspert w procesie beatyfikacyjnym. Stanowczość sądu ks. Różyckiego zachwiała się, gdy z ciekawości przeczytał „Dzienniczek”. Uznał wówczas, że „świętość Heleny-Faustyny jest prawdziwie heroiczna, a jej objawienia noszą wszelkie znamiona pochodzenia nadprzyrodzonego”. Potem ks. Różycki – na polecenie arcybiskupa Karola Wojtyły – skrupulatnie opracował „Dzienniczek”. 
Posłannictwo Miłosierdzia, które otrzymała Faustyna, nie powinno zaskakiwać w jej wspólnocie zakonnej. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, zwanych potocznie magdalenkami, było przeniknięte atmosferą Miłosierdzia. Zakonnice modliły się, pracowały wśród osób ubogich i wykolejonych, zwłaszcza prostytutek. Konstytucje Zgromadzenia kładły akcent na naśladowanie Chrystusa w Jego Miłosierdziu wobec grzeszników. I Faustyna wpisywała się w ten charyzmat, dodając doń własną, niepowtarzalną cząstkę.

„Żywa wyobraźnia”

Ks. Michał Sopoćko zanotował we „Wspomnieniach”, że Faustyna 12 maja 1935 r. miała widzenie konającego w strasznych cierpieniach Marszałka Piłsudskiego. Pan Jezus miał jej powiedzieć: „Patrz, czym się kończy wielkość tego świata”. Widziała następnie sąd nad zmarłym, a gdy Sopoćko zapytał, jak się skończył, odpowiedziała: „Zdaje się Miłosierdzie Boże za sprawą Matki Bożej zwyciężyło”.
W innym miejscu „Wspomnień” ks. Sopoćko zapisał: „Wprawdzie do nadprzyrodzonego działania w duszy s. Faustyny nieraz dołączało się działanie jej ludzkiej dość żywej wyobraźni, wskutek czego, pewne rzeczy zostały przez nią nieświadomie przeinaczone. Ale to się zdarzało u wszystkich ludzi tego rodzaju, jak świadczą życiorysy np. św. Brygidy, Katarzyny Emmerich...”. 
Ksiądz Michał był kierownikiem bardzo roztropnym i praktycznym. Kiedy Faustyna wyjeżdżała z Wilna, nakazał jej podkreślać w „Dzienniczku” słowa, o których z absolutną pewnością będzie mogła powiedzieć, że usłyszała je od Pana Jezusa. Jednak czytelnik „Dzienniczka” i tak sam będzie musiał ocenić, co jest owocem „żywej wyobraźni” Faustyny, a co słowem usłyszanym od Jezusa. W „Dzienniczku” jest zresztą jeszcze trzecia warstwa – zapożyczenia. Choć niewiele można w nim znaleźć bezpośrednich odniesień do lektur, nie sposób zaprzeczyć, że Faustyna wpisywała swoje wizje w pewne schematy. Oto opis pobytu w piekle wypełnionym duszami dręczonymi „w straszny nie do opisania sposób”. Albo opis Eucharystii: „Kiedy poszłam na świat do spowiedzi, trafiłam, że mój spowiednik odprawiał Mszę św. Po chwili ujrzałam Dziecię Jezus na Ołtarzu, które pieszczotliwie i z radością wyciągało rączęta do niego, jednak ów kapłan po chwili wziął to piękne dziecię w ręce i połamał i żywcem zjadł. W pierwszej chwili uczułam niechęć do tego kapłana z powodu takiego postępowania z Jezusem, ale zaraz zostałam oświecona w tej sprawie i poznałam, że jest miły Bogu ów kapłan”. 
Na ile są to efekty tradycyjnych wyobrażeń, na ile własna wizja? Próbując zaszeregować jakiś fragment, możemy powtórzyć błąd matki Ksawery Olszamowskiej, która – działając w dobrej wierze – zaczęła „Dzienniczek” poprawiać po swojemu. W odpisach opuściła całe strony, pominęła wiele zdań, zmieniła sens wielu wyrazów. Te wypaczone odpisy były podstawą do tłumaczeń na języki obce, które z kolei stały się jednym z powodów wydania w 1958 r. dekretu o zakazie szerzenia kultu.

Ani wielebne, ani przewielebne

Najtrudniejszym poleceniem Jezusa był nakaz dla Faustyny założenia nowego zgromadzenia. Żadnemu innemu zadaniu nie poświęciła w „Dzienniczku” tak wiele miejsca, żadne nie zrodziło w niej tylu pytań i wątpliwości. Faustyna nigdy nie wystąpiła z macierzystego zakonu. Jak rozumieć tę sprzeczność: Jezus kazał Faustynie wystąpić ze zgromadzenia i założyć nowe, a jednocześnie dał jej do zrozumienia, że Jego wolą jest, by została u magdalenek?
Pod datą 9 czerwca 1935 r. czytamy: „Wieczorem, jak szłam przez ogród, usłyszałam te słowa: »Będziesz wypraszać z towarzyszkami swymi miłosierdzie dla siebie i świata«. Zrozumiałam, że nie będę w Zgromadzeniu, w którym obecnie jestem. Widzę jasno, że jest względem mnie inna wola Boża; jednak nieustannie wymawiam się przed Bogiem, że ja jestem niezdolna do spełnienia tego dzieła. Jezu, przecież Ty najlepiej wiesz, czym jestem i zaczęłam niemoce swoje wyliczać przed Panem i zasłaniałam się nimi, aby wymawianie moje uznał, że jestem niezdolna do spełnienia zamiarów Jego. Wtem usłyszałam te słowa: »Nie lękaj się, Ja Sam uzupełnię wszystko, czego tobie nie dostawa«”. 
Zmaganie się z tym poleceniem wypełni ostatnie cztery lata życia Faustyny, stanie się źródłem jej cierpień i radości. Cierpień – bo Jezus nakazał jej, by czyniła tylko to, co będą jej mówić spowiednicy, a ci będą ją wstrzymywać, a niektórzy wręcz oskarżać o herezję. Radości – bo Jezus da jej odczuć radość wspólnoty z siostrami zgromadzenia, które ma założyć.
W listopadzie 1935 r. Faustyna zaczęła szkicować coś w rodzaju konstytucji nowego zgromadzenia. Jezus kazał jej wszystko urządzić tak, by najubożsi nie mieli jej czego zazdrościć. „Pomiędzy sobą nie będą się dzielić na żadne chóry, ani na żadne matki i mateczki, ani na wielebne, ani na przewielebne, wszystkie będą sobie równe, chociażby ich różniło pochodzenie bardzo wielkie...” – w tych słowach na pewno zawiera się ślad upokorzeń związanych z jej własnymi doświadczeniami. „Siostry będą mówiły do swej przełożonej w ten sposób: proszę Siostry Przełożonej. Nie będą jej nigdy całować w rękę, ale przy każdym spotkaniu na korytarzu, czy też kiedy się udadzą do celi przełożonej, będą mówić: niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, skłaniając lekko głowę (...) Zakonnica powinna być wolna jak królowa”. Faustyna walczy o godność zakonnicy, „bo każda dusza to inny świat”. Jej personalistyczna wizja wyprzedza ducha czasu, a jednocześnie jest na wskroś ewangeliczna. To przecież zapowiedź zmian wprowadzonych przez Sobór Watykański II.

Trzy odcienie

W maju 1936 r. Faustyna przyjechała do Krakowa, gdzie spotkała ojca Józefa Andrasza. On zalecał roztropne czekanie na znak, ona rozwijała swoją wizję zgromadzenia.
Początkowo myślała o zakonie klauzurowym – pewnie dlatego, że taka forma wydawała jej się najdoskonalsza. W czerwcu 1937 r. zanotowała: „Dał mi Pan poznać w trzech jakby odcieniach Swą wolę, lecz to jedno jest. 
Pierwsze jest, gdzie dusze odosobnione od świata palić się będą w ofierze przed tronem Bożym i upraszać miłosierdzie dla świata całego... I wypraszać błogosławieństwo dla kapłanów i modlitwą swoją przygotowywać będą świat na ostateczne przyjście Jezusa.
Drugie: – jest modlitwa połączona z czynem miłosierdzia. Szczególnie bronić będą duszy dziecka przed złym. 
Trzecie: – jest modlitwa i uczynność miłosierdzia nieobowiązująca żadnym ślubem, lecz za ich wykonanie będą mieli udział we wszystkich zasługach i przywilejach całości. Do tego odcienia mogą należeć wszyscy ludzie na świecie żyjący”. 
W lipcu 1936 r. Faustyna poinformowała listownie ks. Sopoćkę, że zamierza udać się do Rzymu, by prosić papieża o pozwolenie na wystąpienie z macierzystego zgromadzenia. Przewodnik duchowy stanowczo odradził. Faustyna przeżywała męczarnie. „Od dwóch lat – pisała – jestem na krzyżu, pomiędzy niebem a ziemią, to jest, że jestem związana ślubem posłuszeństwa, słuchać mam przełożonej jako samego Boga. A z drugiej strony Bóg daje mi sam, bezpośrednio, poznać swoją wolę i dlatego jest moja męka wewnętrzna tak wielka, której nikt nie pojmie i nie zrozumie tych cierpień duchowych”.
Faustynie było tym trudniej, że nasiliła się ciągle nie zdiagnozowana, a pustosząca jej organizm już od końca lat 20. gruźlica. W dodatku część sióstr posądzała ją o pozorowanie choroby, gdyż mimo wycieńczenia garnęła się do praktyk religijnych. Wkrótce gruźlica nasiliła się jednak do tego stopnia, że stała się „krępująca dla otoczenia”. Oto jeden z charakterystycznych zapisków: „Od miesiąca czuję się gorzej, a przy każdym odkaszlaniu czuję rozkład w płucach. Nieraz zdarza się, że czuję zupełny rozkład własnego trupa”. Wyobraźmy sobie schorowaną siostrę drugiego chóru, która ma „ambicje” założenia nowego zgromadzenia. Mogła budzić co najwyżej współczucie, zażenowanie, a często po prostu szyderstwo i drwinę. Swoje klasztorne życie najlepiej skomentowała sama: „O, jak słodko żyć w klasztorze pomiędzy siostrami, ale trzeba nie zapominać, że te anioły są w ludzkim ciele”.

Pomoc widzialna

Tak naprawdę Faustynie nie udało się zrealizować żadnego z poleceń Jezusa: nie ona namalowała obraz, nie ona upowszechniła Koronkę, nie ona zabiegała o ustanowienie Święta Miłosierdzia. O wszystko starał się jej wileński spowiednik ks. Michał Sopoćko, o którym Chrystus powiedział jej: „Oto jest pomoc widzialna dla ciebie na ziemi”. Niektórzy sądzą, że Jezusowi nie chodziło o założenie nowego zgromadzenia, że chciał jedynie poddać Faustynę próbie – a ona, jak Abraham, zdała egzamin z zawierzenia Bogu, a potem „nie zabiła Izaaka”. „Całe to posłanie Miłosierdzia, obraz, Koronka, Święto, to wszystko ważne – powiedziała mi jedna z sióstr. – Ale tak naprawdę Faustyna do końca udźwignęła tylko swoja chorobę i cierpienie – ofiarę za grzeszników”. Z tej ofiary wyrosła głębia modlitwy, z którą biedzili się teologowie, a która dotarła do zwykłych zjadaczy chleba.
Z rozmów, które ksiądz Michał przeprowadził z Faustyną przed jej śmiercią, wywnioskował, że ponaglenia Jezusa dotyczą jego osoby. „Powiedziałem, iż jak ten obraz namalował kto inny, nie ona, ale według jej wskazówek, tak i zgromadzenie założy chyba kto inny” – napisał we „Wspomnieniach”.
Przed śmiercią Faustyna obiecała po-magać księdzu Sopoćce z nieba. W lecie 1940 r. Jadwiga Osińska, jedna ze studentek wileńskich, którymi opiekował się ksiądz Michał, oświadczyła mu, że chce „poświęcić się służbie Najmiłosierniejszego Zbawiciela i założyć nowe zgromadzenie czy coś podobnego w celu uwielbienia Boga w Jego nieskończonym Miłosierdziu”. 15 października złożyła śluby prywatne, wybierając imię zakonne – Faustyna. W listopadzie 1942 r. w kaplicy sióstr karmelitanek Sopoćko przyjął śluby pierwszych sześciu faustynek. W 1945 r., gdy Wilno zostało wcielone do ZSSR, zakonnice wyjechały do Polski. 25 sierpnia dotarły do Myśliborza. Tutejszy kościółek zbudowano w 1905 r. – to rok urodzin Faustyny Kowalskiej. Przypadek? Być może, ale dla pierwszych faustynek był to znak Opatrzności. Wkrótce siostry Faustyna Osińska i Benigna Naborowska ściągnęły księdza Sopoćkę.

*

Zgromadzenie czekały jednak ciężkie próby. W 1955 r. umarła nagle matka Faustyna, a w 1958 r. Święte Oficjum ogłosiło notyfikację, zakazującą kultu Miłosierdzia wedle objawień siostry Faustyny Kowalskiej. Kongregacja uznała, że nie miały one źródła nadprzyrodzonego. 
Księdza Michała podtrzymywał na duchu zapis z „Dzienniczka”: „Będzie chwila, w której dzieło to, które tak Bóg zaleca, będzie jakoby w zupełnym zniszczeniu i wtem nastąpi działanie Boże z wielką siłą, która da świadectwo prawdziwości”.
Nie można było otwarcie mówić o Faustynie. Sióstr nie przybywało, gdyż proboszczowie niechętnie kierowali kandydatki do „podejrzanego” zgromadzenia. Ale te, które były, trwały. „Żaden dekret nie mógł zakazać czynić miłosierdzia – wyznała jedna z pierwszych faustynek. – A mało to różnorakiej biedy było wokoło? Mało to biedaków było? Nawet ci, którym się wydawało, że teraz oni odmienią świat, potrzebowali pomocy. Był jeden taki zagorzały komunista, a przed śmiercią kazał wołać po księdza. Niektórzy na to krzywo patrzyli, że co, że do komunisty idziemy, a ja się cieszyłam z Miłosierdzia Bożego. Matka mówiła: »Wy mówcie różańce, a Pan Bóg sam rozliczy«”. Sopoćko pisał do pierwszych sześciu faustynek, że Bóg chce je postawić wśród „grzeszników, ateuszów, obojętnych, schizmatyków, opuszczonych, wśród pogan, wśród chorych i więźniów, bezdomnych, sierot, wśród rozpaczających”.
Sytuacja zmieniła się, gdy w połowie lat 60. rozpoczęto proces informacyjny siostry Faustyny. W 1978 r. Kongregacja odwołała notyfikację sprzed dwudziestu lat. Potem Karol Wojtyła został papieżem, a w 1980 r. napisał encyklikę „Bóg bogaty w miłosierdzie”. Beatyfikował, a następnie kanonizował Faustynę. Zgromadzenie zaczęło się dynamicznie rozwijać. Przybywa powołań i nowych placówek: w Polsce, w Niemczech, Kanadzie, Brazylii, Włoszech, Chorwacji i Wilnie. 

Autor jest redaktorem miesięcznika „W Drodze”, napisał książkę „Każda dusza to inny świat”, poświęconą Miłosierdziu Bożemu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl