Nowi błogosławieni: Ojciec Jan Beyzym


„Jaki w tym heroizm?”

Fragmenty listów o. Jana Beyzyma



„Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało.
Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy. Moja prowincja tylko na tym zyska, tracąc »gałgana«, do niczego niezdatnego, a dom misyjny, do którego zostanę przydzielony, nic nie ucierpi, ponieważ będę się starał, wedle sił i z Boską pomocą, wypełnić swoje obowiązki”.


List do generała zakonu Ludwika Martin,
Chyrów, 23 października 1897 r. 




„Niech nikt nie myśli, że pielęgnować trędowatych to bardzo łatwo albo przyjemnie. Czytać opisy w »Misjach [Katolickich]« lub gdzie indziej i przepatrywać rysunki, to łatwo się robi, a może i z przyjemnością, ale między opisem lub rysunkiem a rzeczywistością gruba różnica. O sobie trzeba zupełnie zapomnieć, tj. uważać na siebie tylko tyle, ile trzeba, żeby nierozważnie życia nie narażać bez potrzeby, co zresztą piąte przykazanie nakazuje, ale oddać się trzeba zupełnie obowiązkowi i być gotowym na śmierć z trądu, jeżeli się chce z pożytkiem tych nieszczęśliwych pracować. Wielkim panem tu być także nie można. Wielkim panem, to np. tak: zostawić chorych, żeby się przewietrzyć samemu; albo nie zważać na to, co choremu potrzebne, tylko robić to, co u mnie ulgę sprawia w czymkolwiek itp. Takich wygodnisiów tu nie trzeba”.


List do redakcji „Misji Katolickich”,
Tananariwa, 14 sierpnia 1899 r. 




„Niech Ojciec z łaski swojej powie mi, czy wypada czy nie tak zrobić. Ja chciałbym napisać do cesarza austriackiego z prośbą o wsparcie. On miłosierny, ks. Wehingerowi zafundował kilka łóżek. Ja nie mogę sam żebrać osobiście, więc bym listownie to zrobił, może by on i mnie co dał. Gdyby Ojciec to uznał za stosowne, to niech Ojciec będzie łaskaw przysłać mi jego adres i formę listu, bo ja o tych tytułach i formalnościach pojęcia nie mam. Jak przy tym napisać, czy koniecznie trzeba po niemiecku, czy można i po francusku? Gdyby trzeba było koniecznie po niemiecku, to kłopot w tym, że ja nic nie umiem niemieckiego. Choćby nawet Ojciec list napisał po niemiecku, żebym ja go przerysował (pisać nie umiem), to co zrobić, gdyby cesarz przysyłając mi co, dajmy na to, zapytał o co lub coś w tym rodzaju. Tutaj żaden z Francuzów nawet tyle nie umie co ja po niemiecku (ja może jakie 10 czy 15 słów rozumiem, ale nie więcej). Jeżeliby zaś można było po francusku, to czy mu napisać, że nie piszę po niemiecku, bo nie rozumiem, i czy mu napisać, żeby pieniądze wysłał do Paryża, a nie do mnie? (...) Gdyby można było po francusku napisać, to w każdym razie o jego adres proszę, bo nie wiem, jak się nazywa i gdzie mieszka, a Wiedeń przecież trochę większy od Chyrowa przypuśćmy, więc trzeba koniecznie ulicę i dom wymienić na kopercie”.


List do ks. Marcina Czermińskiego TJ,
Tananariwa, 28 grudnia 1899 r.




„Chorzy w ogóle są dla mnie ulegli, chętnie robią wszystko, co im powiem, ale na pytanie Przewielebnej Matki, czy mnie kochają i czy są wdzięczni, odpowiedzieć nie mogę – bo skąd ja mam wiedzieć o tym? Gdyby tak było, tobym się bardzo dziwił, bo jak można kochać takie drańcie. A wdzięcznymi za co mają mi być? Chyba za to, że pełnię swój obowiązek. Obowiązek to obowiązek, ale za to przecież żadna wdzięczność nie należy się od nikogo”.


List do przełożonej sióstr karmelitanek w krakowskiej dzielnicy Wesoła,
Tananariwa, 28 kwietnia 1900 r.




„Ot, niedawno zdarzyła się mi rzecz następująca: zamówiłem lekarstwo dla kilku moich chorych; to lekarstwo nie przyszło na czas, co mnie wprawiło w porządnie kwaskowaty humor. Spotyka mnie ktoś i pyta, czego jestem skwaszony; odpowiedziałem, że nie jestem skwaszony, ale zły na dobre, bo lekarstwa nie przysłano mi. Ten facet mi mówi, że nie ma czego być złym, bo nic jeszcze wielkiego się nie stało; nie nadeszło lekarstwo dziś, nadejdzie za parę dni, chorzy poczekają, na Madagaskarze wszystko tak powoli idzie. – Ale, czy rozumiesz, waszeć – zapytałem – że choroba nie czeka i idzie szybko, a chory przez to cierpi gorzej. – On mi bardzo łagodnie i grzecznie zaczyna przemawiać do rozumu, serca i woli: »Ojciec zanadto pieści swoich trędowatych (nie mówił mi to Malgasz, ale Europejczyk), to wszystko przyciśnięte i przygnębione teraz chorobą, przedtem każdy z nich to był łajdak, co się zowie; trzeba im dać trochę pocierpieć, niech pokutują za dawne grzechy«. Chciał dalej coś jeszcze majaczyć, ale przerwałem mu, bo już nie mogłem wytrzymać, kipiało we mnie na dobre: – Dość tego, mój panie. Jakim kto jest, łajdak czy poczciwy – to niech sądzi Pan Bóg, a nie my; jest to chory, któremu pomóc trzeba, i po sprawie. To, co nagadałeś, zapamiętam dobrze i jak zachorujesz, to przyjdę ci dosłownie powtórzyć to samo, to jest, że w młodości byłeś łajdak, teraz pokutuj za grzechy, itd. Poczerwieniał po same uszy i zamilkł. Może być łatwo, że nie mówił z przekonania, że z jego strony miał to być żart taki, mniejsza o to. Przyciąłem mu ostro, bo nie godzi się żartować z niedoli bliźnich. Może też stać się i to, że będą o mnie gadali, żem nieokrzesany, bez wychowania itp. – pal licho, niech gadają, tak mnie to obchodzi, jak zeszłoroczny śnieg. Oberwał, bo zasłużył; będzie na później pamiętał, że jak sobie kto pościele, tak spać będzie”.


List do redakcji „Misji Katolickich”,
Tananariwa, 28 marca 1901 r.




„W »Misjach« ze stycznia stoi: »Polska wydała dzielnego misjonarza ojca Beyzyma...«. Jak Ojciec mógł to puścić (może być, że Ojciec prześlepił, a to przepraszam) w korekcie, kiedy to kłamstwo? Może Ojciec nie wie, co, ile i jak inni robią, ale ja wiem dobrze, ile Ojciec np. ma do roboty, i dlatego może mi Ojciec wierzyć, ja ani jednej tysięcznej nie robię tego, co Ojciec. Spowiadać jeszcze nie mogę, a tu raptem zostałem dzielnym misjonarzem – ot masz tobie! Jeżeli ja przykład daję ludziom, to cóż dopiero mówić o szarytkach, które mają prawdziwe zaparcie się dla dobra drugich”.


Fragment listu do ks. M. Czermińskiego TJ, Tananariwa, 28 marca 1901 r.




„Czarni z heroicznym prawdziwie zaparciem się siebie garną się do Boga, a ilu to Europejczyków, co ani na brak księży, ani na odległość kościoła użalać się nie mogą, bo go nieraz mają o parę kroków zaledwie, a mimo to albo wcale ich nie widać w kościele, albo jak kiedy niby zajdą na mszę, to raczej, żeby siebie pokazać i ludzi zobaczyć, niż żeby uczcić Pana Boga. Dzikiego Malgasza martwi, że nie może się co miesiąc albo i częściej spowiadać, a naszym białym raz na rok aż zanadto wystarcza, a dla bardzo wielu i raz na rok to się wydaje za często i dlatego wcale się nie spowiadają”.


List do redakcji „Misji Katolickich”,
Fianarantsoa, 26 czerwca 1904 r.




„Na trąd ja tak samo zapatruję się jak i Ojciec – ani mnie on przestrasza, ani też wiele obchodzi, owszem, proszę o niego Matkę Najświętszą, i żeby raczyła, dotknąwszy mnie porządnym trądem, przyjąć łaskawie tę drobną ofiarę na uproszenie zbawienia jak największej ilości biednych trędowatych. Raz rodyła maty, raz treba umyraty, bylebym tylko nie był potępionym – o to mi chodzi, a czy trąd mnie sprzątnie z tej ziemi, czy inna choroba, to na jedno wychodzi. Żebym zaś widział w tym choć odrobinę heroizmu, jak Ojciec się wyraża, to otwarcie Ojcu mówię, że nie. Jaki w tym heroizm? Odkomenderowała Najświętsza Pani do obsługi trędowatych, to i jestem, ot i cała parada”.


List do ks. M. Czermińskiego TJ,
Fianarantsoa, 11 marca 1906 r. 




Fragmenty listów pochodzą z książki „Apostoł Madagaskaru. Wybór listów”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002.





Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 r. w majątku Beyzymy Wielkie na Wołyniu. Miał czworo rodzeństwa. Już jako dziecko chciał zostać księdzem. W wieku 22 lat wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi koło Brzozowa. 26 lipca 1881 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk biskupa krakowskiego Albina Dunajewskiego. Od 1887 r. pracował w jezuickim konwikcie w Chyrowie, jednym z najlepszych gimnazjów w zaborze austriackim. Najchętniej opiekował się chorymi, umieszczonymi w tamtejszej infirmerii. Decyzję o wyjeździe do schroniska trędowatych na Madagaskarze podjął w ponad ćwierć wieku od wstąpienia do zakonu. Na wyspę dotarł w grudniu 1898 r. Przez pierwsze trzy lata opiekował się trędowatymi w schronisku w Ambahiwuraku. Zamieszkał wspólnie z chorymi Malgaszami: opatrywał im rozkładające się rany, mył i karmił, robił zastrzyki. Upowszechnił wśród nich kult Matki Boskiej Częstochowskiej: „Brązowa jak my i poraniona jak my” – mówili jego podopieczni, których nazywał w listach „czarnymi pisklętami”. W 1902 r. postanowił wybudować na Madagaskarze nowoczesny ośrodek dla trędowatych – po dziewięciu latach w Maranie otwarto szpital pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, działający tam do dziś. Jezuita chciał jeszcze wyjechać do pracy na Sachalin, gdzie zsyłano polskich działaczy niepodległościowych, ale także zwykłych kryminalistów. Jednak 2 października 1912 r., o. Beyzym zmarł z niedożywienia i wyczerpania organizmu powracającymi atakami febry. Po jego śmierci madagaskarska prasa pisała: „Najpiękniejszą pochwałą tego człowieka jest to, że z miłości do Jezusa Chrystusa zabiegał, by zawsze być posługaczem trędowatych, i otrzymał na to pozwolenie. Są takie przymusowe prace, na jakie nawet zbrodniarzy się nie skazuje, a o. Beyzym pokochał je całym sercem”.
W grudniu 1992 r. watykańska Kongregacja do Spraw Kanonizacyjnych wydała dekret o heroiczności jego cnót. W 1997 r. młody mieszkaniec Krakowa uległ ciężkiemu wypadkowi: miał uszkodzone niemal wszystkie narządy wewnętrzne, przez osiem miesięcy leżał nieprzytomny w szpitalu. Cudowne uzdrowienie zawdzięcza wstawiennictwu o. Beyzyma. 

MZ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl