60. rocznica likwidacji krakowskiego getta


„Dzień był piękny, ciepły i słoneczny”

Katarzyna Zimmerer



Jest wiosna 1941 roku. Powiedzmy, że pracuję jako protokolantka w wydziale 
karnym sądu grodzkiego przy ulicy Czarnieckiego. Jeżdżę do pracy tramwajem numer 3, przez Krakowską i III Most, potem przez bramę getta na rogu ulic Kącik i Lwowskiej i ulicą Limanowskiego. Wysiadam po „stronie aryjskiej” (w getcie nie ma przystanków). Na posterunku policji przy bramie z napisem Jidischer Wojnbezirk i gwiazdą Dawida pokazuję stałą przepustkę.
„Ci ludzie przejeżdżają tramwajem przez getto i obrzucają nas pogardliwo-ciekawym spojrzeniem” – wspomina Halina Nelken. A ja? Czy idąc do pracy, zdaję sobie sprawę, że są skazani na zagładę?

*
„Żydowska dzielnica mieszkaniowa” powstała na mocy dekretu gubernatora dystryktu krakowskiego z 3 marca 1941 roku. Zajmowała kilka ulic w dzielnicy Podgórze. Otoczona murem, pilnie strzeżona przez policję, istniała dwa lata. Została zlikwidowana 13 i 14 marca 1943 roku.
Zgodnie z tajnym rozkazem Himmlera z 9 października 1942 roku, aby wszystkich pracujących Żydów skoszarować w obozach, w połowie listopada krakowskie getto zostało podzielone na dwie części. W części A mieli zamieszkać ci, którzy posiadali zaświadczenie o zatrudnieniu, w części B ludzie nigdzie nie pracujący. Granicę wyznaczały zasieki z drutów kolczastych. W części B, na Placu Zgody, znalazła się jedyna w getcie apteka – prowadzona przez Polaka, Tadeusza Pankiewicza, świadka zagłady krakowskich Żydów. 
27 listopada 1942 roku dowódca SS i policji dystryktu krakowskiego nakazał zbudowanie w Krakowie obozu pracy dla Żydów. Miał powstać w Płaszowie na terenie dwóch sąsiadujących ze sobą cmentarzy żydowskich – przy ul. Abrahama 3 i przy ul. Jerozolimskiej 25. Utworzono placówkę, „Barackenbau”, zatrudniającą wyłącznie pracowników żydowskich. Rozpoczęto burzenie nagrobków. Ładniejsze płyty granitowe posłużyły później niemieckim dygnitarzom jako materiał budowlany. Pozostałymi macewami wybrukowano główną ulicę obozu. Na gruntach pocmentarnych rozpoczęto budowę baraków. 
Komendant obozu, Amon Goeth, chciał go uruchomić jak najszybciej. W pierwszych dniach marca 1943 polecił Radzie Żydowskiej przeprowadzenie przesiedlenia mieszkańców getta A do obozu; od 10 marca co dzień miał się tam przenieść ustalony kontyngent ludzi. Przebieg akcji go jednak nie zadowolił.

*
W sobotę 13 marca 1943 r. nad ranem getto zostało otoczone oddziałami Sonderdienstu, do środka wkroczyły oddziały SS i ustawiły na placu karabiny maszynowe. Wszystko odbyło się w całkowitej ciszy, aby zaskoczyć mieszkańców, uniemożliwiając im ukrycie się lub ucieczkę. O 11 komisarz getta Gutter otrzymał rozkaz dowódcy SS i policji J. Schernera: wszyscy mieszkańcy części A musieli do godziny 17 tego samego dnia przenieść się do Płaszowa, a mieszkańcy getta B mieli się zebrać dnia następnego na Placu Zgody, skąd – jak zapewniało rozporządzenie – będą kierowani do baraków przedsiębiorstwa Ostbahn, w którym podejmą pracę. Przesiedlenie, wyjaśniał rozkaz, jest koniecznością wobec braku mieszkań w Krakowie.
„Uświadomiłem sobie, że obecne wysiedlenie przy tak wielkiej mobilizacji sił oprawców i przy tak znacznym okrojeniu getta do przestrzeni kilkunastu zaledwie domów – to koniec kilkuwiekowej historii krakowskiego żydostwa” – wspomina Julian Aleksandrowicz. 
„Nastrój panuje okropny. Zdenerwowanie szalone, ruch na ulicach nie do opisania. Krzyki nawołujących się nawzajem ludzi, bieganina obładowanych rzeczami, szukających swych placówek i swych najbliższych. W samym getcie kręci się właściwie kilkunastu Niemców z Amonem Goethem na czele, który z automatem w ręku ugania po ulicach. On i jego świta z nieodłącznymi psami Ralfem i Rolfem potęgują nastrój zdenerwowania” – opisuje ten dzień Pankiewicz.
Doktor Julian Aleksandrowicz poinformował pacjentów kierowanego przez siebie szpitala przy ulicy Józefińskiej o sytuacji. „Na sali wszczął się niesamowity tumult. Chorzy szybko się ubierali, siostry krzątały się między nimi, pomagając ze wszystkich sił. Po chwili nastała cisza. Szpitalik prawie że opustoszał, tylko rozrzucona w nieładzie pościel, walające się na podłodze poduszki i prześcieradła, pudła, papiery mówiły, że przeszedł tędy wicher zwiastujący burzę. Na łóżkach pozostało czterech zupełnie bezsilnych ludzi”. Doktor Aleksandrowicz zdecydował, że należy im podać śmiertelną dawkę trucizny. „Teraz już na pewno – to nakaz sumienia – nie pozwolę, by bezwładne ciała chorych, z tlejącą w nich resztką życia i świadomości, rzucano na ciężarowy platon, by potem wieźć do masowego grobu i żywcem grzebać”. 
Dzieci do czternastego roku życia musiały zostać w getcie. Amon Goeth obiecywał, że zostaną przywiezione do Płaszowa. Nie wszyscy rodzice uwierzyli. Wielu usiłowało przemycić młodsze dzieci, uśpione luminalem, w plecakach lub tobołkach. Starsze wysyłane były do obozu, ukryte na wozach. Inne próbowały opuścić getto razem z kolumnami maszerujących ludzi, schowane pod płaszczami dorosłych. 
„W pierwszych szeregach rozpaczliwy krzyk, to zapewne wyciągnięto spod boku matki dziecko 12- lub 14-letnie, nie pomogło wpisanie na listę pracujących, wybłagane, wykołatane od tygodni w głównym biurze Gemeinschaftów u radcy Guenthera (urząd zastępujący od 4.12.1942 dawny Arbeitsamt), nie pomógł noszony dumnie na piersiach przez malca od tygodni order: znak »Z«, »W« lub »R« (Zivilarbeiter, Wehrmachtsarbeiter, Ruestungsarbeiter), nie pomógł wreszcie ostatni wysiłek: wspinanie się na palcach, by wydawać się większym, bo bystre oko zbira wyławia dzieci i krótkie »zu klein, raus, weg« przypieczętowuje los” – wspomina Felicja Bannet. 
Wiele matek w ostatnim momencie zawróciło z kolumny i pozostało w getcie. Mężczyźni przeważnie zostawali w szeregach, ulegając namowom żon, które nadal miały nadzieję, że może uda im się jakimś cudem pomóc później swoim bliskim. 
Niewielka grupa osób uciekła tego dnia z getta kanałami. „Po długiej wędrówce dotarliśmy wreszcie do głównego kolektora. Teraz mogliśmy już chodzić wyprostowani. Pośrodku kolektora płynął potok kału, a w nim dziwna flotylla – opaska z niebieską gwiazdą, damskie pantofelki, dziecięca czapeczka” – wspomina Aleksandrowicz, który tą drogą przedostał się na aryjską stronę razem z żoną i kilkuletnim synkiem. Wkrótce jednak na skutek donosu droga przez kanały została zablokowana, przy wyjściach czekali Niemcy. 
Wśród bicia i krzyków esesmanów około 6000 Żydów pomaszerowało ulicami Limanowskiego i Wielicką do obozu w Płaszowie. W godzinach popołudniowych getto A opustoszało. Na wyludnionych ulicach zalegały porzucone bagaże. Patrole policji przeszukiwały domy od piwnic aż po strychy. Każdy człowiek przebywający bez zezwolenia po godzinie 17 w getcie A był od razu zabijany.
14 marca rano mieszkańcy getta B mieli się stawić na Placu Zgody. „Wynurzyły się postacie wymizerowane, obrośnięte, nie myte, z obłędnym wzrokiem, w którym malowała się rezygnacja i trwoga zarazem. Wychodziły kobiety z dziećmi na rękach lub w wózkach. Szli starcy niosąc pod pachą w aksamicie zawinięte księgi nabożne i szaty rytualne. Dzieci szły same, trzymając się za ręce. Dzień był piękny, ciepły i słoneczny” – pisze Pankiewicz. 
Do getta weszły oddziały SS i Sonderdienstu w pełnym uzbrojeniu, przyjechali też samochodami różni niemieccy dygnitarze. Niemcy przeszukiwali każdy dom, wyciągali ludzi z piwnic i strychów. Większość zabijali na miejscu. Zgromadzonych na Placu Zgody bili i strzelali do nich bez opamiętania. 
Żydów, obywateli państw obcych, którzy do tej pory mogli się poruszać po mieście bez przepustek, zagnano do ślepej uliczki wiodącej od Placu Zgody i tam rozstrzelano. Oberscharfuehrer Albert Hujar sam wymordował wszystkich pacjentów szpitala przy ul. Józefińskiej. Pod ścianą kamienicy położonej na wprost okien apteki „Pod Orłem” zabijano starców i kaleki. Na ulicy Wita Stwosza zastrzelono grupę starych kobiet. Zlikwidowano Kinderheim przy Józefińskiej. Najmłodsze dzieci wrzucano po kilkoro do koszy, które ładowano na wozy. Starsze prowadzono na podwórko domu na rogu ulic Nadwiślańskiej i Solnej i tam mordowano. 
Wreszcie esesmani zaczęli formować zgromadzony na Placu tłum w kolumny. Kobiety brutalnie oddzielono od mężczyzn, dzieci od rodziców. Z szeregu wyciągnięto grupę starszych osób. Kazano im biec tak szybko, jak tylko potrafią. Biegli wśród drwin, śmiechów i strzałów. Niektórym ten bieg uratował na chwilę życie. Mogli powrócić do szeregu. 
Młodych ustawiono z boku. Mieli czwórkami odmaszerować do obozu w Płaszowie. Część z nich odeszła od razu, część, około 150 osób, zatrzymano w gmachu OD. Potem ktoś doszedł do wniosku, że jest ich o połowę za dużo. Na chybił trafił wybrano 75 ludzi i rozstrzelano na miejscu. 
Pod bramę getta zajechały auta ciężarowe. Zgromadzeni na Placu mieli pozostawić wszystkie swoje rzeczy i wsiąść do samochodów. „Przez otwartą bramę przeciskają się ludzie. Stojący w przejściu esesmani wrzeszczą jak opętani, bijąc i kopiąc naglą do wyjścia. Płacz odłączonych dzieci i krzyki ich rodziców mrożą krew w żyłach. Dzieci w wózkach pozostawiono na pastwę losu. Rodzice domyślają się, co je czeka. Strzały nie milkną ani na chwilę. Coraz to inna grupa Niemców prowadzi dzieci na dziedziniec kamienicy nieopodal apteki i seria strzałów nie pozostawia wątpliwości, co się tam stało. Ludzie w pośpiechu opuszczają getto. Do czekających aut muszą wskakiwać szybko, bo stojący obok esesmani biją przeraźliwie” – wspomina Pankiewicz. 
Auta eskortowane przez esesmanów na motocyklach pojechały do KL Auschwitz. Cały transport skierowano od razu do komór gazowych. Ocalała jedynie grupa jadąca na ciężarówce, która popsuła się po drodze i dotarła do obozu już po akcji gazowania. Kilka osób z tej grupy przeżyło wojnę. 
Plac powoli pustoszał. Wszędzie leżały porzucone pakunki, walizki, tobołki. W getcie pozostało jeszcze trochę małych dzieci. Esesmani brali je na ręce i zanosili na ów koszmarny dziedziniec domu na rogu Nadwiślańskiej. Tam ustawiano je rzędem i zabijano jedną kulą.
Wreszcie ostatnie oddziały niemieckie opuściły getto. Odemani i zatrzymani na posterunku OD Żydzi musieli rozebrać do naga wszystkich pomordowanych – ich ubrania, wyprane i pocerowane, wysłano później do bombardowanych miast niemieckich.
Nagie ciała układano bezładnie w bramach domów. Później ładowano na platformy, przykrywano kocami i wieziono do Płaszowa, by pogrzebać w masowych grobach. Zdarzało się, że wśród trupów leżeli ludzie ciężko ranni, ale nie było dla nich ratunku. 
W getcie pozostały po wysiedleniu niektóre pracujące dla wojska przedsiębiorstwa – firma Madritscha przy Rynku Podgórskim, Zentrale für Handwerkslieferungen, mieszcząca w dawnej fabryce czekolady „Optima” przy ul. Węgierskiej warsztaty krawieckie, szewskie, garbarskie, rymarskie i stolarskie, oraz fabryka lamp Wachsa przy ul. Lwowskiej, gdzie produkowano wentylatory do bunkrów, a także piece i lampy naftowe. Wszystkie te zakłady zatrudniały przede wszystkim pracowników żydowskich, skoszarowanych w Płaszowie i konwojowanych co dzień do pracy. Razem z nimi przychodzili Żydzi pracujący przy segregowaniu pozostawionego w getcie mienia. Ich ubrania pomalowano w kratkę żółtą farbą olejną, by utrudnić ucieczkę. 
Z domów zabierano pozostawiony dobytek i gromadzono w magazynach – sprzęt medyczny w domu przy ulicy Limanowskiego 64, bieliznę, odzież i pościel na Józefińskiej, naczynia, szkło i porcelanę na Krakusa, meble na Węgierskiej. Rzeczy zniszczone naprawiano. Te, których naprawić się nie dało, palono na placu przy ulicy Targowej. Każdy przedmiot zapisywano w specjalnych kartotekach. W poszukiwaniu ukrytych pieniędzy i kosztowności rozbijano piece kaflowe, odrywano deski z podłóg, wyrywano framugi okien. Oddzielne grupy więźniów szukały w mieszkaniach obrazów. Wszystkie dzieła malarzy żydowskich, podobnie jak obrazy Polaków, przedstawiające żydowską tematykę, palono w podwórzu kamienicy przy Józefińskiej 16. Do magazynów często przyjeżdżali oficerowie SS i SD, by zabrać jakieś przedmioty wartościowe.
We wrześniu 1943 roku zdjęto ogrodzenie z drutu kolczastego i tym samym ostatecznie zlikwidowano żydowską dzielnicę zamkniętą, istniejącą w Krakowie przez dwa lata. Do opuszczonych, zrujnowanych domów wkroczyły ekipy remontowe. Już wkrótce zamieszkali w nich Polacy, wyrzuceni ze swych mieszkań w lepszych dzielnicach miasta, które mieli zająć dygnitarze niemieccy.

*
„Żydzi krakowscy ginęli wprawdzie bez zrywów wolnościowych takiej miary jak obrona getta w Warszawie, ale ginęli z powagą, godnie, bez poniżania się przed okupantem” – wspomina Tadeusz Pankiewicz, właściciel Apteki pod Orłem przy placu Zgody, krakowskim Umschlagplatzu. Po wojnie plac otrzymał imię Bohaterów Getta. Dziś znajduje się tu dworzec autobusowy. Jedynym świadectwem Zagłady około 56 tysięcy Żydów krakowskich jest niewielka tablica, umieszczona kilka dni temu obok muzeum w aptece. 

Tekst powyższy znajdzie się w książce o rodzinie Horowitzów przygotowywanej dla Wydawnictwa Literackiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl