Kościół i Unia – na marginesie IV Zjazdu Gnieźnieńskiego


Quo vadis? Do Europy!

Marek Zając



W dyskusji wokół referendum akcesyjnego dominuje przekonanie, że o wyniku głosowania może przesądzić stanowisko Kościoła. Tymczasem Konferencja Episkopatu Polski nie powie jednoznacznie „tak” bądź „nie”.


Kościół nie może nakazać wiernym, jak powinni głosować w sprawie akcesji; członkostwo w polityczno-ekonomicznych strukturach europejskich nie jest sprawą wiary ani wyborem z dziedziny moralnej nauki Kościoła. Z głosowania „za” albo „przeciw” Unii nie trzeba się będzie spowiadać. Można jednak postawić pytanie: czy biskupi nie mogą zaapelować do wiernych, by opowiedzieli się za wejściem ich kraju do UE?

Zdradzeni przez biskupów
Niedawno katoliccy biskupi Litwy wydali list pasterski, w którym wezwali rodaków do głosowania za akcesją do Unii. „Nie mamy dziś innego wyboru, jak tylko stać się częścią zjednoczonej Europy” – napisali hierarchowie. Ich zdaniem Litwa od wieków należy do Europy – w planowanym na 10 i 11 maja referendum „trzeba tylko głośno stwierdzić, że chcemy w niej pozostać”.
Czy można oczekiwać tak czytelnej deklaracji ze strony Episkopatu Polski? Nie – i to z kilku powodów. Po pierwsze, sprawa Unii wyraźnie dzieli katolików. Niektórzy publicyści twierdzą zatem, że biskupi stanęli przed dylematem: gdyby wezwali do głosowania na „nie”, część zwolenników wejścia Polski do UE przestałaby identyfikować się z Kościołem, a gdyby zaapelowali o głosy na „tak”, reakcja przeciwników Unii mogłaby być jeszcze gwałtowniejsza.
By zrozumieć zasadność takich obaw, wystarczyło obejrzeć pikietę przeciwników UE przed gmachem Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie, gdzie obradowali uczestnicy spotkania ruchów i organizacji katolickich „Quo vadis Europo” (15-16 marca). Na transparentach można było przeczytać: „Wczoraj Moskwa, Bruksela dzisiaj”, „Jeśli w Unii nie ma miejsca dla Boga, nie ma tam również miejsca dla Polaków”, „Nie buduj EuroSodomy” i „Święty Andrzeju Bobolo, patronie Polski, przed masońską Unią Europejską obroń nas!” (ten transparent objeżdża chyba całą Polskę; można go było zobaczyć np. podczas ostatniej Mszy papieskiej na Błoniach). Przed wejściem stanęła taczka, do której wsadzono krzesło i kartkę: „Dla euroentuzjastów przewozy gratis”. Jeden z organizatorów pikiety wyraźnie wzburzony opuścił obrady „Quo vadis...”. Jak ocenia spotkanie?
– To jest klika. To są zdrajcy, łącznie z Prymasem – mówi, pogardliwie wskazując podbródkiem wsiadającego właśnie do samochodu abpa Józefa Życińskiego. – Dlaczego do Gniezna nie zaproszono biskupa Frankowskiego? W tym momencie inny mężczyzna, wymachujący wielkim proporcem z piastowskim orłem, zaczyna skandować: „Biskupi do spowiedzi!”.
Pikieta liczyła tylko kilka osób, a tak radykalne zachowania to dziś margines w Kościele. Ale czy istnieje gwarancja, że skrajnych form sprzeciwu nie będzie więcej, jeśli biskupi wezwą do głosowania za Unią, a np. po akcesji przeciętny obywatel nie odczuje z początku wyraźnej poprawy sytuacji materialnej? Poważnym błędem jest zresztą utożsamianie przeciwników Unii wyłącznie ze środowiskiem skupionym wokół Radia Maryja, „Naszego Dziennika” i LPR – tzw. eurosceptycy są grupą liczniejszą i zróżnicowaną. Wystarczy porównywać poparcie dla partii Giertycha (w marcu wynosiło zaledwie 6 proc.) z odsetkiem Polaków deklarujących, że będą głosować przeciw Unii (21 proc.).
Trzeba jednak pamiętać, że Kościół to nie partia polityczna i w swoich działaniach kieruje się Ewangelią, a nie wahaniami popularności. Biskupi wiele razy podejmowali decyzje niepopularne, wbrew dominującym w społeczeństwie opiniom. Najlepszym przykładem jest list do biskupów niemieckich z 1965 r. I jeśli podziały wśród wiernych mają wpływ na fakt, że Episkopat nie będzie apelować o głosowanie w referendum akcesyjnym za lub przeciw Unii – to o tyle, że biskupi nie chcieliby ich pogłębiać. W takiej sytuacji przed referendum może jednak powstać list pasterski, który jasno przedstawi stanowisko Watykanu w sprawie integracji europejskiej (o manipulowaniu wypowiedziami Papieża przez „Nasz Dziennik” pisaliśmy w poprzednim „TP”) oraz wylicza szanse i obawy związane z wejściem do Unii, ostateczną decyzję pozostawiając sumieniu każdego katolika.

Generalnie tak, ale...
Niektórzy biskupi będą rzecz jasna wyrażać prywatną opinię na temat wejścia Polski do UE – w różnym stopniu, i po przeciwnych stronach barykady angażując się w przedreferendalną kampanię. I tu pojawia się drugi powód, dla którego Episkopat nie zaapeluje do wiernych o głosowanie „tak” lub „nie” w sprawie członkostwa w Unii – chodzi o różnice zdań w łonie Konferencji Biskupów. 
Przykładem są choćby słowa z homilii wygłoszonej 9 marca przez bpa Edwarda Frankowskiego, sufragana sandomierskiego, do zgromadzonych na Jasnej Górze rolników: „Nie! Dla telewizji, która chce zniewolić naszego ducha. Nie! Dla bezbożności w Unii Europejskiej. Nie oddać ziemi w obce ręce! Nie poddamy się naszym krzywdzicielom, tym, którzy nam szkodzą. Naszym zadaniem jest pójść do czerwcowego referendum. Skoro nie ma w Unii miejsca dla Boga, tym samym nie może tam być miejsca dla mnie”. Wystąpienie ciepło przyjęli zdesperowani rolnicy, ale skrytykowali biskupi na 321. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski. „To kazanie było niemądre, a biskup Frankowski tłumaczył się równie niemądrze” – powiedział jeden z hierarchów „Gazecie Wyborczej”. „Osobiste zdania biskupów nie mogą przesłaniać ich duchowej jednomyślności – podkreślił abp Henryk Muszyński. – Nie można instrumentalizować Kościoła, a tym bardziej Mszy świętej”. Metropolita gnieźnieński twierdzi, że Episkopat nie jest podzielony w kwestii integracji: „Nie widać pęknięć, natomiast czasami niektórzy biskupi mają odmienne zdania”.
W przeprowadzonej przez „Tygodnik” (nr 6/2003) ankiecie wśród ordynariuszy, czy są za, czy przeciw wstąpieniu Polski do UE na wynegocjowanych w Kopenhadze warunkach, bp Alojzy Orszulik z Łowicza napisał: „Trudno mi nie być za wejściem Polski do Unii Europejskiej, skoro jako członek Konferencji Episkopatu Polski podpisałem dokument pt. »Biskupi polscy wobec integracji europejskiej« z 21 marca 2002 r.”. Podobny sens miała wypowiedź bpa Andrzeja Śliwińskiego z diecezji elbląskiej. Tymczasem inni sygnatariusze tego dokumentu nie kryją wahań, niektórzy pewnie zagłosują przeciw. Wynika to ze sposobu sformułowania stanowiska Episkopatu, które można określić jako „generalnie tak dla integracji, ale...”. Ta konstrukcja nie wskazuje jednoznacznie, jaką decyzję należy podjąć w referendum. Ci, którzy zagłosują przeciw akcesji, powoływać się będą na owo „ale”, natomiast ci, którzy opowiedzą się za Unią, swoje postępowanie będą uzasadniać generalną akceptacją integracji europejskiej przez Kościół w Polsce.

List europejsko-ekumeniczny
Podobny charakter będzie mieć zapewne – o ile powstanie – specjalny list pasterski Episkopatu przed referendum. Choć czasu jest niewiele, a Episkopat nie podjął jeszcze w sprawie dokumentu oficjalnej decyzji, abp Muszyński zapewniał po ostatnim Zebraniu Plenarnym: „Jestem przekonany, że takie słowo się ukaże”. Można spekulować, że list będzie zawierać „kryteria wartościowania” dla głosujących w referendum, których ogłoszenie zapowiadał w grudniu metropolita gnieźnieński. Abp Muszyński wymieniał wówczas trzy wskazówki: „Pierwsze kryterium: czy i na ile integracja Polski z UE służy dobru kraju. Drugie: czy metody reformowania kraju mające doprowadzić do integracji z UE są przeprowadzone w sposób demokratyczny. I po trzecie, czy celem wszelkich reform jest człowiek i jego dobro?”. Kryteria na tyle ogólne, że nie sugerują, czy Kościół nawołuje do głosowania za, czy przeciw.
Czy list Episkopatu w sprawie referendum w ogóle powstanie? – Jest propozycja zmierzająca w tym kierunku, ale nie potrafię powiedzieć, czy zostanie wypracowana i przyjęta na czas – powiedział „Tygodnikowi” abp Józef Życiński. Czy w takim razie metropolita lubelski wystosuje przed referendum własny list do diecezjan? – Wydałem w sprawie Unii już kilka listów – przypomniał arcybiskup. – Odczytano je w kościołach i nie wywołały reakcji emocjonalnych. Dlatego dziś wolę spotykać się z grupami i tłumaczyć im problematykę europejską. Żeby kogoś przekonać, trzeba stworzyć szansę do dialogu. Na terenach Lubelszczyzny sytuacja jest o tyle trudniejsza, że ludzie boją się Zachodu, a mają dobre kontakty z Ukrainą. Wielu mówi: lepiej, żeby zostało po staremu, my się z Ukraińcami dogadamy – a w Unii zamkną granicę, Ukraińcy przestaną przyjeżdżać, padnie handel. Dlatego w mojej diecezji istnieje poważne niebezpieczeństwo, że frekwencja w referendum może być albo niska, albo większość zagłosuje na »nie« – zatem staram się jak najwięcej uczestniczyć w bezpośrednich spotkaniach z wiernymi.
W rozmowie z „Tygodnikiem” Marcin Przeciszewski, szef Katolickiej Agencji Informacyjnej, nazwał ewentualny brak listu przed referendum „grzechem zaniedbania”. – Tradycja polskiego Kościoła pokazuje, iż jego pasterze zawsze towarzyszyli Polakom w przełomowych momentach – tłumaczy Przeciszewski. – Dlatego teraz nie może zabraknąć głosu tak ważnego autorytetu społecznego jak Episkopat; wierni go oczekują. Jego zdaniem jest też inny argument, przemawiający za wydaniem listu: – Mamy dziś do czynienia z próbą podzielenia Kościoła w imię interesów politycznych przeciwników integracji. Pewne grupy od dawna prowadzą grę o Kościół: skoro nie udało się go przechwycić jako środowiska antyeuropejskiego, to usiłują go podzielić – niestety, z niezłym skutkiem. Dlatego potrzebny jest zdecydowany głos pasterzy, który przeciwstawi się takim tendencjom.
Listu w sprawie referendum na pewno nie wydadzą hierarchowie prawosławni: – Wynika to z tradycji, że wypowiadają się oni wyłącznie w sprawach ściśle związanych z teologią – tłumaczy ks. Jan Kojło, dyrektor radia „Orthodoxia” z prawosławnej diecezji białostocko-gdańskiej. Stanowisko prawosławnych biskupów w sprawie Unii jest jednak proste: – Kościół prawosławny stara się podkreślić swobodę sumienia i wyboru. A nie jest przeciwko integracji, bo widzi doświadczenia innych krajów, np. pod względem prawnym status Kościoła prawosławnego w Finlandii poprawił się po wejściu tego kraju do Unii – mówi ks. Kojło.
Tuż przed referendum listu do wiernych nie ogłosi też Kościół Ewangelicko-Augsburski. Bp Tadeusz Szurman z diecezji katowickiej wyjaśnił „Tygodnikowi”: – Przed samym referendum byłby to krok spóźniony i odebrany jako mieszanie się w sprawy polityczne. Zdaniem bpa Szurmana do tak ważnego wydarzenia wiernych trzeba przygotowywać długofalowo: – Dlatego oficjalne stanowisko wobec integracji zawarto już w oświadczeniu Rady Synodalnej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego ze stycznia 2000. oraz w dokumencie Synodu »Wspólna Europa« z marca 2000. W dokumentach tych nasz Kościół wskazuje na korzyści wypływające z integracji z UE, które naszym zdaniem przewyższają ewentualne wyrzeczenia i trudności. Oczywiście, jako Kościół, który szanuje demokrację, nie możemy nikomu nakazać, jak głosować – po prostu otwarcie mówimy o zaletach akcesji.
Być może powstanie natomiast wspólny list Kościołów chrześcijańskich. Projekt, jak poinformował prawosławny arcybiskup Jeremiasz, opracować ma Polska Rada Ekumeniczna. Po zatwierdzeniu dokument ma być przedstawiony 30 kwietnia Kościołowi katolickiemu na posiedzeniu Komisji ds. Dialogu pomiędzy Konferencją Episkopatu Polski a Polską Radą Ekumeniczną.

Katolika przełom kopernikański
Choć Episkopat nie zaapeluje do wiernych o głosowanie za lub przeciw akcesji, nie należy bagatelizować roli Kościoła w sprawie wejścia Polski do Unii, jego ogromnego autorytetu i siły oddziaływania. Z tej perspektywy szczególnie cenne są takie inicjatywy, jak spotkanie „Quo vadis Europo”, nazywane też IV Zjazdem Gnieźnieńskim.
Do dawnej stolicy Polski, by dyskutować o jednoczeniu się Europy, przyjechało ponad 500 przedstawicieli 200 organizacji i ruchów katolickich z całego kraju. Rzadko na katolickich kongresach na temat integracji zbiera się tak szerokie spektrum: od zwolenników akcesji, poprzez niezdecydowanych i eurosceptyków, po zdeklarowanych przeciwników wejścia do Unii. Co najważniejsze, większość z nich to animatorzy prężnych organizacji religijnych, lokalni liderzy opinii – bardziej wiarygodni w swoich środowiskach niż rządowe spoty europejskie. Zdaniem Marcina Witana z Redakcji Katolickiej Polskiego Radia, ten zjazd może mieć wielkie znaczenie w perspektywie referendum: – Jego uczestnicy są najaktywniejszą grupą polskich katolików. Kiedy opowiedzą innym, co działo się w Gnieźnie, to pod wpływem ich przekonań cała masa katolików biernych – a tych jest w Polsce większość – zadecyduje, jak głosować.
Zjazd przełamał więc stereotyp konferencji europejskich, na których zazwyczaj odbywa się „przekonywanie przekonanych”. Z drugiej strony przełamał barierę informacyjnego getta, w którym większość wahających się w sprawie Unii katolików czerpie wiedzę wyłącznie z mediów związanych z o. Rydzykiem i tournée posłów LPR po parafialnych salkach. Sceptycznie nastawieni do Unii wierzący mogli przedstawić swe obawy hierarchom Kościoła (abp Muszyński gościł w Gnieźnie m.in. kard. Lubomyra Huzara ze Lwowa, przewodniczącego Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej Josefa Homeyera, kard. Józefa Glempa, abpa Stanisław Gądeckiego z Poznania, abpa Józefa Życińskiego z Lublina, ewangelickiego bpa Tadeusza Szurmana), polskim i europejskim politykom (m.in. Józef Oleksy, Danuta Hübner, Edmund Wittbrodt, minister ds. europejskich Włoch Rocco Buttiglione, doradca przewodniczącego Komisji Europejskiej Romano Prodiego ds. dialogu ze wspólnotami wyznaniowymi Michael Weninger, szef delegacji Europejskiej Partii Ludowej do Konwentu Elmar Brok, przewodniczący frakcji Europejskiej Partii Ludowej Hans-Gert Poettering, Jan Kułakowski, Maciej Płażyński, Marek Jurek i były premier Węgier Viktor Orban) oraz intelektualistom (Jerzy Kłoczowski, ks. Andrzej Szostek, Piotr Cywiński, Mirosław Marynowicz, o. Wacław Oszajca i inni).
Lęki części polskich katolików zawarł w swym wystąpieniu kard. Józef Glemp. Wygłaszając słowo wstępne, Prymas wskazywał na różnicę między „wychowanymi na Marksie” socjaldemokratami z dawnych krajów postkomunistycznych a ich ideowymi krewniakami z Zachodu – „wychowanymi na planie Marshalla”. Z pewnością wielu wierzących odczuwa jako dyskomfort fakt, że do Unii wprowadza ich kraj rząd lewicowy. Wielu z nich pewnie zaufałoby deklaracjom prawicowego premiera o korzyściach z akcesji; Leszkowi Millerowi – nie. „Chcę zapewnić Księdza Prymasa, że działamy w ramach rodziny europejskiej socjaldemokracji, a czasem nawet bardziej niż socjaldemokraci z Zachodu dbamy o wartości” – ripostował Józef Oleksy.
Przewodniczący Konferencji Episkopatu mówił też, że religie, a zwłaszcza Kościoły, nie są wygodne dla administracji unijnej. Niosą jednak podstawowe zasady: obronę życia, małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny i rodziny. Kwestie ochrony życia wzbudzały na „Quo vadis...” najwięcej emocji. Prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia Paweł Wosicki krytykował rząd za przyjęcie zbyt ogólnej i jednostronnej „deklaracji o wartościach” (ma być dołączona do traktatu akcesyjnego). W odpowiedzi abp Muszyński, Józef Oleksy i minister Danuta Hübner odsłonili kulisy negocjacji między rządem, parlamentem i Episkopatem w sprawie deklaracji. Okazuje się, że jej treść może jeszcze zostać zmieniona – zajmą się tym sejmowe Komisje: Europejska i Kultury. Gdy na konferencji prasowej obrońcy życia zagrozili, że bez postulowanej przez nich formuły deklaracji będą wzywać do głosowania przeciwko Unii, poirytowany Michael Weninger odparł: „W Europie Zachodniej jest wielu, którzy myślą o ochronie życia jak wy – musicie wejść do Unii i ich wspomóc, nie zostawiajcie ich samych”.
– Na Zjeździe przekazano wiele istotnych uwag, wyjaśniających kwestie integracji od strony gospodarczej, społecznej i duchowej – mówi tuż po ogłoszeniu zamykającego IV Zjazd Gnieźnieński Przesłania do Europy (jego tekst znajduje się na stronie internetowej „Tygodnika”) jedna z uczestniczek, Ewa Jurewiczowa z Warszawy, członkini Krucjaty Wyzwolenia Człowieka (organizacja zajmuje się rozwiązywaniem problemów alkoholowych). – Dobrze, że były reprezentowane tak odmienne środowiska. Dzięki temu spotkanie pozwoliło na wymianę opinii i mam nadzieję, że wielu wyjeżdża stąd przekonanych, by zachęcać innych do głosowania za.
Z opustoszałej sali zjazdowej wychodzi Władysława Czyż z Akcji Katolickiej. Przed chwilą zdobyła dedykację posła Marka Jurka: – Przyjechałam do Gniezna zdecydowana głosować przeciw Unii. Także po tym, co usłyszałam na Zjeździe, będę głosować przeciw. Ale dostrzegłam tu rozgraniczenia na sferę ducha i ekonomiczno-polityczną. Rozumiem dylemat, który dotyczy pewnie wielu Polaków: chcieliby powiedzieć »tak« Europie zjednoczonej w dziedzinie ducha, ale nie widzą dla Polski miejsca w Unii na płaszczyźnie gospodarczo-ekonomicznej.
IV Zjazd Gnieźnieński dowodzi, że możliwa jest w Polsce rozmowa między przeciwnikami i zwolennikami Unii. W Gnieźnie nikt nie obawiał się jasno określić, jak będzie głosować, ale starał się tę decyzję możliwie racjonalnie uzasadnić. Kościół zaś był świetnym moderatorem dyskusji.
Marcin Przeciszewski, jeden z organizatorów Zjazdu, tak charakteryzuje cel spotkania: – Musimy wyjść z zaklętego kręgu dyskusji, czy prawdziwy katolik powinien być za czy przeciw Unii; zrozumieć, że niezależnie od wyniku referendum – choć mam nadzieję, że będzie pozytywny – Polska pozostaje w Europie i jest na tym kontynencie krajem o szczególnie żywej religijności. Przyszedł czas na przełom kopernikański w polskiej świadomości katolickiej – otwarcie oczu na fakt, że jesteśmy odpowiedzialni za tożsamość religijną nie tylko Polski, ale przede wszystkim Europy. Musimy wziąć odpowiedzialność za przyszłość kontynentu. Ten kongres ma nas przygotować do dawania świadectwa w Europie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl