Dwa koncerty jazzowe: Dave Douglas i Marc Copland


Opisać ciszę

Łukasz Tischner



Miłośnicy jazzu mają ostatnio mocno wypełniony kalendarz. Koncertują w Polsce zespoły reprezentujące najrozmaitsze nurty muzyki improwizowanej. A różnorodność jest przecież tym, co jazzowe tygrysy lubią najbardziej.


Już od kilku tygodni ostrzyłem sobie apetyt na dwa koncerty: Septetu Dave’a Douglasa i fortepianowego trio Marca Coplanda. Zwłaszcza na ten pierwszy, bo katowicki koncert otwierał światową trasę koncertową, promującą najnowszą płytę najbardziej dziś rozchwytywanego trębacza z Nowego Jorku „Freak In”. Okazało się jednak, że to nie zdobywca wszelkich jazzowych trofeów, Douglas, lecz raczej mało znany Marc Copland podbił moje serce.
Dave Douglas dał się dotąd poznać jako wirtuoz trąbki i twórczy interpretator tradycji, czerpiący z wielu, niekoniecznie jazzowych, źródeł. Trudno opisać wszystkie obszary jego muzycznych zainteresowań. Zaczynał od fascynacji europejską piosenką (Kosma, Weill, Brassens), potem sięgał do folkloru Bałkanów i Karpat (piękna płyta „Charms of the Night Sky”, współpraca z „Masadą” Johna Zorna), co nie przeszkadzało mu równocześnie zaciągać dług u Strawińskiego czy Cage’a, ale i u jazzowych antenatów jak Booker Little i Wayne Shorter. Wyróżnia go zdecydowany, liryczny ton, skłonność do słowiańskiej melancholii i upodobanie do oryginalnych składów – np. trąbka, akordeon, skrzypce, wiolonczela i sekcja rytmiczna. Przez długi czas konsekwentnie stronił od elektroniki, ale właśnie w ostatnich latach, zapewne pod wpływem kolegów z kręgu nowojorskiego downtown, zaczął się coraz śmielej elektryfikować, co na ogół niczego dobrego nie wróży („komunizm – to władza Rad plus elektryfikacja”). Od razu zaznaczam, że nie jestem w tym względzie purystą. Elektronika dawkowana z umiarem i intuicją (by przywołać choćby „In a Silent Way”), nie musi być sojusznikiem władzy Rad.
Douglas jak zwykle zaskoczył instrumentacją – nie licząc trąbki, w Katowicach zagrały: saksofon, gitara, archaicznie brzmiące elektryczne pianino Wurtlizer, zagadkowy syntezator i sekcja rytmiczna. Dość mozolnie wykoncypowane kompozycje łączyły wiele światów. I właśnie tu był pies pogrzebany. Douglas sięgnął do tradycji elektrycznego, tego głośniejszego Milesa Davisa (choć niewątpliwie zaciągnął także kredyt u rozmaitych rockmanów), chcąc pokazać, jak dziś ożywić to zapomniane dziedzictwo. Po pierwsze zastosował elektrowstrząsy – za sprawą Ikue Mori wprowadził całą gamę najdziwniejszych dźwiękowych plam i industrialnych pisków (chwilami miałem wrażenie, że to nie Japonka, ale Huta Katowice), rozwijając estetykę wielkomiejskiego hałasu. Po drugie zatrudnił „czarną” sekcję rytmiczną (rewelacyjnie grający off-beat kontrabasista Brad Jones!), wyraźnie lubiącą transowe szaleństwo w stylu Threadgilla. Po trzecie wreszcie, dodał własne, nastrojowe sola, które jednak gubiły się w natłoku stylistycznej inwencji. Jaki przyniosło to efekt? Zaklęcia Douglasa na niewiele się zdały – niestety duch tradycji tym razem nie ożył.
Moje narzekania są jednak trochę na wyrost, bo trąbkowe improwizacje (z całym dobrodziejstwem sztuczek brzmieniowych), kilka hancockowskich popisów na elektrycznym pianinie, inteligentne sola gitarzysty (David Gilmore) i wziętego saksofonisty (Seamus Blake), a zwłaszcza gejzer rytmicznej inwencji Jonesa i perkusisty Derreka Phillipsa w zupełności wystarczyły, by uznać koncert w Górnośląskim Centrum Kultury za wydarzenie całkiem udane. Nie zmienia to jednak ogólnego wrażenia, że muzycy grali raczej obok siebie niż ze sobą (wiele może tłumaczyć fakt, że na płycie „Freak In” gra nieco inny skład...).
Następnego wieczoru znalazłem się w krakowskim Centrum „Manggha”. Na scenie pojawili się dwaj uśmiechnięci gentlemani – pianista Marc Copland oraz szara eminencja wśród liryków kontrabasu – Drew Gress, który ongiś grywał także z Douglasem. Towarzyszył im młody perkusista Jochen Rueckert, o wyglądzie nowojorskiego blokersa i – jak się miało okazać – gołębim sercu. Miałem jeszcze w uszach „elektrowstrząsy” wydobywane przez Ikue Mori, kiedy Copland zaczął grać piano i pianissimo. Przez dłuższą chwilę dostrajałem słuch do fortepianowego szeptu. Przypomniały mi się wtedy słowa Herberta: „krzyk dotyka ciszy / ale przez ochrypnięcie / a nie przez wolę / opisania ciszy”. Mistrzostwo Coplanda polega właśnie na tym, że chce i potrafi opisać ciszę.
Żywiołem trzech panów są ballady, jak na przykład intymne „Young and Foolish”, które otwarło krakowski koncert. Ale Copland potrafi zbliżyć do ballady także beztroską piosenkę „Greensleeves”, rozsławioną przez Coltrane’a, a nawet „Cantaloupe Island” Hancocka. Niezwykła wyobraźnia harmoniczna pozwala Coplandowi z wielkim smakiem reinterpretować evergreeny. I właśnie ona stanowi o sile jego pianistycznego idiomu (trudno w to uwierzyć, ale Copland nauczył się gry na fortepianie, kiedy był już poważanym saksofonistą). Czułe akordy spowijała lekka melancholijna mgiełka (pianista w niepowtarzalny sposób operuje pedałami), ale Copland ani przez chwilę nie zapominał o swingu, co zbliża go raczej do tradycji Evansa niż do pianistyki Jarretta, do którego bywa porównywany. Z zapartym tchem wsłuchiwałem się w dialogi z Gressem, którego zwiewny walking (charakterystyczne dyskretne flażolety) zestrajał się z dźwiękami fortepianu jak puls z oddechem. Dawno nie słyszałem perkusisty równie mistrzowsko posługującego się szczoteczkami, co Rueckert. Trio zaczarowało krakowską publiczność, która niechętnie zakłócała oklaskami oniryczną aurę koncertu. Ale udało się wymóc dwa bisy.

*
Dobra passa dla jazzu wciąż trwa. „Era” zapowiada koncerty Davida Murraya z najzdolniejszą polską młodzieżą (25 kwietnia w „Teatrze Małym” w Warszawie z trio Sławomira Jaskułke, 26 kwietnia w krakowskim Centrum „Manngha” z braćmi Olesiami) i pierwszy nad Wisłą występ trio Keitha Jarretta (warszawska „Sala Kongresowa”, 30 kwietnia). „Paradam” z kolei zaprasza do Katowic na spotkanie z fortepianowym trio Gonzalo Rubalcaba („Górnośląskie Centrum Kultury”, 25 kwietnia). Idzie wiosna! 

Dave Douglas Septet (Dave Douglas – trąbka, David Gilmore – gitara elektryczna i akustyczna, Seamus Blake – saksofon, Jamie Saft – instrumenty klawiszowe, Derek Phillips – perkusja, Brad Jones – kontrabas elektryczny i akustyczny, Ikue Mori – instrumenty perkusyjne i elektroniczne), Górnośląskie Centrum Kultury, Katowice 7 marca 2003, koncert z cyklu „Jazz raz po raz”, zorganizowany przez agencję artystyczną „Paradam”.
Marc Copland Trio (Marc Copland – fortepian, Drew Gress – kontrabas, Jochen Rueckert – perkusja), Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manngha”, Kraków 8 marca 2003, koncert w ramach „Ery jazzu”.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl