„Kaczor” i „Maniek”

Sylwia Sitkowska, Tomasz Potkaj 



W jednostce antyterrorystycznej ich sekcja specjalizowała się w akcjach na wysokościach. Dariusz Marciniak, lat 29, pseudonim operacyjny „Kaczor”, oraz Marian Szczucki, lat 36, pseudonim „Maniek”, razem wspinali się po skałkach i ścianach treningowych. W nocy z 5 na 6 marca razem pojechali na akcję w Magdalence. I razem zginęli.


– Uśmiechnięty, tak od ucha do ucha, po prostu „Kaczor” – tak o Darku Marciniaku opowiada kolega-policjant, który w połowie lat 90. służył z nim w Centralnym Pododdziale Antyterrorystycznym, jednostce do zadań specjalnych: zatrzymywania groźnych bandytów, odbijania zakładników. Do jednostki Darek trafił ze „zwykłej” policji, z Nowego Dworu Mazowieckiego. Miał 20, najwyżej 21 lat. Na egzamin wstępny zgłosiło się około setki kandydatów. 80 proc. odpadło na testach psychologicznych, kolejne 10 proc. na testach sprawnościowych. Pozostało ich dwunastu, zakwalifikowanych na kurs. 
Włodzimierz Lubelski (od półtora roku na emeryturze) był wówczas instruktorem. Pamięta Darka i jego kolegów. – To był dobry nabór i mocna grupa, właściwie bez słabych punktów – wspomina. – „Kaczora” pociągały sporty ekstremalne. Skakał na spadochronie, nurkował. Bardzo lubił i te sporty, i później pracę. 
Koledzy „Kaczora”: – On wszystko starał się robić jak najlepiej, bardzo ambitny. No i był duszą towarzystwa, zarażał humorem. Wysoki, wysportowany, z blond włosami i niebieskimi oczami. Podobał się dziewczynom.
Szczucki był starszy, także stopniem: był naczelnikiem wydziału Zarządu Bojowego Centralnego Biura Śledczego. Pochodził z okolic Rybnika; w policji pracował od 14 lat, prawie od początku jako antyterrorysta. Rok temu został magistrem politologii, wcześniej skończył Wyższą Szkołę Policyjną w Szczytnie. 
Koledzy wspominają go jako dowódcę: – Był przyjacielem, w pracy i poza nią. Perfekcjonista, niesłychanie sprawny fizycznie, „człowiek-żyła”. Żył pracą i sportem: potrafił nie jeść, nie spać i mieć chęć do pracy. Kiedyś chciał się z nami założyć, że zrobi więcej brzuszków niż piętnastu z nas na zmianę. Limit czasowy był nieograniczony, miał przegrać ten, kto się szybciej zmęczy. Nie założyliśmy się. On robił setki brzuszków i pompek, i nie był zmęczony. 
Szczucki, także doskonały strzelec, tor przeszkód pokonywał w cztery minuty, gdy standard wynosił osiem. Trenował sporty ekstremalne: rafting, nurkowanie. Ale najbardziej kochał wspinaczkę: był instruktorem ratownictwa wysokościowego i speleologii. – Góry to było jego hobby, mógł łazić godzinami tam, gdzie inni się bali albo nie potrafili – mówią koledzy. 
Szczuckiego znali w GOPR. W ubiegłym roku wbiegł najszybciej na 15. piętro z butlą tlenową, dzięki czemu jego drużyna wygrała zawody GOPR-u
w ratownictwie wysokościowym. 
W testach sprawnościowych „Maniek” zajmował zwykle pierwsze miejsca. „Kaczor” był zaraz za nim. 
Sekcja „Kaczora” i „Mańka” (aby chronić swe rodziny, policjanci z jednostek antyterrorystycznych używają nie tylko masek na twarzach, ale także pseudonimów; bandyci mogą podsłuchiwać łączność policyjną i wywoływanie się nazwiskami nie jest bezpieczne) specjalizowała się w akcjach na wysokościach. Taternicy wiedzą, że wspinaczka – to także trening zaufania do partnerów: kiedy idzie się po ścianie na linie, trzeba mieć pewność, że kolega zaasekuruje i zatrzyma spadającego. 
Tamtej nocy w Magdalence wybuchły bomby i granaty, rzucane przez bandytów. Połowa z atakujących antyterrorystów została ranna. Pozostali wynosili pod ogniem kolegów. Wśród nich Mariana, ciężko rannego w głowę. 
Mimo operacji nie odzyskał już przytomności: kula uszkodziła mózg. Umarł w miniony piątek, późnym wieczorem („Do końca walczyliśmy o jego życie” – powie lekarz ze szpitala MSWiA). Dariusz, także ciężko ranny, wykrwawił się na miejscu.

*
– Robiliśmy wcześniej dziesiątki podobnych akcji – mówi Lubelski. – A „Kaczor” spędził też wcześniej pół roku w Kosowie.
Do polskiej misji policyjnej w Kosowie Darek zgłosił się, jak wszyscy jej uczestnicy, na ochotnika. Do ich zadań należało utrzymanie bezpieczeństwa w regionie, gdzie często dochodzi do starć między Albańczykami a Serbami (podczas rozpraszania serbskiej demonstracji w Mitrovicy demonstranci rzucili w polskich policjantów granaty, kilkunastu zostało rannych). Policjanci chronią też organizacje humanitarne i mają uczestniczyć w „demokratyzacji życia w Kosowie” (jak podaje Komenda Główna), np. podczas wyborów. 
– Strach? – powtarza pytanie Włodzimierz Lubelski. – W tej robocie nie mówi się o strachu. Jest zadanie, trzeba je wykonać i tyle. Szkoda chłopaków...
W pogrzebie „Kaczora” – w jego rodzinnym Sochocinie koło Płońska – wzięło udział kilkuset policjantów. Przyjechali z całego kraju. Przenieśli jego trumnę z kościoła na cmentarz.
„Nie ma większego heroizmu i piękna nad to, gdy człowiek gotów jest poświęcić swe życie, by inni mogli żyć spokojnie i bezpiecznie” – mówił nad trumną Darka biskup Marian Duś, duszpasterz policji. „Oddał życie za ojczyznę, za prawa, które budują państwo” – dodał minister Janik.
Na trumnę „Kaczora” spadały czerwone róże, rzucane przez kolegów. Pogrzeb „Mańka” będzie w tym tygodniu. Prezydent pośmiertnie awansował „Kaczora” na podkomisarza (pierwszy stopień oficerski), a „Mańka” na nadkomisarza. 
Wstępujący do policji przysięga: „Ja obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowania obowiązków policjanta, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia”.
„Maniek” marzył, że na emeryturze zamieszka w górach. Od kilku lat był związany z Jolą. Jej nastoletnią córkę traktował jak własną; byli rodziną. – Mówiła do niego „tato”, a on do niej „córeczko”, była jego oczkiem w głowie – wspominają koledzy.
Od przywiezienia Mariana do szpitala, Jola nie odstępowała jego łóżka.
– Ciężko przyzwyczajam się do myśli, że go nie ma – mówi Włodzimierz Lubelski, przyjaciel Szczuckiego. – Niedawno byliśmy razem na nartach w Zieleńcu. Uczył jeździć moją córkę. Liczyłem, że wyjdzie z tego, miał silny organizm...
„Kaczor” zostawił Milenę. Od niedawna mieszkali razem, za kilka miesięcy chcieli brać ślub. Planowali dzieci. – Także dlatego pojechał do Kosowa – mówią koledzy. – Chciał zarobić na wymarzony dom. Pomagaliśmy mu szukać działki koło Nowego Dworu i zdobyć kredyt. Bo my w jednostce trzymamy się razem, jak rodzina. To u nas niepisane prawo, nawet na wakacje wyjeżdżaliśmy wszyscy razem. 
„Kaczor” uwielbiał też jazdę motorem. Zapożyczył się, kupił ciężki motocykl Suzuki. Jeździł nim na zloty, kupował części. – Szczoteczką do zębów mył łańcuch – uśmiecha się jeden z kolegów, ale uśmiech znika z twarzy. 
W jednostce wciąż leży deska widsurfingowa „Kaczora” i żagiel.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl