Polski policjant zarabia często mniej niż wynosi tzw. średnia krajowa


Policjantów portret zwyczajny

Tomasz Potkaj



W ciągu 13 lat istnienia policji zginęło 91 funkcjonariuszy. Polegli w walce z bandytami, rozbrajając bomby, ratując ludzi z katastrof. W 1992 r. podczas zatrzymywania złodziei aut od kuli ginie 25-letni policjant. W 1996 r. w Warszawie w czasie prześwietlania bomby na stacji benzynowej traci życie 31-letni antyterrorysta; osierocił dwoje dzieci. W styczniu ub. r. dwaj stołeczni policjanci giną w pościgu za złodziejem aut. W marcu w Parolach podczas bitwy z bandytami ginie naczelnik sekcji kryminalnej komendy w Piasecznie. Dwa miesiące później tracą życie dwaj policjanci z Czechowic-Dziedzic. W sierpniu w Mikołajkach 33-letni sierżant ginie od kuli bandyty, zabójcy szefa gangu wołomińskiego. 
Wreszcie w nocy z 5 na 6 marca w Magdalence umiera z ran podkomisarz Dariusz „Kaczor” Marciniak; miał 29 lat. 
36-letni nadkomisarz Marian „Maniek” Szczucki, ciężko ranny podczas tej akcji, umrze tydzień później w szpitalu. 

Czy musieli zginąć?
Do pierwszej w nocy brakowało jeszcze dziesięciu minut, gdy nieoznakowany samochód wjechał w ulicę Środkową. Na wysokości domu numer 11 dwukrotnie mrugnął światłami. Na ten sygnał jadący za nim landrover gwałtownie ruszył do przodu, taranując bramę posesji. Po chwili siedmiu antyterrorystów stało pod drzwiami budynku. Na przedzie szedł Dariusz Marciniak. Chwilę potem uśpioną Magdalenką wstrząsnął huk pierwszego wybuchu. Rozszczekały się psy, z dachów okolicznych domów spadł śnieg.
Siła eksplozji wbiła policjanta w ścianę. Jeszcze o własnych siłach wydostał się spod ostrzału. Potem koledzy odciągnęli go za stojący obok samochód. Ale tam Marciniaka dosięgnął odłamek granatu, rzuconego przez bandytów z piętra. 
Dojazd pogotowia z Ursynowa i pobliskiego Piaseczna zajął kilkanaście minut. 
Naokoło padali koledzy Darka. Padł Marian, ciężko ranny w głowę (umrze za kilka dni, nie odzyskując przytomności). Ranny dowódca akcji, pokieruje nią do końca.
Dwa dni później warszawska prokuratura okręgowa poinformuje, że sekcja zwłok wykazała, iż przyczyną śmierci Dariusza Marciniaka były obrażenia spowodowane wybuchem bomby. Mówiąc inaczej: policjant po prostu się wykrwawił. 

Bohaterstwo i wątpliwości
W akcji w Magdalence brało udział 28 antyterrorystów; 15 z nich zostało rannych. 
Leżą teraz na oddziale chirurgii, na czwartym piętrze szpitala MSWiA (jednego z dwóch, gdzie trafili policjanci). Wielokrotnie wracają do wydarzeń tamtej nocy, choć dla większości nie była to ani pierwsza taka akcja, ani pierwsza śmierć. 
Po raz kolejny roztrząsają, dlaczego nie wykorzystano snajperów? Dlaczego nie pozwolono im zabrać długiej broni z noktowizorami? Dlaczego od początku akcji nie zabezpieczono karetek pogotowia? Dlaczego grupy krwi rannych policjantów ustalano dopiero w szpitalach? Dlaczego zabrakło amunicji? Dlaczego ich pistolety się zacinały (zakupiona do nich polska amunicja jest nieodpowiednia)? Dlaczego trzy wozy bojowe, będące w składzie jednostki, są niesprawne? I czy ich koledzy naprawdę musieli umrzeć? 
Rozmawiali o tym między sobą, opowiadali rodzinom, odwiedzającym ich kolegom. 
Wcześniej na czwartym piętrze zjawili się premier i minister spraw wewnętrznych. Ten ostatni powiedział, że z akcji trzeba „wyciągnąć wnioski”. Przyszedł też psycholog i policyjny kapelan; muszą wspólnie sklejać dusze tych ludzi, tak jak chirurg pozszywał ich rany. 
Wątpliwości nie rozwiała pozytywna opinia grupy ekspertów. W jej skład weszli: twórca GROM gen. Petelicki, jej obecny szef płk. Roman Polko, były antyterrorysta Edward Misztal i dwóch wykładowców Akademii Obrony Narodowej i Wyższej Szkoły Policyjnej. Prócz tego postępowanie prowadzi prokuratura; oceny dokona też sejmowa komisja spraw wewnętrznych. 
Antyterroryści – to elita policji. Wedle zapewnień resortu, w niczym nie ustępują podobnym jednostkom na świecie. 
Jednak Marcin Kossek, były antyterrorysta, który od kilku lat szkoli podobne jednostki w różnych krajach (m.in. USA i Rosji), mówi: – W operacjach wysokiego ryzyka, jak w Magdalence, na Zachodzie standardem jest karetka oraz obecność i ewentualne użycie strzelców wyborowych. Tu brakło precyzyjnej informacji, szwankowała logistyka. A sprzęt, jakim dysponują nasze jednostki, nie spełnia kryteriów zachodnich. 
– Antyterroryści giną na całym świecie – dodaje Kossek. – Taka praca. Ale trzeba zrobić wszystko, by zminimalizować niebezpieczeństwo. Ta grupa szturmowa zachowała się bohatersko. Ale nie zapewniono im profesjonalnego wsparcia, za co odpowiedzialność ponoszą konkretni ludzie w Komendzie Stołecznej. Powiem otwarcie: jeśli nie zmienią się procedury, w podobnych akcjach nadal będą ginąć chłopcy. Zupełnie niepotrzebnie.

Z życia jednej komendy 
Jeśli takie braki są w jednostkach elitarnych, to co ma powiedzieć „szeregowy” policjant?
W rejonowej komendzie dla warszawskiej Pragi-Południe odebranie zeznań od świadka napadu rabunkowego trwało w minionym tygodniu, wraz ze sporządzeniem dwóch właściwie identycznych protokołów (to wymóg kodeksowy), około trzech godzin. Akurat tę sprawę komplikował fakt, że poszkodowany był Francuzem i korzystał z pomocy tłumacza. A na koniec okazało się, że aby dostać kserokopię sporządzonych materiałów, Francuz – czyli ofiara napadu – musi wykupić znaczek skarbowy za 6 zł (stosowne rozporządzenie ministra wisi, jak trzeba, na drzwiach). Znaczek kupuje się, rzecz jasna, nie w komisariacie, ale w urzędzie gminy albo na poczcie. Na szczęście urząd i poczta są w pobliżu. 
Za to korytarz policyjny jest całkiem miły; są nawet dwa automaty z napojami. Korytarzem idzie właśnie kilkunastoletni chłopak w towarzystwie matki: paru nieznajomych złamało mu nos. – Znasz ich? – dopytuje się dyżurny. – Nie – odpowiada pobity. Jest też kłopot formalny: chłopak nie ma obdukcji lekarskiej.
Na liście zdarzeń z ostatniej doby, która dziś rano trafiła jak co dzień na biurko podinspektora Jacka Wojciechowskiego, dowodzącego komendą Praga-Południe (placówką obszarowo największą w Warszawie) figuruje ponad 30 podobnych zdarzeń, z czego 16 kwalifikowanych jako przestępstwa. 
– Rozboje, włamanie, kradzieże samochodów, pobicie – wylicza podinspektor Wojciechowski. Komenda ma 30 proc. wykrywalności, czyli średnią warszawską. Dla przełożonych podinspektora wykrywalność to najważniejsze kryterium jego oceny. 
Podinspektor (lat 45) w policji pracuje od ponad 20 lat, jest świeżo po nominacji i kończy studia z zarządzania. Jednostka, którą kieruje ma pod opieką 200 tys. mieszkańców. Na jej terenie leży słynny Stadion Dziesięciolecia – miejsce, gdzie występują w skondensowanej formie chyba wszystkie możliwe przestępstwa. 
O spokój mieszkańców dba tutaj 540 policjantów, w tym 42 dzielnicowych. Osiem etatów czeka na obsadę, ale na dzielnicowych nikt się nie kwapi: robota ciężka, satysfakcja marna, pieniądze małe. A największą zmorą pracy dzielnicowych jest biurokracja, nieustanne wypełnianie dziesiątków dokumentów. Kontrolerzy NIK-u, którzy badali pracę dzielnicowych, usłyszeli, że połowa z nich natychmiast zamieniłaby stanowisko służbowe na inne, z porównywalną pensją. 
A przecież dzielnicowy to ważna funkcja: on ma być „policjantem pierwszego kontaktu” dla mieszkańców swego rewiru. Mieszkańcy powinni go znać, mieć jego numer telefonu, także komórkowego. Ale często nie znają. Dlaczego?
Od stycznia tego roku 10 tys. stołecznych policjantów przechodzi kolejną reorganizację. W 1999 r., wraz z wejściem w życie w Polsce reformy administracyjnej, zlikwidowano komendy rejonowe. Siedzibą mazowieckiej komendy wojewódzkiej policji został Radom i tam urzędowali przełożeni komendantów podwarszawskich miejscowości: Otwocka, Pruszkowa czy Wołomina. Struktura policji nie odpowiadała też strukturze prokuratury i sądów, co spowodowało bałagan. 
Od stycznia w Warszawie znowu działa siedem komend rejonowych, a Komenda Stołeczna ma uprawnienia komendy wojewódzkiej. Koszta operacji były zapewne wysokie i w tym roku podwyżki dostaną tylko najmniej zarabiający policjanci. 
Na szczęście chętnych do pracy w policji dziś nie brakuje. 
– Jeszcze kilka lat temu w policji warszawskiej zatrudniali się sami przyjezdni, bo dla młodych ludzi ze stolicy praca u nas była nieatrakcyjna. Dziś jest więcej chętnych niż możemy przyjąć, choć pensje nie są rewelacyjne, a robota ryzykowna – mówi podinspektor Wojciechowski. 
Początkujący policjant po studiach, pracujący w sekcji dochodzeniowej, zarabia miesięcznie około 1000 zł. (ile zarabiają policjanci – patrz ramka obok).
Mimo kiepskich warunków płacowych policjanci odnoszą jednak sukcesy, a statystyki Komendy Głównej napawają optymizmem. W 2002 r. zmniejszyła się liczba wszystkich przestępstw o charakterze kryminalnym: zabójstw (o 12,4 proc.), zgwałceń (o 7,5 proc.), bójek i pobić (o 3 proc.). O 12 proc. zmniejszyła się liczba kradzieży samochodów („Wykrywalność sprawców kradzieży aut jest tradycyjnie najniższa, to warszawska specyfika” – mówi podinspektor Wojciechowski). O 16,5 proc. spadła liczba przestępstw z użyciem broni. Jednocześnie wzrosła wykrywalność: według najnowszych dostępnych danych (za osiem miesięcy ub. r.) wyniosła ona 56,5 proc. 
Ta tendencja utrzymuje się od kilku lat, więc obywatele doceniają pracę policji. Według ubiegłorocznego badania OBOP ufa jej 72 proc. Polaków – od czasu powstania policji (1990 r.) zaufanie to wzrosło o 12 proc. Tyle tylko, że opinie o pracy policjantów nie idą w parze z poczuciem bezpieczeństwa: aż 70 proc. Polaków ocenia, że nasz kraj nie jest bezpieczny. Policyjne badania wskazują, że w ostatnich latach co trzeci Polak padł ofiarą napadu, włamania lub kradzieży. Aż dwie trzecie ofiar kradzieży i połowa ofiar przestępstw rabunkowych nie zgłosiła tego policji. Dlaczego? Z braku czasu (procedura trwa kilka godzin), z braku wiary w skuteczność, ze zniechęcenia.
Za to raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka z 2001 r. przyniósł obraz policji odbiegający od optymistycznych statystyk. Interesanci skarżyli się na długie oczekiwanie na przesłuchanie, trudności w kontakcie z dzielnicowym, złe warunki lokalowe komisariatów. W prowincjonalnych komisariatach wciąż rzadkością jest komputer, nie mówiąc już o dostępie do systemu informacji policyjnej. Sami policjanci skarżą się na stary sprzęt, jak psujące się samochody czy centrale telefoniczne sprzed ćwierć wieku. Wiele komisariatów nie ma numeru 997. 
Raport NIK dotyczący kontroli reagowania policji na zgłoszenia o przestępstwach i zaginięciach osób, opublikowany w 1999 r., wskazywał na nieprawidłowości organizacyjne, brak kwalifikacji dyżurnych, opóźnienie w podejmowaniu działań, nieprawidłowości w załatwianiu skarg. Przedmiotem narzekań policjantów były też pensje i przeciążenie pracą administracyjną. 
Od tamtej pory sytuacja nie zmieniła się: rok 2002 był od strony budżetowej jednym z najgorszych w 13-letniej historii policji. 
A psychologowie alarmują, że praca policjanta staje się coraz bardziej frustrująca. Wielu policjantów nie radzi sobie ze stresem. System motywacyjny oceniają jako słaby, system awansów – niejasny (mimo wciąż doskonalonych procedur). Mają poczucie, że zdani są tylko na siebie; nie potrafią bądź wstydzą się prosić o pomoc. 
Liczba rozwodów wśród policjantów jest wyższa od tzw. średniej krajowej. Podobnie jak liczba samobójstw.

Jesteśmy po ich stronie
Na tym samym korytarzu oddziału chirurgii szpitala MSWiA, w jednej z sal, znalazł się ksiądz Paweł Wojtas, naczelny kapelan więziennictwa. Zupełnie przypadkiem: czekał na planową operację.
Tamtej nocy, kiedy zwożono rannych antyterrorystów, ksiądz Wojtas nie spał. Był przy rannych, rozmawiał z cierpiącymi, słuchał ich relacji. 
Kilka dni później, w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym”, ks. Wojtas mówi: – Rolą i potrzebą Kościoła jest przygotowanie policjantów, którzy spełniając funkcje ochronne wobec społeczeństwa biorą udział w akcjach jak w Magdalence. Oni muszą być przygotowani do unieszkodliwienia przestępcy, w tym także, jeśli zajdzie konieczność, do jego zabicia. Z drugiej strony, muszą pozostać ludźmi myślącymi, wartościującymi i umiejącymi okazywać uczucia, którzy potrafią rozróżniać postawy moralne, sferę etyczną i intelektualną. 
– A idąc na akcję i wracając z niej – dodaje ksiądz. – nie mogą mieć poczucia rozdwojenia, moralnej czy egzystencjalnej schizofrenii. Muszą wiedzieć, że są momenty w życiu społeczeństw, kiedy w imię wartości najwyższych trzeba poświęcić wartość podstawową, jaką jest życie ludzkie. Muszą wiedzieć, że strzelając nie wyzbywają się swego człowieczeństwa. Muszą mieć świadomość, że w tym momencie Kościół jest po ich stronie. I że strzelając, czynią to w obronie przykazania „nie zabijaj”, bo odbierają bandytom możliwość zabijania innych ludzi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl