Rywin, Miller, TVP i polskie państwo


Przychodzi Lewy do Prawego

Maciej Podwal



Poszukiwaniem głównego winowajcy w aferze Rywina zajmuje się prokuratura i sejmowa komisja śledcza. Poważni ludzie na oczach całej Polski bawią się w Holmesów i Pinkertonów. Z przejęciem udają, że są na tropie. Udają także, iż nie wiedzą, że głównym winowajcą jest Leszek Miller. Dlatego prokuraturo-komisja raczej niczego nie wykryje, a za rok czy dwa mieć będziemy nową tego typu aferę.


Mówiąc, że winnym jest Leszek Miller nie zakładam, że premier przybył do znanego producenta filmowego i powiedział: „Słuchajcie Rywin, wiecie, jest taka konieczność, trzeba, do..., no wiecie, Michnikowi, bo nam za duży urósł. My go troszeczkę podkasujemy ustawą o mediach, ale trzeba go jeszcze tak ustawić, aby był grzeczniejszy. Jednym słowem pójdziecie do Michnika i powiecie, że za 17,5 mln dolarów załatwicie mu korzystny kształt ustawy”. 

Nie przychodzi Miller do Rywina, ale...
Takie mogły być trzy cele Leszka Millera. Jednak taki przebieg zdarzeń uważam za mało prawdopodobny. Ani Miller, ani żaden z jego ministrów (choć tego już stuprocentowo pewien nie jestem) takiej rozmowy nie odbył. Jeżeli piszę, że głównym winowajcą jest szef SLD, oskarżam go o sprawstwo pośrednie. Jest winien afery Rywina, bo pozwolił na wystąpienie dwóch zjawisk, umożliwiających aferę: rozpętał kampanię medialną wyraźnie wymierzoną w media prywatne oraz dał ciche przyzwolenie na nielegalne interesy prowadzone przez sitwę partyjno-biznesową. Na przecięciu tych dwóch zmiennych musiała powstać afera Rywina.
O co chodziło w projekcie ustawy medialnej, wiedziało każde dziecko. W wersji subtelniejszej, jaka może przedostać się do opinii publicznej, o „wzmocnienie mediów publicznych” (to właśnie był ów głośno wypowiedziany przez ministra Szmajdzińskiego cel czwarty Leszka Millera). Ale przecież „wzmocnienie” ma także wersję mniej subtelną. Jeżeli jest kilku rywali i jednego będziemy „wzmacniać”, oznacza to, że innych będziemy „osłabiać” i utrudniać ich funkcjonowanie. Ten cel piąty był w działaniach rządu Millera wyraźny od początku: przypomnijmy choćby napad na „Rzeczpospolitą” i groźbę sankcji karnych w stosunku do prezesa „Presspubliki” oraz wycofywanie reklam przez spółki państwowe z pism niepokornych. 
Plan był dobry. I gotów jestem uwierzyć, że układając go premier Miller miał nadzieję, że uda mu się niewielkim kosztem politycznym niewielki knebelek mediom wcisnąć. Na pewno nie chciał skandalu i ostrego konfliktu z mediami. Wszedł jednak w układ, który okazał się dla niego szkodliwy, bo wyrwał mu się spod kontroli. W pewnym sensie powtórzył błąd partyjnych genseków z czasów komunizmu. Z tą różnicą, że tamci popadali w zależność od służb specjalnych, które miały skłonność do alienacji i nadmiernego usamodzielniania. Natomiast – co jest jakąś miarą czasów – szef SLD popadł w zależność od „służb medialnych”, które z wolna stawały się państwem w państwie czy też „partią wewnętrzną”. 

Źródło zła: ustawa 
Uczciwość nakazuje przypomnieć, że owe dwie zmienne będące składową afery – upolitycznienie mediów publicznych oraz stworzenie możliwości „wykorzystywania środków publicznych niezgodnie z ich przeznaczeniem” – nie zostały stworzone przez Leszka Millera. On tylko je zastał i, nie zdając sobie sprawy, iż kręci powróz na własną szyję, uznał za korzystne. 
Upolitycznienie mediów i lewe pieniądze, jakie można z nich wyciągnąć, zapisane zostały w ustawie O radiofonii i telewizji uchwalonej 29 grudnia 1992 r. To w owej ustawie – tu należy zgodzić się z artykułem Macieja Wierzyńskiego „Pożytek z Rywina” (TP 9/2003) – tkwią przesłanki do powstania afer. Logiczne jest także, że moment, w którym władza, równie absolutna, co nieoświecona, chciała zaostrzyć przepisy ustawy, znakomicie nadawał się na to, aby „wysłać Rywina do Michnika”.
Co w ustawie jest złego? Spokojnie odpowiedzieć można, że wszystko! Tę ogólną tezę wypada jednak uszczegółowić.
Po pierwsze, złe i niepotrzebne jest istnienie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która jest stricte politycznym organem władzy państwowej (nawet nie administracyjnej, bo w nadzorowanej przez siebie dziedzinie ma w istocie uprawnienia prawodawcze), udającym niezależnego stróża wartości. (Art. 6 ustawy: „Krajowa Rada stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności nadawców i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji”. I pośmiać się trochę.)
Po drugie, złe jest ograniczenie wolności słowa poprzez wprowadzenie koncesjonowania prawa rozpowszechniania audycji radiowych i telewizyjnych. Oczywiście, jeśli w jakiejś dziedzinie gospodarowania istnieją elementy monopolu naturalnego, musi istnieć jakiś ogranicznik liczby podmiotów. W przypadku rozpowszechniania audycji „sposobem rozsiewczym naziemnym” taki element monopolu naturalnego (ograniczona liczba częstotliwości) niewątpliwie istnieje. Koncesjonowanie jest jednak tylko jednym z możliwych – i zdecydowanie najgorszym, bo wprowadzającym elementy dyskrecjonalne, sposobem dopasowania liczby podmiotów do możliwości technicznych. Konkurencyjne, znacznie prostsze, uczciwsze i niedyskrecjonalne rozwiązanie polega na sprecyzowaniu warunków podmiotowych i przedmiotowych, jakie musi spełniać potencjalny nadawca oraz rozpisaniu przetargu na częstotliwości. 
Skoro w art. 1 ustawy „zadania radiofonii i telewizji” są enumeratywnie wyliczone, a art. 35 określa w ten sam sposób warunki, jakie musi spełniać podmiot ubiegający się o koncesję, czyli skoro owe warunki przedmiotowe i podmiotowe są jasno określone, to uzasadnione jest zdziwienie, że ustawa zakłada istnienie procesu koncesyjnego. Zamiast rywalizacji aukcyjnej (konkurenci walczą oferując coraz wyższe ceny za częstotliwość), logicznej przez to, że podmiot bogatszy daje lepsze gwarancje wytwarzania dobrego programu, wprowadza się sztywną cenę i rywalizację nie wiadomo czym (łapówką?, koneksjami politycznymi?, urodą sekretarki prezesa?) o względy członków KRRiT.
Dla jasności dodajmy, że ów „rozsiewczy naziemny sposób rozpowszechniania programu” staje się zwolna przeżytkiem takim jak lampa naftowa. A w przypadku nowoczesnych „sposobów rozpowszechniania”: satelitarnego i kablowego owe ograniczenia praktycznie nie istnieją. Mimo to o zaniechaniu koncesjonowania jakoś nikt nie mówi. 

Polityczne podporządkowanie
To, że proces koncesyjny może być źródłem korupcji, jest oczywiste. Dopóki jednak nikt nikogo za rękę nie złapał (choć Mirosław Chojecki głośno mówił, że jemu sugerowano udzielenie koncesji po wręczeniu „dowodu wdzięczności”), kwestię korupcjogenności pozostawić można na boku. Zwłaszcza że inny zarzut, jaki tu można postawić, ma znacznie mocniejsze dowody. A idzie mi o polityczne podporządkowanie mediów.
Skoro KRRiT otrzymała prawo decydowania, kto i co będzie nadawał, istotne jest, jak dobierani są jej członkowie. Art. 7 ustawy stwierdza, że: „w skład Krajowej Rady wchodzi dziewięciu członków powoływanych: 4 przez Sejm, 2 przez Senat i 3 przez Prezydenta, spośród osób wyróżniających się wiedzą i doświadczeniem w zakresie środków masowego przekazu”. To majstersztyk legislacyjnej sofistyki. Tak pięknie brzmi! A znaczy tylko tyle, że opcja polityczna, która kontroluje dwa z trzech wymienionych organów władzy, otrzymuje na sześć lat na własność radio i telewizję.
W zestawieniu z niejasnym uzasadnieniem samego koncesjonowania i kryteriów przyznawania koncesji ten artykuł nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. Koncesję dostaje ten, kto daje gwarancję działania zgodnego z celami aktualnie rządzącej grupy politycznej. A to nakazuje także inaczej spojrzeć na kwestię korupcji. W warunkach monopolu politycznego korupcja może bowiem stawać się furtką pozwalającą na zachowanie choćby szczątkowej wolności. Smutne to, ale proszę zakwestionować to rozumowanie. I nie robić tego przez odwołanie się do zapisu o konieczności wyróżniania się przez członków KRRiT „wiedzą i doświadczeniem w zakresie środków masowego przekazu.”. Bo nawet jeżeli zostanę przekonany, że panowie Czarzasty i Halber to „wyróżniający się” bezpartyjni fachowcy, nie mogę racjonalności prawa opierać na pojedynczych kazusach. Zawsze przecież dopuścić należy możliwość, że władza wpaść może w ręce politruków i komisarzy ludowych. 

Uprzywilejowanie mediów publicznych
W chwili powstawania ustawy media publiczne były w naturalny sposób uprzywilejowane. Miały częstotliwości, sprzęt, kadry i archiwa. Ustawa owo uprzywilejowanie jeszcze powiększała, a w jedynym punkcie, który miał służyć wyrównywaniu szans, otworzyła wrota dla kryptoprywatyzacji telewizji publicznej. 
Mówiąc o uprzywilejowaniu, mam na myśli nie tyle kwestię abonamentu (choć nadanie KRRiT uprawnień do nakładania i ustalania wysokości daniny publicznej łamie Konstytucję i ustawę o finansach publicznych). Istotniejsze jest, że ustawa nadała KRRiT, czyli „organowi państwowemu właściwemu w sprawach radiofonii i telewizji”, powołanemu po to, aby (patrz obśmiany art. 6) „stać na straży”, status właściciela telewizji publicznej.
Telewizji publicznej mocą tej samej ustawy nadano formę spółki handlowej (art. 26: „Jednostki publicznej radiofonii i telewizji działają wyłącznie w formie jednoosobowej spółki akcyjnej Skarbu Państwa, zwanej dalej »spółką«). Można i tak, choć komercjalizację przedsiębiorstwa państwowego zwyczajowo przeprowadza się jako wstęp do późniejszej jej prywatyzacji. Tyle tylko, że nie jest to zwykła spółka. Nie stosuje się bowiem do niej art. 386 kodeksu spółek handlowych, mówiący, że radę nadzorczą powołuje walne zgromadzenie. Ustawa to uprawnienie deleguje na KRRiT, która tym samym otrzymuje podstawowe uprawnienie właściciela, czyli kreowanie władz spółki. Powstaje zatem sytuacja schizofreniczna. Ten sam organ ma zarazem stać na straży samodzielności i równoprawności nadawców i jednocześnie staje się właścicielem jednego z nich. Przypomina to znaną praktykę z wczesnych lat 50., kiedy to w meczu piłkarskim ZSRR–Polska trójka sędziowska obowiązkowo musiała pochodzić z Moskwy. 

Kręcenie lodów, czyli kryptoprywatyzacja cz. I – produkcja zewnętrzna
Mowa była o jedynym przepisie ustawy, mającym wyrównywać szanse mediów publicznych i prywatnych, a w rzeczywistości otworzyła wrota dla tzw. kręcenia lodów, czyli kryptoprywatyzacji telewizji publicznej. Chodzi tu o obowiązek przeznaczenia części czasu antenowego na tzw. produkcję zewnętrzną. Jest to kuriozum nakładające na jeden podmiot gospodarczy obowiązek kreowania dochodów podmiotu konkurencyjnego. Gorsze jest jednak co innego. Przepis ten doprowadził do marnotrawienia majątku telewizji publicznej oraz stałego zawyżania kosztów jej funkcjonowania. De facto zatem oznacza zachętę do narażania Skarbu Państwa na stratę.
Pozornie nic złego się nie dzieje. Z produkcji zewnętrznej korzystać można wszak oczywiście tylko wtedy, kiedy jest tańsza niż produkcja własna. Zgoda na produkcję zewnętrzną może więc nastąpić tylko wtedy, gdy program, którego koszt w TVP wynosi – powiedzmy 100 talarów, producent oferuje za talarów 95. 
Praktyka jednak wygląda inaczej. W kosztach produkcji telewizyjnej znaczny udział mają koszty stałe (amortyzacja i płace podstawowe pracowników). Załóżmy, że w omawianym programie wynoszą one 30 talarów. Oznacza to, że kupując za 95 talarów program od konkurenta nie oszczędzamy, lecz trwonimy pieniądze. Koszty stałe przecież pozostały. W istocie za program zapłaciliśmy 95 plus 30, czyli 125 talarów. Co więcej, kupując pierwszy program uruchomiliśmy mechanizm mnożnikowy. Owe koszty stałe, które nie zanikły, nie są już przypisane do programu, którego nie ma, ale zostają rozpisane między programy pozostałe. Oznacza to sztuczne zawyżenie ich kosztów, co sprawia, że przegrywają one w – pozornym – rachunku z propozycjami producentów zewnętrznych.
Nie mogę oczywiście udowodnić, że ten mechanizm ma znaczący wpływ na lawinowe zmniejszenie zysku TVP. Gdyby jednak ktoś mnie zapytał, czy dałbym sobie rękę uciąć, iż tak nie było, ręki bym nie zaryzykował.

Kręcenie lodów, czyli kryptoprywatyzacja cz. II
– Wiedźmin i chrześcijanie

W art. 21 inkryminowanej ustawy enumeratywnie wyliczającym zadania „publicznej radiofonii i telewizji” wpisano pod punktem 5 „prowadzenie działalności produkcyjnej, usługowej i handlowej związanej z twórczością audiowizualną, w tym eksportu i importu”. Logika podpowiada mi, iż intencją ustawodawcy było umożliwienie sprzedawania przez TVP swojej produkcji, na przykład przygód kapitana Klossa w postaci kaset wideo. Ten jednak punkt (innego w ustawie nie widzę) stał się furtką umożliwiającą współuczestnictwo w produkcji filmowej. A w produkcji tej musiało być coś magnetycznego, skoro zaczęła ona przyciągać coraz większe kwoty z budżetu TVP. Jeśli w roku 2000 było to 90 mln zł, to w roku 2001 już 110. (Dla porównania, na teatr telewizji, czyli statutową działalność TVP wydała w tych latach odpowiednio 25 i 15 mln zł. W roku 2001 mniej, ale był to przecież w telewizji rok surowych oszczędności.)
O udziale TVP w produkcji filmowej coraz głośniej jest na przesłuchaniach komisji śledczej. Pozwala to ten wątek tu pominąć. Trudno jednak nie postawić retorycznych pytań. Czy telewizja publiczna powołana jest po to, aby produkować „Wiedźmina” lub „Quo vadis”? Czy w firmie, w której nie można praktycznie odróżnić złotówki pochodzącej z daniny publicznej od zarobionej na komercji, takie wydatkowanie pieniędzy jest zasadne? I czy właściciel TVP, jakim jest KRRiT, będąc jednocześnie organem powołanym do „sprawowania w granicach określonych ustawą kontroli działalności nadawców” (art. 6, pkt. 4), nie powinien w tym przypadku interweniować? I wreszcie: czy skoro nie interweniował, to nie stał nad tym jakiś nadrzędny „interes państwowy”?

Służby medialne: władza, kasa i inne 
Życie jest sprawiedliwe. Na ogół ten, kto ma faktyczną władzę, nie dostaje za to największych pieniędzy, a ten, kto pieniądze ma, antyszambrować musi w przedsionkach władców. Na dodatek i jedni, i drudzy cierpią. Nie mają wielkiej przyjemności, związanej z tym, że inni zazdroszczą im władzy czy pieniędzy. Do zazdrości bowiem potrzebne jest „lansowanie” medialne. A wcale nie są pewni, że media będą życzliwie ich pokazywać. 
Jest prawdopodobne, że ta, nie zawsze dostrzegana, cecha demokracji i gospodarki rynkowej wywołuje tak straszliwą żądzę władców do przejęcia kontroli (w istocie własności) nad mediami. Sprawa ma jednak jeszcze drugą stronę. Politycy, chcąc kontroli nad mediami i tworząc medialną władzę, stworzyli elitarną warstwę „służb medialnych”, która ma zapewniony równoczesny dostęp do wszystkich z tych trzech „dóbr”. Ma faktyczną władzę i może spokojnie się z nią obnosić, mając świadomość, iż będzie życzliwie prezentowana maluczkim. Nieźle także zarabia (i ma ciche przyzwolenie na „kręcenie lodów”). Jednocześnie ma też moc czwartą. To od nich zależy, czy polityk lub rekin finansjery będzie miał dobre czy złe notowania medialne. A to prowadzi do faktycznego odwrócenia formalnej relacji pan–sługa. 
W tym kontekście znamienny jest fakt drobnej zmiany art. 7 ustawy. Do tej pory jej punkt 4 stanowił, że: „kadencja członków Krajowej Rady trwa 6 lat”, a punkt 5 wprowadzał ograniczenie „członek Krajowej Rady nie może być powołany na kolejną pełną kadencję”. W noweli, nad którą sejmowa Komisja Kultury tak pilnie pracuje, punkt 5 otrzymuje brzmienie: „członek Krajowej Rady nie może zostać powołany więcej niż dwa razy”. A to oznacza, że stróżować będzie przez 12 lat, jedną trzecią zawodowego życia, a w tym czasie – statystycznie rzecz biorąc – przetrzyma trzech prezydentów i sześciu premierów.
Dlatego, jeśli w całej sprawie badanej przez komisję specjalną coś dziwi, to nie to, że próbowano Michnika narżnąć na 17,5 mln dolarów. Dziwne może być jedynie to, że posłano Rywina.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl