Portrety odmieńców: „Elling” i „Człowiek bez przeszłości”


Bohaterowie bez przeszłości

Anita Piotrowska



Kino zawsze kochało bohaterów wyrzuconych na margines: prostaczków, odmieńców, outsiderów. W polskim filmie „Edi”, w norweskim „Ellingu”, w fińskim „Człowieku bez przeszłości” odnaleźć możemy tę fascynację w bardzo czystej postaci. Nieskażoną infantylizmem, emocjonalnym szantażem, estetyzowaniem ludzkiej niedoli. 


Chodzi tu o coś więcej niż dowartościowanie społecznych nizin czy dopatrywanie się w menelu współczesnego proroka. Bohaterowie Trzaskalskiego, Naessa, Kaurismäkiego, właśnie dlatego, że stracili wszystko, umieją skupić się na rzeczach najważniejszych, ocalić godność, zawstydzić nas, pochłoniętych marnościami, jakimś niezwykłym gestem. To właśnie im dana zostaje szansa rozpoczęcia życia od nowa, zobaczenia świata „bez przeszłości”. 

Potrzebni światu
W filmowej balladzie Pettera Naessa, nominowanej w ubiegłym roku do Oscara, spełnia się jedna z najpiękniejszych utopii. Dwóch upośledzonych umysłowo mężczyzn opuszcza ośrodek opiekuńczy. Mieli szczęście urodzić się w zamożnym społeczeństwie, toteż dostają w Oslo mieszkanie socjalne, rentę i opiekuna, który co jakiś czas wpada, by kontrolować sytuację. 
Jeszcze podczas pobytu w zakładzie zdążyli się zaprzyjaźnić: Elling lubił fantazjować, Kjell uwielbiał go słuchać. Razem przeżywali niesamowite męskie przygody: opływali karaibskie wyspy, walczyli jako najemnicy w Bośni, zdobywali najpiękniejsze kobiety. Lecz poza nieumiejętnością życia w „zdrowym” społeczeństwie dzieli ich prawie wszystko. 
Milczący Kjell ogarnięty jest obsesją niedoszłej inicjacji seksualnej. Elling to jego przeciwieństwo – filozofuje, komentuje świat, w końcu nawet odkrywa w sobie undergroundowego poetę. Kjell pozostawił za sobą koszmarne dzieciństwo w rodzinie alkoholików, Elling – nadopiekuńczą mamę, która skutecznie izolowała go przed światem. Teraz obaj muszą przełamywać bariery, by wtopić się w społeczną tkankę.
Spełnioną utopią nie jest jednak ich społeczne uzdrowienie – do końca nie będziemy pewni, czy resocjalizacja Ellinga i Kjella się powiodła. Ich przygoda z wolnością zacznie się w tym nieoczekiwanym momencie, kiedy okaże się, że to oni potrzebni są światu, a nie na odwrót. „Elling” jest czymś innym, niż może się na początku wydawać. 
Zapowiada się zrazu na sympatyczną komedię sytuacyjną o dwóch upośledzonych mężczyznach odkrywających dotychczas im niedostępne uroki i skazy świata. Przedzierają się do niego mozolnie, siłą niemal wypychani z domu, który początkowo jest dla nich ni mniej, ni więcej, jak tylko przedłużeniem zakładu zamkniętego. Już pierwszej nocy rezygnują z oddzielnych sypialni, jakby bali się nadmiaru wolności, a pierwszą próbą zawiązania kontaktu międzyludzkiego będzie... sekstelefon. 
I dopiero pewien wigilijny wieczór zmieni tę perspektywę. Zewnętrzny, tak doskonale uporządkowany świat, nieoczekiwanie zawoła o pomoc zwracając się w kierunku Kjella i Ellinga. Na klatce schodowej znajdą kompletnie pijaną ciężarną kobietę, porzuconą zapewne przez jakiegoś „matrymonialnego zbója”. Kjell ochoczo rzuca się na ratunek, a jego niezaspokojone libido osiągnie nagle najszlachetniejszą sublimację w postaci troski i pocieszenia. Zazdrosny o przyjaciela Elling nie pozostanie dłużny – w poznanym na wieczorku poezji starym poecie--nieudaczniku rozpozna samotnego człowieka spragnionego podstawowego kontaktu z drugim. „Znalazłem przyjaciela – mówi bohater – i to bez pomocy norweskiego rządu!”.

Utrata i odnalezienie
„Człowiek bez przeszłości”, film obsypany nagrodami, nominowany w tym roku do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego, to już zupełnie inny ciężar gatunkowy. Kaurismäki z właściwym sobie kamiennym spokojem snuje dziwaczną, a przy tym przepojoną najprawdziwszą filmową poezją historię społecznego bękarta, stawiając przy tym dyskretne pytania o to, kim tak naprawdę jesteśmy. 
Tylko punkt wyjścia będzie nosił posmak sensacji: człowiek, który przyjeżdża z prowincji do Helsinek w poszukiwaniu pracy, zostaje zmasakrowany przez bandziorów, w wyniku czego traci pamięć. W jednej chwili staje się nikim: bez twarzy, bez imienia, bez dachu nad głową, nie mówiąc o numerze konta w banku. Dzięki przypadkowo spotkanym ludziom: rodzinie nędzarzy koczującej nad morzem, kobiecie z Armii Zbawienia o wiecznie zdziwionym spojrzeniu, innym sobie podobnym „ludziom zbędnym”, próbuje stworzyć życie od podstaw. 
Kaurismäki buduje ten jego świat z resztek i odpadów: w magazynach używanej odzieży, w tanich barach z szafą grającą, w okolicach złomowisk i punktów z darmową „kuroniówką”. Nie wiemy, jakim człowiekiem bohater był wcześniej. Widzimy jednak, że to, co najcenniejsze, sama istota człowieczeństwa, została w nim ocalona. I że dzięki dobroci innych może się ona uzewnętrznić. Jakby dopiero doświadczenie całkowitej utraty wyzwoliło w nim potrzebę bycia naprawdę, nadało światu ład. 
Już na początku „człowiek bez przeszłości” zrywa bandaże i utrzymującą go przy życiu aparaturę i ucieka ze szpitala. Być może jest to podświadomy gest zerwania ze światem, z którego przyszedł. Kiedy po latach zostanie rozpoznany i z mieszaniną ciekawości i lęku odwiedzi swój dawny dom, nie odnajdzie w nim już swego miejsca (czy kiedykolwiek czuł tam się „u siebie”?). Opuści go bez żalu, a po beznamiętnej rozmowie z małżonką poprosi na stronę swego następcę, by wyrazić tylko jedną prośbę: „bądź dla niej dobry”. 
Kaurismäki opowiada o tym bez krzty naiwności i paternalizmu. Realizm zostaje tutaj wzięty w cudzysłów, a historia, która mogłaby być sentymentalną powiastką, okazuje się głęboką przypowieścią, która dzięki zdystansowanej narracji nie przynosi tanich wzruszeń. Jej przesłanie dociera do nas stopniowo: dobro jest tutaj dobrem, zło jest złem, ale, co najważniejsze, ludzie są zawsze lepsi od swej przeszłości. 
Fiński reżyser mówi o tym, posługując się własnym, konsekwentnym stylem, doprowadzonym do absolutnego mistrzostwa. Opowieść rozgrywa się głównie w obrazie – nastrojowym, nasyconym mocno skontrastowaną barwą, kojarzącym się ze starym amerykańskim kinem. Naturalne spowolnienie dialogów i rytmu scen, tęskne dźwięki akordeonu i wzruszająco staroświecki rock and roll, makabra i humor, ubóstwo i brzydota, w których wrażliwe oko dostrzeże ukryte piękno – to wszystko tworzy niepowtarzalny klimat liryczny, lekko surrealistyczny, trochę leśmianowski z ducha. 
Film „Elling” uwrażliwiał na problem inności, pokazując jej nieznane oblicza. „Człowiek bez przeszłości” pokazuje, jak tę inność odkrywać w sobie. I że jej oblicze wcale nie musi być ciemne. 

„Człowiek bez przeszłości” („Mies vailla menneisyyttä). Scen. i reż.: Aki Kaurismäki, zdj.: Timo Salminen, wyst.: Markku Peltola, Kati Outinen, Juhani Niemelä, Kaija Pakarinen, Sakari Kuosmanen i inni. Prod. Finlandia / Niemcy / Francja 2002. Dystryb. Gutek Film.

„Elling” („Elling”). Reż.: Petter NAEss, scen.: (na podst. powieści Ingvara Armbjorsena „Brodre i Blodet”), zdj.: Svein Krovel, wyst.: Per Christian Ellefsen, Sven Nordin, Marit Pia Jacobsen, Jorgen Langhelle, Per Christensen i inni. Prod. Norwegia 2001. Dystryb. Kino Świat International.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl