NOTATKI

Bronisław Mamoń





„Dziennik” Iwaszkiewicza

Podwójny zeszyt „Twórczości” (2003, luty – marzec) przynosi duży blok kartek z „Dziennika” Jarosława Iwaszkiewicza. Jego publikację zapoczątkowała redakcja rok temu, ogłaszając niewielki fragment pt. „Opisanie Kopenhagi”. Drugi odcinek diarystycznych zapisków obejmuje ostatnie miesiące roku 1959, cały rok 1960 i parę miesięcy roku 1961. W tym czasie Iwaszkiewicz dużo podróżuje: Paryż, Rzym, Monachium, Moskwa, Zurych, Taormina, Florencja. Ma ciekawe spotkania z ludźmi kultury, polityki. Odnotowuje je bardziej lub mniej obszernie, ale nie one wyznaczają tonację dziennika. Istotne są w nim nie tyle opisy zdarzeń, faktów, ile nastroje z nimi związane. Pejzaż duchowy, w jakim autor zapisków jest zanurzony. W tym pejzażu więcej jest mroku niż światła. Pisarz dotkliwie odczuwa swoją starość, spadek sił fizycznych i psychicznych: „Czuję, jak nici wiążące mnie z życiem słabną, przestaję kochać, przestaję się bawić, coraz trudniej mi pisać” (14 IX 1960). Kiedy to zapisuje, ma dopiero 66 lat. Męczy go wszystko: życie rodzinne i publiczne; męczy go polityka, w którą wszedł po uszy stając się posłem na Sejm, swary w Związku Literatów, którym kieruje. „Bardzo nie lubię tej gromady chciwych, egoistycznych i ograniczonych ludzi” (18 XII 60). Pod datą 18 II 1961 zapisuje: „Ja powinienem siedzieć i pisać przy biurku, i więcej nic”.
Ale nawet wiara w literaturę, w pisanie ulega erozji. „Czy naprawdę słowo pisarskie może coś zmienić w losach ludzkości?” (3 IX 1960). Pisarze, poeci, myśliciele poruszają się w próżni społecznej. Nic nie mogą zdziałać, są bezsilni wobec polityków, ekonomistów, urzędników, wszechogarniającego chaosu życia duchowego, który niszczy ogólny porządek kultury. Zagraża jej rozwojowi. Prywatność nie jest żadnym rozwiązaniem dla pisarza. Raczej ucieczką, dezercją. Czuje się niedoceniany i nie rozumiany. Nawet lekceważony. „Tołstoj uczył »jak żyć«. Ja nie tylko nie uczę, ale nawet sam nie wiem »jak żyć«. Jakoś tam żyję, ale to przecież nie jest życie. Jakaś miska soczewicy gdzieś się tu chowa. Alem ja jako żywo niczego nie sprzedawał, nigdy nie miałem moralnego poczucia odpowiedzialności za własne życie. Na tym polega sekret mojej płytkości.” (8 IX 1960). Ile w tym wyznaniu goryczy i smutku, ile beznadziejności. „Ciągle to samo: życie moje jak ręcznik, z którego wydarto, czy wypalono ogromną dziurę. Pustka niezmienna – i samotność zupełnie przerażająca.” (9 II 1960). Wytchnienie daje przyroda: stare sosny, kwiaty, zieleń trawy, śpiew ptaków. Spacer po parku otaczającym dom w Stawisku. Przyjmuje ze smutkiem parcelację Stawiska, zastanawia się, czy to szał urbanistów, czy konieczność przemian rozwojowych. I nie umie znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na niepokojące go pytania. Nawet „ucieczki” do ukochanego przez siebie Sandomierza sprawiają mu przykrość. „Coraz ciaśniej dla mnie na tym świecie – notuje – nie ma już tego widoku, tego spaceru, tych kwiatów w wąwozie, przypominających Podole, tego miejsca na brzegu, gdzie siadywałem, gdzie mnie Andrzej sfotografował tak pięknie na tle pszennego pola”. Odbywa w wyobraźni sentymentalną podróż po Ukrainie i Wołyniu, do dawnych miejsc i krajobrazów, które były czymś ważnym w jego życiu osobistym i literackim. Każdy powrót tego rodzaju budzi uczucie melancholii i nostalgię. Nostalgię za czymś, co staje się nieosiągalne, co odeszło bezpowrotnie, na zawsze. Można tylko płakać, jak płaczą wszyscy mężczyźni w jego nowelach. „Bo wszystkie nowele są o mnie...” zapisuje w „Dzienniku”.
Ogólne zmęczenie życiem, pisaniem, podróżowaniem ma swoje głębokie przyczyny: śmierć przyjaciela i straszliwy smutek z powodu tej śmierci. „Jurek był dla mnie »punktem odniesienia« wszystkich spraw. Wiedziałem, że go wszystko interesuje i że mogę mu wszystko powiedzieć. Dlatego też odczuwam teraz tę szaloną pustkę i lodową samotność.” (17 II 1960). I w tym odczuciu kompletnej samotności rodzi się wyzwalająca myśl. „Krzyż trzeba przyjąć i nieść jakby to było najprostsze w świecie. Ale czy ja potrafię?”. W tym wyznaniu własnej słabości, zagubienia i bezradności jest coś bardzo chrześcijańskiego, coś, co wzrusza do trzewi czytelnika i odkrywa przed nim pisarza, którego się nie znało.  

(m)




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl