Donald Rumsfeld: człowiek, który przygotował atak na Irak


Mroczny krzyżowiec

Piotr Milewski z Nowego Jorku



Pół roku temu, pewnego sierpniowego popołudnia, na teksańskim ranczu
„Preriowa kapliczka” stanęło obok siebie dwóch mężczyzn. Młodszy, w koszulce polo i płóciennych spodniach, źle znosił 40-stopniowy upał. Na jego czole perlił się pot. Starszy, o kanciasto zarysowanej mimo siedemdziesiątki szczęce, w popielatym garniturze i krawacie, nie rozpiął nawet guzika. Tylko lekko przymrużone powieki, spod których obserwował grupkę dziennikarzy, wskazywały, że dostrzega rozpalone do białości słońce. „Panie sekretarzu, czy zamieni pan kilka słów z gośćmi? – spytał go prezydent Bush. – Chciałbym usłyszeć pańskie odpowiedzi, podobno bywają całkiem niezłe”.

Nonszalancka błyskotliwość
Po obaleniu przez armię USA reżimu talibów sekretarz obrony, Donald Rumsfeld, wyrósł na „pierwszego twardziela w mieście” – jak ujmuje to pewien pracownik Białego Domu. Jego briefingi są demonstracjami, z jednej strony – imperialnej potęgi jedynego supermocarstwa, z drugiej – jowialności i poczucia humoru dobrego wujka. Kij i marchewka. 
O zabijaniu członków Al-Kaidy mówi ze swobodą, jak inni politycy o skreślaniu trzeciorzędnych wydatków budżetowych. Konspekty pogawędek Rumsfelda z reporterami studiują wcale nie najniżsi rangą doradcy prezydenta, szukając algorytmu nonszalanckiej błyskotliwości, która sprawia, że sekretarz w pełni podporządkowuje sobie każdego niemal rozmówcę. Szef Pentagonu nie jest zwolennikiem egalitaryzmu ani w relacjach między ludźmi, ani w stosunkach międzynarodowych. Wyznaje polityczny darwinizm, podbudowany Hobbesowską koncepcją bellum omnium contra omnes (wojny wszystkich przeciw wszystkim) oraz wizję świata, w którym homo homini lupus est (człowiek człowiekowi wilkiem). Zatem przetrwanie gwarantuje tylko silne militarnie i politycznie państwo. Według Rumsfelda potężna Ameryka winna wyznaczać cele i realizować je, nie oglądając się na innych, przy czym w filozofii tej mniej jest klasycznego unilateralizmu niż specyficznego paternalizmu typu: tata wie najlepiej. Stany wygrały zimną wojnę. Wygrają też wojnę z terroryzmem. Udało się w Afganistanie. Uda się również w Iraku. 
Poglądy Donalda Rumsfelda legły u podstaw nowej strategii bezpieczeństwa narodowego, przyjętej przez administrację USA we wrześniu ub. r. Założenia dokumentu nawiązują do jastrzębich pomysłów prezydenta Ronalda Reagana, ale w niektórych kwestiach idą o wiele dalej. Czytamy, na przykład, że koncepcja „powstrzymywania i odstraszania”, stanowiąca od pół wieku kamień węgielny polityki obronnej Waszyngtonu, „jest dziś martwa, bo nie można odstraszać tych, którzy kierują się czystą nienawiścią do Ameryki”. Zamiast traktatów o zakazie rozprzestrzeniania broni masowego rażenia, Rumsfeld zaleca kontrdziałania: od budowy tarczy rakietowej do rozbrajania przeciwników przy użyciu siły. Najbardziej uderzający fragment mówi wprost: „Stany Zjednoczone nie dopuszczą, by jakiś inny kraj dorównał im potęgą militarną”. Deklarację „Nie zawahamy się działać samodzielnie, korzystając z prawa do samoobrony w sposób zapobiegawczy” można zaś przetłumaczyć na: będziemy atakować państwa, które nam zagrażają, niezależnie od stanowiska naszych sojuszników.
W grudniu zarys strategii bezpieczeństwa uzupełniła zaktualizowana doktryna przeciwdziałania rozprzestrzenianiu broni masowego rażenia poprzez „zapobiegawcze wykorzystywanie sił zbrojnych”. Szkic przedstawiony Kongresowi zawiera ostrzeżenie, że Stany Zjednoczone „zareagują z miażdżącą siłą, stosując wszystkie posiadane środki, jeśli ktoś zdecyduje się użyć broni chemicznej, biologicznej, radiologicznej bądź nuklearnej przeciw narodowi amerykańskiemu, jego armii lub sojusznikom”. W części utajnionej znalazło się postanowienie o uderzeniach prewencyjnych na kraje i ugrupowania terrorystyczne zmierzające do uzyskania broni ABC lub rakiet dalekiego zasięgu umożliwiających jej przenoszenie. Jeden z suplementów wymienia w tym kontekście: Irak, Iran, Syrię, Koreę Północną, Libię oraz... Chiny i Rosję! 
Raport wywołał burzę zarówno za granicą, jak w prasie amerykańskiej. Doradcy Busha tłumaczyli, że Stany Zjednoczone muszą być przygotowane do użycia broni jądrowej jako środka uprzedzającego potencjalny atak nuklearny na ich terytorium lub wojska, a jednocześnie zastrzegali, że nie mają zamiaru tej broni użyć. „Chcemy ograniczyć prawdopodobieństwo wykorzystania środków masowego rażenia i dlatego wysyłamy sygnał do wszystkich, którzy mogliby je wykorzystać, że odpowiedź będzie druzgocząca” – tak Condoleezza Rice wyjaśniła ostatecznie, jak administracja wyobraża sobie jednoczesne używanie i nieużywanie bomb atomowych. Retoryczne akrobacje pani Rice nie przekonały komentatora NBC, Tima Russerta, który stwierdził: „Stany Zjednoczone zaczęły traktować broń nuklearną jako narzędzie prowadzenia wojny, a nie odstraszania od niej”.

Chwyt strażaka
Przyjaciele Rummy’ego, jego szkolni koledzy, z którymi do dziś (jak Bush) utrzymuje bliskie kontakty, i wreszcie współpracownicy dzielą się na jego wielbicieli oraz... wyznawców. Twierdzą, że jest konserwatystą stuprocentowym, lecz nie wojującym. Pryncypialnym, ale pragmatycznym. Staroświeckim, a zarazem patrzącym w przyszłość. Trzeźwo ocenia niebezpieczeństwa grożące światu i Ameryce, optymistycznie – możliwości ich zażegnania. Tyle znajomi i podwładni. 
Przeciwnicy uważają sekretarza obrony za zimnego, konfliktowego, szorstkiego czarnowidza dzierżącego w garści spluwę i gotowego strzelać z armaty do muchy. Tak czy inaczej, Donald Rumsfeld to siła, z którą musi liczyć się każdy, kto jest kimś w amerykańskiej polityce. „Jego wpływy trudno przecenić” – ocenia były prezydent Gerald Ford, który w roku 1975 po raz pierwszy powołał Rumsfelda na stanowisko szefa Pentagonu.
Światopoglądową iluminację stanowiła dla „Rummy’ego” pogadanka, którą wygłosił w marcu 1954 r. na bankiecie z udziałem studentów Princeton, gubernator Illinois Adlai Stevenson. Rumsfeld przez lata rozdawał wszystkim, którzy chcieli i nie chcieli, przedruki tego wystąpienia z podkreślonym fragmentem: „Losy świata zależą od tego, jak postępować będziemy my, Amerykanie. Jeśli Ameryka się potknie, świat upadnie”. (Stevenson, który powiedział również „Jestem gotów dobić z republikanami interesu: kiedy przestaną kłamać na temat demokratów, my przestaniemy mówić o nich prawdę”, przewraca się zapewne w grobie.) W oświadczeniu 29-letniego Rumsfelda, złożonym podczas kampanii wyborczej roku 1962, która zapoczątkowała jego polityczną karierę, znalazł się passus: „Jestem zwolennikiem twardej polityki zagranicznej, potwierdzającej słuszność naszego stanowiska i wspartej potęgą militarną”. Niedawno 70-letni sekretarz obrony powtórzył tę myśl, przemawiając w jednostce marines: „Liczy się nie jednomyślność, lecz podejmowanie oraz realizowanie decyzji słusznych, choćby trzeba je było podejmować na własną rękę”. Jakie decyzje są słuszne? Wracamy do punktu wyjścia: co jest dobre dla Ameryki, dobre jest dla świata.
Jako kapitan drużyny zapaśniczej Princeton Rumsfeld doprowadził do perfekcji tzw. chwyt strażaka. Po jednoczesnym unieruchomieniu ręki i nogi przeciwnika, następowało ostre szarpnięcie w górę. Oponent tracił równowagę i padał plecami na matę. Rummy był tak pewny skuteczności swojej zagrywki, że wyzywał cięższych od siebie zawodników i niemal zawsze zwyciężał. Jego żona twierdzi, że od czasu studiów niewiele się zmienił. Ambicja jest jego religią. Lubi podejmować wyzwania, święcie przekonany, że w otwartym pojedynku, twarzą w twarz nikt nie potrafi go pokonać.
Młody kongresman nie miał cierpliwości, by piąć się w górę, szczebel po szczebelku klubowej hierarchii. Zaangażował się w inicjatywy oddolne i w roku 1964, wraz z grupą młodych towarzyszy, przeforsował kandydaturę Geralda Forda na stanowisko szefa republikańskiej mniejszości w Izbie Reprezentantów. Trudno powiedzieć, czy to wierność pryncypiom, czy umiejętność wyczuwania skąd wieje wiatr sprawiła, że tuż przed wybuchem afery Watergate, zrezygnował z funkcji doradcy gospodarczego Richarda Nixona i został ambasadorem USA w NATO. Kiedy Nixon odszedł, Ford powierzył staremu przyjacielowi najpierw prezydencką kancelarię, potem – Pentagon. „Był jednym z najostrzejszych graczy w Waszyngtonie – wspomina były dyplomata Robert Ingersol, który przyglądał się gabinetowym manewrom Rumsfelda z bliska. –Henry Kissinger, wówczas sekretarz stanu, na ogół jeździł po biurokratach, jak chciał. Z wyjątkiem Dona. Myślę, że to Don kilka razy nieźle przejechał się po Kissingerze”. Można dodać, że nie tylko się przejechał, ale również rozpoczął zakulisową kampanię mającą na celu zmniejszenie wpływów szefa amerykańskiej dyplomacji. 
Wielu historyków uważa też, że doprowadził do odwołania z Chin i politycznego zneutralizowania George’a Busha (seniora), przez umieszczenie go na stanowisku dyrektora CIA. Prowadził nadto szeptaną akcję przeciw wiceprezydentowi Nelsona Rockefellerowi. Liczył na przejęcie jego stanowiska za drugiej kadencji Forda. Dlatego utrącał wszystkich potencjalnych rywali. Sęk w tym, że drugiej kadencji Forda nie było.

Gwiezdne wojny II 
Pobyt w Białym Domu zaowocował jednak lukratywnymi propozycjami pracy w sektorze prywatnym. Do Waszyngtonu Rumsfeld wrócił w roku 1983. Ronald Reagan mianował go specjalnym wysłannikiem na Bliski Wschód. I znów, traktując sprawowaną funkcję jako trampolinę na szczyty władzy, rozpoczął wewnątrzgabinetowe podchody. Tym razem miał nadzieję przejąć Departament Stanu po wybierającym się na emeryturę George’u Shultzu. Ale sześć miesięcy bliskowschodniej dyplomacji wahadłowej pokazało, że nie jest jeszcze gotów do roli najwyższego rangą reprezentanta USA na arenie międzynarodowej. Rekomendując ostrzał południowego Libanu, doprowadził do radykalizacji muzułmanów, która ostatecznie zaowocowała słynnym zamachem na koszary marines w Bejrucie. Działo się to wszystko dwie dekady temu, ale Rumsfeld do dziś pozostał człowiekiem, który nie wierzy w skuteczność subtelnych negocjacji dyplomatycznych. Uważa, że odpowiedzią na wszystkie problemy i wyzwania powinna być potęga militarna Ameryki.
Stany Zjednoczone nie będą jednak mogły, bez oglądania się na innych, wcielać w życie tego, co słuszne, póki słabszy, lecz dysponujący bronią masowego rażenia przeciwnik jest zdolny zmieść z powierzchni ziemi Nowy Jork czy Waszyngton. Sekretarz stanu był więc zagorzałym zwolennikiem Reaganowskiego projektu „Gwiezdnych wojen”. Jego nazwisko można znaleźć pod wieloma postzimnowojennymi memoriałami i listami otwartymi, zawierającymi protesty przeciw inicjatywom rozbrojeniowym – w tym konwencji o zakazie produkcji i stosowania broni chemicznej. „Ponieważ nie uznaje istnienia czegoś takiego, jak »społeczność międzynarodowa« i jej wspólne problemy, najprawdopodobniej będzie dążył do przywrócenia dynamiki stosunków światowych opartej na dobrze mu znanej polaryzacji między nuklearnymi potęgami, dzięki której wygrywa facet z większą bombą, kontrolujący równowagę terroru” – napisał wkrótce po zatwierdzeniu nominacji Rumsfelda publicysta Jason Vest.
Stąd obsesja sekretarza obrony na punkcie budowy systemu obrony przeciwrakietowej (National Missile Defence – NMD). Realizując koncepcje Rumsfelda sięgające początku lat 80., kiedy Ameryka i „Imperium zła” tkwiły w zapaśniczym uchwycie równowagi zbrojeń, Bush spacyfikował rosyjską opozycję wobec projektu i pod koniec grudnia polecił rozpocząć prace nad NMD. Pierwsza faza ma zostać zakończona w ciągu dwóch lat. Do roku 2005 w bazie Fort Greeley na Alasce zainstalowanych zostanie 20 pocisków przechwytujących. Na razie z ośmiu prób tego typu pocisków sukcesem zakończyło się tylko pięć. Stworzenie tarczy pochłonie kilkaset miliardów dolarów. W minionych dwóch latach Pentagon wydał na doświadczenia 16 mld. Rumsfeld przyznaje, że system „ma swoje limity, ale jest lepszy niż nic”, bo i tak odstraszy wrogów. „Jak strach na wróble” – odpowiadają demokraci, zwracając uwagę przede wszystkim na wysokie koszty projektu i zawodność branych pod uwagę technologii. Radary nie widzą jeszcze wystarczająco precyzyjnie celów, podobnie jak sensory zainstalowane na satelitach.
Komentatorzy podkreślają, że w celu zyskania politycznego poparcia dla swych planów, prezydent obiecał udostępnić wspomniane technologie sojusznikom: NATO, Korei Południowej, Izraelowi i Tajwanowi. Innymi słowy, Stany Zjednoczone z głównego przeciwnika rozprzestrzeniania broni rakietowej zmienią się w głównego dystrybutora. A w przypadku „Gwiezdnych wojen epizod II” nie chodzi o rozpowszechnianie prymitywnych SCUD-ów, lecz rakiet i laserowych mechanizmów celowniczych najnowszej generacji. Pomijając, że postępowanie takie świadczyć będzie o dwulicowości USA i podważy ich autorytet, w ostatecznym rozrachunku może okazać się samobójcze. Wystarczy popatrzeć, jak wykorzystał amerykańskie technologie sojusznik Ronalda Reagana w walce z „islamską rewolucją” – Saddam Husajn. Nota bene Rumsfeld, jako wysłannik na Bliski Wschód w 1983 r. kordialnie się z owym sojusznikiem wyściskał.

Ministerstwo prawdy
Błyskotliwy, doświadczony i – zamiast „niszczyć cele” czy „zadawać straty” – mówiący po prostu „zabijać”, sekretarz obrony, po ataku na Afganistan, praktycznie z dnia na dzień stał się gwiazdorem wojennych public relations administracji Busha. A kiedy zawodzi gra w szczerość i dziennikarze otwarcie atakują, potrafi wybrnąć z drażliwej sytuacji, rozbrajając ich żartem. Typowy przykład: „Panie sekretarzu, skoro wygrywamy wojnę z terroryzmem, powinniśmy wiedzieć, jakie są losy Osamy bin Ladena. Albo żyje, albo nie żyje. Prosimy o jasną odpowiedź”. „Odpowiedź jest jasna: albo żyje, albo nie żyje”. 
W przemówieniu do studentów Princeton, Adlai Stevenson powiedział, że tylko „dobrze poinformowany obywatel może zrozumieć decyzje władz”. Te słowa Rumsfeld traktuje jak katechizm. Mało kto wie, że w 1966 r. gorąco popierał Ustawę o swobodnym dostępie do informacji (Freedom of Information Act), która teoretycznie zapewnia każdemu mieszkańcowi USA dostęp do wszystkich państwowych dokumentów, poza tajnymi. Ale Pentagon pod rządami Rummy’ego nie stanowi bastionu otwartości. Informować dobrze, to według sekretarza obrony – informować słusznie.
W ub.r. wiele mówiło się o projekcie kampanii propagandowej, której elementem miało być dezinformowanie mediów zagranicznych przez Biuro Oddziaływania Strategicznego (Office of Strategic Influence, w skrócie OSI) Pentagonu za pośrednictwem osób oraz instytucji pozostających poza wszelkimi podejrzeniami w sojuszniczych krajach Bliskiego Wschodu, Azji, a nawet Europy Zachodniej. Pracownicy Biura zamierzali rozpowszechniać „informacje” m.in. przy użyciu technik wypracowanych przez CIA, w tym hakerskich ataków na zagraniczne komputery. Ale nie tylko. Planowano wykorzystywanie oficjalnego Biura Prasowego Departamentu Obrony, a tym samym kompletne zatarcie granic między propagandą a informacją. Były szef komisji ONZ do spraw rozbrojenia Iraku, a obecnie komentator CNN, Richard Butler uznał pomysł za „godny Goebbelsa”. Paul Knox, publicysta „Boston Globe”, porównał biuro z orwellowskim Ministerstwem Prawdy.
Rumsfeld mianował szefem OSI generała brygady Simona P. Wordena, specjalistę od operacji psychologicznych, który przedstawił plany akcji propagandowych wzorowanych na tajnych operacjach wywiadu wojskowego. Eufemistycznie działania takie określa się mianem „czarnych” w przeciwieństwie do „białych” kampanii informacyjnych, które zamiast godzić w ideologicznego przeciwnika, kładą nacisk na pozytywne cechy strony prowadzącej kampanię. Pracownikom biura pomagała waszyngtońska firma konsultingowa Rendon Group, która wcześniej współpracowała z CIA, rodziną królewską Kuwejtu i Irackim Kongresem Narodowym, opozycyjną grupą zmierzającą do obalenia Saddama Husajna. To właśnie John Rendon zadbał, by w roku 1991 Kuwejtczycy mieli odpowiednią ilość amerykańskich chorągiewek do machania oddziałom wyzwalającym kraj. Husajna demonizował za grube miliony CIA, rozpowszechniając w krajach arabskich komiksy, z prezydentem Iraku jako antybohaterem.
Projekt oczywiście upadł. I choć dziennikarze krytykowali przede wszystkim etyczną stronę przedsięwzięcia, dla nikogo nie jest chyba rewelacją nowina, że rządy kłamią. Może natomiast dziwić, że Rumsfeld nadal wierzy w skuteczność metod zaczerpniętych bezpośrednio z arsenału zimnej wojny i że chciał sięgnąć do propagandowych doświadczeń CIA, o których wiadomo, że nie zdały egzaminu. Zresztą w postzimnowojennej globalnej wiosce sama koncepcja tajnej operacji jawi się jako przeżytek. Saddam Husajn w CNN ogląda na żywo ruchy amerykańskich wojsk, w sieci C-Span – przysłuchuje się obradom senackiej Komisji Sił Zbrojnych, a na internetowej stronie „New York Times’a” czyta o przeciekach dotyczących finansowania przez amerykański wywiad określonych irackich frakcji politycznych. A poza tym niby jakie informacje miałoby podrzucać zagranicznym mediom OSI? Wszyscy wiedzą, że Osama bin Laden i Husajn są mordercami tysięcy niewinnych ludzi. Co można powiedzieć o nich bardziej obciążającego? Że biją żony?

Kłamstwo ma krótkie nogi
Władza najbardziej kompromituje się nie wtedy, gdy popełnia błąd, ale wtedy, gdy usiłuje go zatuszować. To kłamstwo Billa Clinona, a nie seks ze stażystką legł u podstaw impeachmentu. Stany Zjednoczone nie wygrały zimnej wojny dzięki błyskotliwym akcjom specjalistów od tajnych operacji. Nie wygrały jej dzięki dezinformacji, przeciwnie: dzięki informacyjnej otwartości. 
Fałszywe informacje rozsiewane przez CIA – w ostatecznym rozrachunku – stanowiły tylko smakowite kąski dla komunistycznej propagandy. Prawdziwymi ciosami były: transmisja z lądowania na Księżycu, płyty Rolling Stonesów, Hendrixa czy Dead Kennedys, dane o motoryzacji w USA, amerykańskie filmy swobodnie krytykujące władzę. A początkiem końca ZSRR była głasnost – czyli jawność.
Dlatego zamiast wiązać Husajna z Al-Kaidą, pokazywać nieczytelne zdjęcia satelitarne oraz puszczać wieloznaczne rozmowy irackich oficerów, Rumsfeld i spółka powinni cierpliwie wytłumaczyć sojusznikom, co naprawdę myślą. Iracki dyktator nie stanowi w tej chwili zagrożenia. Można go poskromić metodami pokojowymi. Wojna nie jest ostatnią z opcji, które rozważamy, lecz pierwszą. Ale chcemy go obalić, bo kpi z nas i z reszty świata. Bo zostawiony w spokoju będzie rozwijał programy zbrojeniowe i zagrażał sąsiadom. Bo jest okrutnym tyranem, gnębiącym swoich obywateli. Bo demokratyzacja Iraku wpłynie pozytywnie na cały region, wylęgarnię sfrustrowanych terrorystów. Prawda zawsze brzmi bardziej przekonująco niż półprawdy.


Piotr Milewski jest dziennikarzem Radia Zet.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl