Czy warto się spierać o charakter narodowy


Drzemka rozsądnych

Zdzisław Krasnodębski



Historia jest czymś więcej niż tylko opowieścią. Jest historią oddziałującą. Czyny i losy naszych przodków kształtują warunki naszego działania, nawyki i wzorce postępowania, wyznaczają nasze możliwości działania. W końcu jesteśmy w o wiele większym stopniu konstruktem naszych przodków niż oni naszym.


Czy istnieje charakter narodowy? Niegdyś zdawało się to oczywiste. W krajach niemieckich popularne były „Völkertafel”, tablice narodów, w których przedstawiane były najbardziej charakterystyczne cechy narodów europejskich. Już wtedy sądzono, że istnieje wśród nich hierarchia – im bliżej wizerunek postaci mającej je symbolizować znajdował się lewej strony tablicy, tym pozytywniejsze przypisywano mu cechy. W tablicy pochodzącej z początku XVIII w. Polaka umieszczono pośrodku, za nim dopiero Węgra, Moskala oraz Turka i Greka. (zob. Franz K. Stanzel, „Europäer. Ein imagologischer Essay”, Heidelberg 1997). Archetypowy Polak był hybrydą, łączącą cechy szlacheckie i chłopskie, wskazywano na jego zdolności lingwistyczne, a jako chorobę narodową wymieniano albo biegunkę, albo kołtun, znany też pod łacińską nazwą „plica polonica” albo niemiecką „Judenzopf” (jeszcze jeden dowód wielowiekowej symbiozy tych dwóch narodów).
Zdaniem Stanzela, kategoria charakteru narodowego powstała przez przenoszenie w literaturze cech indywidualnych na zbiorowości. Z jednej strony była wyrazem uprzedzeń w stosunku do obcych, z drugiej świadczyła o zdrowej chęci poznania tego, co odmienne. Jako przykład Stenzel podaje „Kupca weneckiego” Williama Szekspira oraz „Lorda Jima” i „Jądro ciemności” Josepha Conrada. W istocie, z niezrozumiałych powodów Conrad ze szczególną niechęcią opisywał Niemców (ale i w stosunku do Rosjan był wysoce nieprzyjazny, vide: „W oczach Zachodu”). Co prawda przezornie zastrzegał w przedmowie do „Zwycięstswa”: „nie twierdzę, że moja powieść daje całość germańskiej psychiki, ale – dodawał – jest to bezsprzecznie psychika Germanina”. A była to mało pociągająca psychika intryganta i zawistnika: „Ten zapalczywy i męski okaz Germanina umiał dobrze nienawidzieć”. Jak jednak wiemy, okazy innych nacji, nie tylko męskie, również to potrafią.

Tradycje wynalezione
Dziś używanie pojęcia „charakteru narodowego” trąci przekonaniem, że narody są realną, pierwotną grupą o wspólnym pochodzeniu. Stąd – jak się wydaje – już tylko krok do tezy, że cechy mentalne i charakterologiczne członków danej zbiorowości zależą od jej biologicznej konstytucji, że z pokolenia na pokolenie są przekazywane genetycznie, kulturowo albo w jeszcze inny sposób. Na przykład premier Izraela Icchak Szamir uważał, że Polacy swe uprzedzenia wyssali z mlekiem matki – stwierdzenie zdecydowanie rażące „zoologicznym antyfeminizmem”, szczególnie po odtrutkowym pokarmie duchowym, którym raczą nas czołowe polskie publicystki w „Res Publice” czy „Wysokich Obcasach”.
Obecnie panuje opinia, że narody są konstruktami, „wyobrażonymi wspólnotami”, powołanymi do życia przez intelektualistów, a tradycje są „tradycjami wynalezionymi”. Nie w ludzie tkwi narodowa substancja, lecz zostaje mu ona nadana (a nawet narzucona przemocą, nie tylko symboliczną) przez warstwy wykształcone, wytwarzające kulturę narodową. Nie bardzo więc wiadomo, gdzie miałaby przebiegać granica między „konstrukcją” a „manipulacją”, z której krytyki postępowi intelektualiści nie chcą przecież zrezygnować. Ogólne charakterystyki Polaka, Niemca czy Rosjanina uchodzą za stereotypy, przejawy patologii myślenia. Stereotypy dotyczące Polaków w krajach europejskich są zresztą zdecydowanie mało pochlebne. Gdy więc po 1989 zaczęto budować przyjazne stosunki polityczne między Polską a Niemcami, organizowano w Niemczech niezliczone konferencje na temat niemieckich stereotypów Polaków. Oczywiście po to, żeby wykazać, jak bardzo odbiegają one od rzeczywistości.
Ale także nasza tożsamość indywidualna nie jest w pełni „produktem naturalnym”, a nie uważamy jej za zbędną fikcję. Tożsamości jednostek i zbiorowości mają narratywny charakter. Narracja zakłada ciągłość, ciągłość stale ustanawianą na nowo, bo przerywaną zmianą pokoleń i wydarzeniami historycznymi. Pamięć zbiorowa jest więc zawsze „kwestią pracy”, nie istnieje bez utrwalenia w kulturze. Opowieści te mają zawsze normatywny, aksjologiczny charakter. Tak jak tożsamość indywidualna, tożsamość zbiorowa oznacza usytuowanie w przestrzeni moralnej, wyznaczonej przez mocne wartościowania, w przestrzeni zła i dobra. Ale historia jest czymś więcej niż tylko opowieścią. Jest historią oddziałującą. Czyny i losy przodków kształtują warunki naszego działania, nawyki i wzorce postępowania, wyznaczają nasze możliwości działania. W końcu jesteśmy w o wiele większym stopniu konstruktem naszych przodków niż oni naszym.

Duszne tożsamości
Według Norberta Eliasa cechy mentalne Niemców można wyjaśnić brakiem kultury dworskiej, Arnold Gehlen wielką wagę przypisywał do faktu istnienia małych państewek, z czego wyprowadzał niemiecki „fanatyzm konsekwencji” oraz nadmierną skłonność do konformizmu, a Helmuth Plessner – do opóźnienia powstania państwa narodowego i braku idei państwowej. Nie tylko bowiem Polacy zastanawiają się nad swą tożsamością i biadają nad swym charakterem. Także twierdzenie, że żaden Francuz nie musiał się zastanawiać nad tym, co to znaczy francuskość, nie ma – oczywiście – nic wspólnego z rzeczywistością. Przypomnijmy, że we Francji (jak podaje w słynnej książce „Peasants into Frenchmen. The modernization of Rural France 1870-1914” Eugen Weber) w roku 1863 jedna czwarta ludności nie mówiła po francusku. Chłopi stawali się Francuzami powoli i nie bez nacisku. Pogarda dla nich nie była mniejsza niż dla innych tego typu obiektów przymusowej modernizacji, na przykład polskich chłopów obecnie, z trudem poddających się europeizacji. Od czasu rewolucji Francja była rozdarta na dwie zwalczające się wizje francuskiej tożsamości – katolicką i republikańską (a może nawet na trzy, jak pisze Liah Greenfeld w swej książce „Nationalism. Fives Roads to Modernity”). Tezę, że we Francji – Francji pokolenia Agathona, procesu Dreyfussa, Francji Action Française i socjalizmu, Francji Vichy i „resistance” – nikt się nie zastanawiał, co to znaczy być Francuzem, traktować więc należy jedynie jako żart z naszej ignorancji. Według Pierre’a Birnbauma („La France imaginée”, Paris 1998) zacięta walka tych tożsamości trwa do dziś, co ujawniło się choćby, gdy Francja obchodziła rocznicę przyjęcia chrztu przez Chlodwiga. Obecnie zaczynają się one jednak łączyć i Birnbaum poważnie zaniepokojony jest ofensywą tożsamości katolickiej.
Swoją tożsamość narodową Francuzi kształtowali nie inaczej niż inne narody, w walce – najpierw z Anglikami, potem z Niemcami. Francuska kultura, jak pisze w znakomitej książce „Die Kultur der Niederlage” (Berlin 2001) Wolfgang Schivelbusch, była po 1871 kulturą klęski, pełną kompleksów, przepojoną chęcią rewanżu. Niestety, w realnym życiu – inaczej niż w tekstach wybitnych publicystek – konflikty interesów czy racji stanu, wrogość kulturowa i narodowa nie są tylko kwestią imaginacji. Próbując uporać się ze swą porażką Francuzi sięgali do mitów i symboli – Marianny, Joanny d’Arc, Rolanda czy Wercyngetoryksa. Nie była to ich klęska ostatnia – schyłek Francji od czasów napoleońskich był bolesnym procesem. Do dziś trwają pełne emocji spory dotyczące czasów Vichy i niemieckiej okupacji. Rozdźwięk między pamięcią indywidualną a publiczną, walkę różnych form pamięci analizował ostatnio Robert Gildea w interesującej książce „Marianne in Chains. In Search of The German Ocupation 1940-45” (Londyn 2002), pokazując przy tym, jak bardzo różniły się wyobrażenia aksjologiczne w czasach okupacji i po wyzwoleniu. Wiele z opisywanych przez niego zjawisk znajduje swoje analogie w sposobie, w jakim Polacy obchodzą się ze swoją PRL-owską przeszłością.
Francuz nie oddycha zatem francuskością jak powietrzem, Niemiec po 1945 r. często się niemieckością dusił. Nawet Anglicy, którzy zazwyczaj twierdzili, że nigdy nie zastanawiali się nad swoją tożsamością, zaczęli się o nią kłopotać, czego świadectwem mogą być opublikowane niedawno książki Petera Ackroyda („Albion. The Origins of English Imagination”, Londyn 2002) i Rogera Scrutona („England. An Elegy”, Londyn 2000)

Wybór zwierciadła
Przekonanie, że może być inaczej, że konflikty różnych wersji narodowych tożsamości nie występują w prawdziwie cywilizowanym „zachodnim” świecie są tylko wyrazem poszukiwania światów szczęśliwych, polskiego inteligenckiego eskapizmu i liryzmu. Świadectwem kompleksu niższości, dręczącego polską elitę kulturową nie mniej niż kibiców sportowych. Łatwo przy tym zapomnieć, że żaden naród z bliska nie prezentuje się tak korzystnie jak z daleka, z makijażem egzotyki. „Francuzi – naród nie do zniesienia, gdy się na niego patrzy z bliska” – pisał Bernanos. Narody starają się zapamiętać swe chwile chwały, heroizmu i dobra, własnego niezawinionego cierpienia i męczeństwa, a nie nikczemności, okrucieństwa, zbiorowego tchórzostwa. Wielkim wyjątkiem była Republika Federalna. Ale Niemcy nie kontrolowali swojej pamięci. Obecnie, po odzyskaniu przez nich suwerenności, coraz częściej słychać głosy, że dotychczasowa historiografia niemiecka były pisana wyłącznie z perspektywy przejętej od zwycięzców, że przyszedł czas na przypomnienie tego, co zostało w niej pominięte. Coraz więcej pisze się i mówi o niemieckim cierpieniu, o zbrodniczych czynach innych – aliantów i kolaborantów – współpracujących w zagładzie Żydów, podżegających do niej, wypędzających niemiecką ludność ze Wschodu, bombardujących niemieckie miasta.
Wolfgang Schivelbusch analizuje kulturę klęski na trzech przykładach – amerykańskiego Południa, Francji w latach 1870-1914 oraz Niemiec po I wojnie światowej. Gdy na tym tle patrzy się na kulturę Polski widać, że wiele jej cech bynajmniej nie było takim wyjątkiem, jak się nam zdaje. Wyjątkowa była tylko nasza klęska, a raczej pasmo klęsk, oraz to, że za każdym razem rzeczywiście chodziło o istnienie – inaczej niż w przypadku Francji czy Niemiec, których – wbrew ich wyobrażeniom pełnym samoubolewania – byt narodowy nigdy naprawdę nie był zagrożony. Polskie powstania były z punktu widzenia krajów zaborczych wojnami domowymi, wywołanymi przez bezrozumnych buntowników przeciw legalnej władzy, bezwzględnie zasługujących na stryczek. Kłopot z Polakami, tak uciążliwy dla naszych bliższych i dalszych sąsiadów, polegał na tym, że miało ich nie być, a byli. Modernizacja i racjonalizacja tej części Europy miała polegać na ich wtopieniu się w narody bardziej „historyczne”. Zwycięscy sąsiedzi postrzegali nas zgodnie z przeznaczonym nam statusem narodu podbitego i skolonizowanego, skazanego na zniknięcie. Samo trwanie polskości było przejawem obrzydliwego nacjonalizmu i bezmyślności, tak samo zresztą jak powstanie Polski po 1918 i jej imperialistyczna ekspansja poza naturalne granice Królestwa Kongresowego. Być może należy przeglądać się w zwierciadle podsuwanym nam przez sąsiadów, ale nie należy zapominać, że jest to zwierciadło krzywe.

Walka o prymat
Dlaczego dzisiaj dręczy nas problem tożsamości? Nie klęskę podobno przecież odnieśliśmy, ale zwycięstwo. Czasami sugeruje się nawet, że zwycięstwo ostateczne; że wreszcie wydobyliśmy się z sytuacji, która zmuszała nas do wiecznego powtarzania tego samego cyklu – akceptacji niewoli lub uzależnienia, powstania, klęski, emigracji. Już wkrótce będziemy „członkami najbardziej elitarnego klubu”. Nareszcie prezydent i premier, zamiast poddańczo składać pocałunki na zwiędłych wargach Leonida czy Ericha mogą twardo, po męsku, negocjować kwoty mleczne i wysokość składki z Jacquesem albo Gerdem. Zdaje się więc, że potrzebujemy innego autoopisu – czas skończyć z kulturą klęski, czas na proeuropejską kulturę sukcesu. Toteż sensowne wydaje się usunięcie z programów szkolnych takich pozycji jak np. wiersz „Do matki Polki”, którym niegdyś Adam Michnik lubił kończyć eseje zagrzewające nas do walki. Wszak utwór ten uczy „martyrologii oraz nienawiści do wrogów” (por. wypowiedź Aliny Kowalczykowej dla „GW” z 17 grudnia 2002). Wrogów zaś nie tylko trzeba miłować, ale i rozumieć. Poza oczywiście tymi prawdziwymi – wrogami wewnętrznymi, duszonymi duchową „plicą polonicą”, której nikt by nie nazwał „Judenzopfem”.
Dziwne jednak, że elitarni „klubiści” czasami oczekują od nas czegoś innego. Niemiecka publicystka Ulrike Ackermann pisała w listopadowym numerze „Merkur” w artykule o toczonej w Niemczech dyskusji na temat „wypędzenia”: „Europejska pamięć może się składać jedynie z wielości narodowych i regionalnych pamięci, które z natury rzeczy będą kolidować ze sobą, konkurować o prymat w interpretacji i toczyć produktywny spór. Ostatecznie chodzi tylko o spotkanie wielości pamięci i narodowych perspektyw, bez znoszenia różnic w sztucznym pojednaniu (versöhnlerisch) lub radosnej chęci wytworzenia jednoczącego poczucia wspólnej tożsamości (Wir-Gefühl)”.
W owej konkurencji o „prymat w interpretacji” nasz peryferyjny kraj prezentuje się mniej więcej tak, jak polska gospodarka. Tyle, że jeśli chodzi o gospodarkę, to jesteśmy przynajmniej świadomi, iż jeszcze występuje w niej tak brzydkie zjawisko jak konkurencja. Niestety, gdy idzie o pamięć, o miejsce Polski w kulturze europejskiej, dominujący odłam polskiej inteligencji nie zamierza toczyć produktywnych sporów o tożsamość, raczej skwapliwie przejmuje perspektywę i kategorie tych, którzy bliżej są wyimaginowanego centrum. I ma to sprawić, że wreszcie będziemy oddychać polskością jak powietrzem, a nie żyć w jej stężonym zaduchu. Wedle bowiem rozpowszechnionego przekonania na naszych oczach wreszcie ziszczają się internacjonalistyczne marzenia. 
„Rasistowski” obrazek z naszego elementarza, gdzie dzieci: Chinka, Murzynek i Biały podawały sobie ręce w geście wiecznej przyjaźni staje się rzeczywistością, przynajmniej na skalę europejską. Iluzją jest wszakże sądzić, że walka z „polskimi mitami” jest zawsze świadectwem oryginalności myśli i niezmiernej odwagi cywilnej. W istocie bywa też przejawem konformizmu, owej „wolności do drzymania”, o której kiedyś pisał Julian Ursyn Niemcewicz – w nie mniejszym stopniu jak bezkrytyczne zachłystywanie się własną wielkością i bohaterstwem.

Zdzisław Krasnodębski (ur. 1953) jest socjologiem i filozofem, profesorem UKSW i uniwersytetu w Bremie. Opublikował m.in. „Rozumienie ludzkiego zachowania” (1986), „Upadek idei postępu” (1991), „Postmodernistyczne rozterki kultury” (1996) i „Maxa Webera” (1999). Stale współpracuje z miesięcznikiem „Znak”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl