Komentarze

 


Ks. Adam Boniecki Czekając na głos Episkopatu

Jarosław Flis Ordynacje: mity i nadzieje

Andrzej Brzeziecki PSL podnosi stawkę

Wojciech Stanisławski Serbia: długa droga do państwa prawa









  
Czekając na głos Episkopatu


Episkopat przystąpił do pracy nad listem pasterskim, który będzie ogłoszony 
przed referendum nad traktatem o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Jest to decyzja ważna, zwłaszcza dziś, gdy w naszym życiu publicznym Kościół zdaje się być jedną z niewielu wiarygodnych jeszcze instytucji. 
Nie pierwszy zresztą raz w trudnych momentach najnowszej historii rola Kościoła jest nie do przecenienia. Tak było przed rokiem 1989, by wymienić tylko non possumus prymasa Wyszyńskiego (z 1953 r.), obchody milenijne (1966 r.), wybór Jana Pawła II (1978 r.) i jego pierwszą wizytę w Polsce (1979 r.), męczeństwo ks. Popiełuszki (1984 r.) i wsparcie ludzi Kościoła dla opozycji. Sam Gorbaczow zauważył, że właśnie opór Kościoła katolickiego w krajach Europy Środkowej istotnie przyczynił się do upadku komunizmu i bezkrwawego przejścia do demokracji. 
Co przyniesie zapowiadany list Episkopatu? Cechą (i siłą) Kościoła jest patrzenie dalekowzroczne, którego tak brakuje dziś w naszej polityce. Od przeliczania doraźnych strat i zysków związanych z integracją, ważniejsze jest długofalowe budowanie jedności. Bo jeśli wejście Polski do Unii może być dla mniejszościowego rządu SLD celem samym w sobie, to dla społeczeństwa jest to zaledwie początek nowego rozdziału historii. Integracja jest procesem długotrwałym i wymagającym polityki długofalowej. Chodzi o Europę, łączącą kulturę i duchowość tradycji Wschodu i Zachodu – jak piszą w swym „Apelu do Europy” uczestnicy międzynarodowego spotkania katolików w Gnieźnie (relację z Gniezna zamieszczamy na str. 18), popierając wejście Polski do Unii, w której „nie zabraknie świadectwa chrześcijańskiego”. Jestem przekonany, że kolejny raz Episkopat stanie na wysokości zadania, że bez wdawania się w doraźne dywagacje polityczne ukaże te wymiary wejścia Polski do Unii, które ostatnio zbyt łatwo znikają z pola naszej świadomości.

 Ks. Adam Boniecki

 





Ordynacje: mity i nadzieje

Skierowany na ręce prezydenta Kwaśniewskiego i opublikowany w „Rzeczpo-
spolitej” (z 15 marca) apel kilkudziesięciu intelektualistów – którzy postulują, by po szoku wywołanym aferą Rywina zmienić ordynację w wyborach do Sejmu – leje miód na serce tych wszystkich, którzy od lat wskazują na obecną ordynację, jako na źródło zepsucia obyczajów w polskiej polityce. Jeśli dzięki temu apelowi istotnie uda się doprowadzić do poważnej debaty na temat zmiany mechanizmów władzy, to warto od razu zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Autorzy apelu piszą: „Sprawdzoną w najlepiej funkcjonujących demokracjach świata drogą (...) jest ordynacja oparta na jednomandatowych okręgach wyborczych i głosowaniu większościowym, według zasady jeden okręg wyborczy – jeden poseł”. To prawda, ale nie cała. 
Po pierwsze, sama ordynacja większościowa bynajmniej nie przesądza, że o składzie parlamentu nie będą decydować centrale partyjne i partyjni funkcjonariusze. Wiara w zwycięstwo niezależnych kandydatów jest szkodliwym mitem. Decydujące znaczenie dla „obywatelskości” demokracji ma to, kto ma prawo zgłosić kandydata liczącej się partii w każdym z okręgów wyborczych. Jeśli, wzorem brytyjskim, pozostawić tę władzę partyjnym centralom, uzależnią one posłów od siebie jeszcze bardziej niż dziś... Owszem, rządy będą pewnie sprawniejsze, ale kosztem dalszej centralizacji państwa. Z kolei w USA władza partii jest znikoma, gdyż to prawybory przesądzają, kto jest kandydatem republikanów, a kto demokratów – i kongresmeni utrzymują ścisłe kontakty z obywatelami. Ale to nie oni decydują o sprawności amerykańskiego rządu, lecz prezydent – wybierany w powszechnym głosowaniu. O ile rozwiązanie brytyjskie nie jest więc zachęcające, to amerykańskie jest u nas niemożliwe do skopiowania bez naprawdę głębokiej rewolucji (inna sprawa, że wprowadzenie ordynacji większościowej wymagałoby zmiany konstytucji). 
Apel intelektualistów może być natomiast impulsem do wprowadzenia w Polsce takiej ordynacji, która jest zgodna z konstytucją, a która wprowadza i jednomandatowe okręgi wyborcze, i zmusza partie do otwarcia się na aktywnych obywateli. Taką ordynacją jest stosowany w Niemczech spersonalizowany system proporcjonalny: to subtelny mechanizm, bardzo dobrze pasujący do naszych realiów. Jeśli więc temat został już publicznie wywołany, i jeśli na fali szoku po aferze Rywina jest dobra atmosfera do dyskusji o naprawie Rzeczpospolitej, to warto podyskutować przede wszystkim o tym niemieckim „majstersztyku demokracji”. To on najbardziej spełnić może oczekiwania autorów apelu.

Jarosław Flis





PSL podnosi stawkę

Polskie Stronnictwo Ludowe kupczy polskimi interesami narodowymi nie od 
dziś. Co, na pozór tylko paradoksalnie, nie przeszkodziło w tym, że w Sejmie od lat panuje opinia, iż to PSL jest... najbardziej przewidywalnym partnerem: poprze (prawie) każdą ustawę, kwestią jest tylko cena. Najchętniej liczona w stanowiskach. W polskim parlamentaryzmie pazerność PSL stała się przysłowiowa, ale obliczalna i mogło tak trwać jeszcze długo. Jednak Stronnictwu wyrósł konkurent: Samoobrona, dziś wyprzedzająca PSL w sondażach o dwie długości. Jarosławowi Kalinowskiemu i jego partyjnym kolegom puszczają więc nerwy: zamiast tworzyć racjonalną alternatywę dla Leppera, PSL próbuje chwilami naśladować Samoobronę, w przekonaniu, że to przysporzy mu głosów wśród rolników. Nawet za cenę „czystego” już populizmu. To jednak w przypadku PSL nie jest łatwe, bo jak pogodzić interesy ubogich rolników z interesami importerów i biznesmenów, otaczających liderów PSL, a czasami wręcz współtworzących Stronnictwo na szczeblu ponadlokalnym? W przeszłości nieraz bywało, że pomysły lansowane jako „służące wsi”, okazywały się przydatne dla grup interesów, związanej z liderami PSL.
I tym razem pazerność wzięła górę: PSL straszy, że przed referendum nie poprze integracji z Unią, jeśli nie zostaną uchwalone trzy ustawy: o dofinansowaniu z budżetu dopłat dla rolników, o ustroju rolnym i biopaliwach. Dwie pierwsze to „opakowanie”, ludowcom chodzi głównie o biopaliwa. Przyzwyczajone do szantażowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej, PSL niedawno zagrało va banque – i przelicytowało. PSL idzie jednak w zaparte i podnosi stawkę. Teraz nie jest nią już jakaś koalicja rządowa ani jakieś tam posady, ale przyszłość całego kraju: członkostwo Polski w Unii. 

Andrzej Brzeziecki






Serbia: długa droga do państwa prawa

W październiku 2000 r., w dniach belgradzkiej „aksamitnej rewolucji”, serb-
scy demokraci stanęli przed tym samym dylematem, co o dekadę wcześniej opozycjoniści środkowoeuropejscy: jak doprowadzić bez rozlewu krwi do przemiany politycznej, dostępnej, wydawałoby się, na wyciągnięcie ręki? Jak zneutralizować struktury „siłowe” komunistycznej dyktatury, i jaką cenę można za to zapłacić? Jeden z liderów opozycji, 48-letni wówczas Zoran Djindjić, należał do tych, co wzięli na siebie ciężar „diabelskiego paktu”, obiecując bezkarność dowódcom wojska i służb specjalnych, którzy w październiku 2000 r. zachowali neutralność. Djindjić miał nadzieję, że usuną się oni dobrowolnie w cień, a Serbia stanie się państwem przejrzystym i praworządnym. Byli dowódcy nie chcieli jednak rezygnować ze swych wpływów. Serbska mafia, rozrośnięta za dyktatury Miloszevicia, przez ostatnie dwa lata funkcjonowała niemal bezkarnie, odwołując się do „długu wdzięczności” z roku 2000 albo do solidarności dawnych towarzyszy z bałkańskich frontów, którzy zostali w szeregach specsłużb i policji. 
W miniony czwartek premier Djindjić, który zdecydował się na sanację państwa i zerwanie dawnych zależności, zginął w zamachu (zleceniodawcą miał być Miroslav Luković „Legija”, jeden z eks-dowódców). Tragedia Serbii raz jeszcze ukazuje, jak trudne, kosztowne i niebezpieczne bywa rzeczywiste uzdrowienie państw postkomunistycznych, wyzwolenie ich z sieci dawnych powiązań i uzależnień – i jak bardzo jest to potrzebne. 

Wojciech Stanisławski











 











Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl