Karol Hiller (1891–1939): awangardysta o wielu obliczach


K H, czyli tajemnica

Bogusław Deptuła



Wystawą Karola Hillera łódzkie Muzeum Sztuki zamyka cykl wystaw twórców polskiej awangardy – Kobro, Strzemińskiego, Stażewskiego. Postać Hillera jest najmniej znana, najbardziej tajemnicza i najtrudniejsza do przedstawienia. 


We wstępie do znakomitego katalogu towarzyszącego wystawie jej kuratorki Zenobia Karnicka i Janina Ładnowska podsuwają nam listę pytań, ale nie odpowiedzi. „Lewicowiec, mistyk, realista, abstrakcjonista, surrealista, konstruktywista? Czy heliografia to eksperyment fotograficzny czy graficzno-
-malarski? Awangarda lub raczej Tradycja?”. Skoro w stosunku do jednego artysty pada tyle określeń, to znaczy, że jego twórczość nie jest ani prosta, ani jednoznaczna. 

Ikona i awangarda
Pochodzący z rodziny niemieckiej, Hiller posłany został do szkoły rosyjskiej, bojkotowanej przez społeczność polską. W latach 1910–1911 studiował chemię w Darmstadt. Po powrocie chciał chyba rozpocząć studia artystyczne, ale ostatecznie zdecydował się na rosyjską Politechnikę w Warszawie. Próbował przenieść się do Carskiej Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu, ale nie został przyjęty. Po wybuchu pierwszej wojny został wraz z uczelnią ewakuowany do Moskwy i tam kontynuował naukę. Podróżował między Moskwą a Kijowem, gdzie podjął studia w Ukraińskiej Akademii Sztuki, pierwszej wyższej szkole artystycznej w dziejach Ukraińskiej Republiki Ludowej. Najważniejszą postacią tej uczelni był Mychajło Bojczuk, odnowiciel religijnego malarstwa monumentalnego, zamordowany w 1937 roku (jego sztuka miała duże znaczenie dla młodego Jerzego Nowosielskiego, gdy ten rozpoczynał w latach 30. naukę malarstwa ikonowego.) A zatem z jednej strony tradycja ikony, z drugiej nowoczesność reprezentowana przez awangardystkę Aleksandrę Exter, która w latach 1918-19 miała w Kijowie swoje atelier, a wcześniej regularnie podróżowała między Moskwą a Paryżem. 
W 1921 Hiller wraz z rodziną opuszcza niespokojny Kijów i wraca do Łodzi. Tam zaprzyjaźnia się z Witoldem Wandurskim, znanym ze swoich lewicowych poglądów, przypieczętowanych wyjazdem do Sowietów. Zanim do tego doszło, w 1926 Hiller zilustrował tom poezji Wandurskiego „Sadza i złoto”, a dwa lata później pomagał przy wystawieniu jego dramatu „Śmierć na gruszy”. Wspólnie brali udział w życiu intelektualnym Łodzi, publikowali w łódzkich gazetach, wędrowali po mieście, które stawało się dla nich ważną inspiracją. 
Hiller najważniejsze swoje teksty opublikował na łamach „Formy”, pisma, którego był redaktorem. Drukował tam także Władysław Strzemiński, ale poglądy obu artystów nie były zbieżne. I chociaż Hiller pozostawał w kręgu artystów związanych z grupą „a.r.”, to właśnie konflikt ze Strzemińskim spowodował w ostatnich latach przed wojną pewną marginalizację jego osoby i twórczości. Dla tak silnej osobowości jak autor „Teorii widzenia” inna silna osobowość w tym samym mieście to było chyba za wiele. 

Profile Hillera
Oglądając bardzo pięknie przestrzennie i czysto zrealizowaną wystawę Hillera miałem nadzieję, że dowiem się, kim był ten artysta. Niewiele jego prac znałem z oryginałów, a reprodukcje wciąż powtarzały kilka tych samych dzieł. Okazało się, że to kolejny przykład twórczości rozłupanej przez historię. Jeden fakt: z wystawionych na pierwszej indywidualnej wystawie 45 obrazów Hillera znamy mniej niż jedną czwartą. By rzecz całą jeszcze skomplikować, dodajmy, że dzieła ocalałe są bardzo różnej wartości. Co więcej, są to prace w dość różnych stylistykach.
Właściwie niepodobna rozstrzygnąć, kim był Karol Hiller. Uciekając przed niewiele dającym określeniem synkretysty, można rzec, że był twórcą o wielu profilach, a może nawet obliczach. Na początku mamy kompozycje w stylistyce bliskiej Bojczukowi, proste i hieratyczne, inspirowane ikoną. Potem „Deska O” i „Deska ze spiralą” (1928), uproszczone i wyabstrahowane Legery, następnie miękkie i delikatne abstrakcje przywołujące twórczość Františka Kupki, choć, jak zapewnia Iwona Luby, „o bezpośrednich zapożyczeniach nie może być raczej mowy”. Kolejne abstrakcje stają się nieco bardziej suche, zbliżone do tego, co robił Kandinski. 
W końcu lat 30. Hiller wraca do postaci ludzkiej i maluje monumentalne (nie w skali, a w kompozycji) obrazy „Robotnicy” czy „Kobiecość” (1938-39). Oba wydają mi się znakomite i jakoś autentyczne w wyrazie. Może dokonało się w nich coś w rodzaju syntezy różnych doświadczeń malarskich? Dodajmy bowiem, że Hiller przez cały czas malował realistyczne pejzaże z wakacyjnych pobytów. Nie wiem, czy były one jedynie ćwiczeniem ręki, czy obrazami malowanymi dla pieniędzy. Z drugiej strony wciąż powstawały heliografiki, których był wynalazcą. Rysunek powstawał na szkle lub kliszy celuloidowej i przenoszony był za pomocą światła na światłoczuły papier. To było pole do eksperymentowania z formą, ale i z techniką, do czego zapewne przydało się Hillerowi chemiczne wykształcenie. 
Zazwyczaj właśnie heliografikę uważa się za indywidualny wkład Karola Hillera w dzieje polskiej sztuki. Trudno zaprzeczyć, trudno nie docenić, mnie jednak na łódzkiej wystawie zachwyciło coś zupełnie innego, jeszcze mniej spektakularnego, a zarazem mniej odkrywczego, ale dla samego artysty chyba bardzo ważnego. Mam na myśli dziesiątki niewielkich szkiców ołówkowych, rysowanych precyzyjnie na dwóch stronach podłużnych pasków papieru i trochę przez to trudnych w oglądaniu. Jest ich w katalogu ponad 160: zbiór fascynujący. Potwierdzają one, że nie było jednego Karola Hillera. Zawarta jest w nich część tajemnicy jego sztuki. Można by znaleźć tu propozycje niemalże wykluczających się wzajemnie obrazów, ale wszystkie one zrodziły się w tej samej głowie i może choć część miałaby szansę na powstanie, gdyby inaczej ułożyły się losy autora. Z faktami się nie dyskutuje, ale czasami trudno się z nimi zgodzić. Te szkice są jak nie namalowany rozdział w dziejach polskiego Dwudziestolecia, jak projekt na nie zrealizowany żywot artystyczny.

*
Wystawa w Łódzkim Muzeum Sztuki jest wystawą tragiczną, bo uświadamia, że są zjawiska w dziejach naszej sztuki, których mimo największych wysiłków już nie odtworzymy. Jest zarazem wystawą wspaniałą, bo wyrywa z objęć niepamięci ważnego artystę, którego sztuka nie daje się zamykać w prostych szufladkach. Karol Hiller jest nieodrodnym synem czasu awangard, ale takim, który nie umiał obrać jedynie słusznej drogi. 

„Karol Hiller 1891–1939. Nowe widzenie: malarstwo, heliografika, rysunek, grafika”. Kuratorki: Zenobia Karnicka, Janina Ładnowska. Muzeum Sztuki w Łodzi, listopad 2002 – marzec 2003.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl