Gdzie się podzieją moje pieniądze?

Marcin Król



Wielokrotnie historycy i historycy idei oraz myśli politycznej przypominali, że jednym z najniebezpieczniejszych momentów dla każdego rządu jest podnoszenie podatków. Jakichkolwiek podatków. Także tych, które mają być przeznaczone na słuszne cele. 
Kiedyś miałem okazję obserwować, jak w stanie Michigan debatowano nad podniesieniem podatku stanowego o pół procenta, w celu zwiększenia budżetu na oświatę. Obywatele podjęli taką decyzję (i dzisiaj ten stan ma znakomite szkolnictwo) ale pod warunkiem, że wpływy z podwyżki nadzorować będzie społeczna komisja, a nie tylko statutowe władze. Identycznie powinno być w Polsce, jeżeli mamy się zgodzić na wprowadzenie jakiejkolwiek formy podatku na przyszłe autostrady. Każda inna propozycja musi przegrać, bo już dostatecznie dużo było nadużyć i niejasności z poprzednimi obciążeniami, jakie rzekomo miały iść na poprawę polskich dróg i budowę autostrad. 
Tyle co do podatku lub zwiększonej akcyzy na paliwa. Natomiast problem autostrad związany jest w sposób zasadniczy ze stylem uprawiania polityki w Polsce. Otóż wiele lat temu nie wpuszczono na polski rynek inwestorów zagranicznych, którzy zapewne mieliby pieniądze na autostrady, potem przyznano koncesję na budowę odcinka autostrady polskiej spółce, która – jak się szybko okazało – nie ma dość pieniędzy, więc zażądała gwarancji skarbu państwa na pożyczki, które zaciągnie, a skarb państwa odmówił i tu się sprawa skończyła. Skończyła, ale tylko na pozór, bowiem przez cały czas wydawano pieniądze, a autostrad jak nie było, tak nie ma. 
Rzecz zatem nie w tym, czy i kto tu nakręcił, ale w tym, że władze państwowe od 1990 roku wydają się nie rozumieć, że rozwój Polski z taką infrastrukturą (bo chodzi także o koleje) jest po prostu niemożliwy, a napływ inwestycji zachodnich ulegnie gwałtownemu zahamowaniu. Innymi słowy, nigdy nie uznano rozwoju infrastruktury za priorytet, chociaż jest teraz nawet minister od tejże. 
A przecież takie decyzje są ściśle związane ze sposobem rozdzielania podatków. Przed każdymi wyborami parlamentarnymi słyszymy od kandydatów, że za sprawy najważniejsze uznane będą naturalnie bezrobocie, ale także nauka i infrastruktura. I coraz mniej wydaje się na naukę i na infrastrukturę. Rozumiem, że w demokracji członkowie parlamentu są naszymi reprezentantami, ale czy ich rola nadzorcza w stosunku do rządu sprowadza się jedynie do zatwierdzania budżetu i absolutorium? Czy nie powinni rozliczać rządu przede wszystkim na podstawie już nie obietnic wyborczych, bo z tego cało nikt by nie wyszedł, ale na podstawie exposé premiera?
Jak, innymi słowy, mam się dowiedzieć, na co poszły pieniądze moje i milionów innych Polaków? Przecież nie ze sprawozdania rządowego, które z natury rzeczy jest ogólnikowe. Czy instytucje państwowe nie powinny rozliczać się przed obywatelami? W szczególności idzie mi o instytucje o wąskich i określonych celach, jak instytucja nadzorująca niebudowane autostrady czy instytucja nadzorująca pomoc niepełnosprawnym. Doprawdy nikt by na tym nie stracił, a może obywatele byliby gotowi ponosić większe ciężary, gdyby wiedzieli po co. Nie ma podatków bez przedstawicielstwa, ale czy istnieje przedstawicielstwo nadzorujące podatki?
Powtarzam od pewnego czasu z maniakalnym uporem wezwanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie chodzi mi o to, by kraj popadł w anarchię, ale tylko o to, by obywatel, który chce wiedzieć, co się dzieje z jego pieniędzmi, mógł się tego dowiedzieć, tak jak wiem, ile wydałem, na podstawie rachunku, jaki otrzymuję w sklepie. Wtedy dopiero powstaje możliwość wyboru; bo wiem, że ten sklep (rząd) jest lepszy, a inny gorszy. 













 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl