O wszystkim


Rozpacz profesora

ANDRZEJ DOBOSZ


Ubiegłego lata ukazała się nakładem Instytutu Filozofii i Socjologii PAN bardzo ważna książka socjologiczna: „Utracona dynamika. O niedojrzałości polskiej demokracji”. Dwukrotnie dotąd wspominałem tę pracę zbiorową, cytując dwu wśród jej autorów: nieżyjącego już prof. Edmunda Mokrzyckiego oraz Andrzeja Zybertowicza. Prof. Zybertowicz ogłosił w „Plusie-Minusie” („Rzeczpospolita” z 8 marca br.) artykuł „Wstrząs kontrolowany”. Już pierwsze zdanie – „Są dla Polski rzeczy ważniejsze od wyjaśniania sprawy Rywina” – zachęca do dalszej lektury. „Polska ma przed sobą tylko trzy możliwe scenariusze: dalsze gnicie, wstrząs kontrolowany albo niekontrolowane konwulsje ŕ la Lepper”. Tu od razu można zauważyć, że scenariusz 1. i 3. mogą się realizować równocześnie.
Niezbędnym wstrząsem byłaby zmiana ordynacji wyborczej na większościową, zakładającą jednomandatowe okręgi wyborcze obejmujące około 60-65 tysięcy wyborców. W każdym okręgu wygrywałby tylko jeden kandydat.
Zybertowicz przytacza wiele dobrych argumentów za takim rozwiązaniem. Nie jest zresztą pierwszym wysuwającym ten pomysł, godny najszerszego poparcia. Tyle że przecież ordynację może zmienić tylko parlament. Trudno przypuszczać, by zechciał to zrobić obecny. Tak więc przed nami jeszcze kilka lat gnicia i konwulsji.
Dalej czytamy: „Media finansowane przez podatników trzeba oddać na służbę publiczną. Oto jedno z rozwiązań: organ w przybliżeniu pełniący funkcje KRRiTV liczy kilkanaście osób delegowanych przez instytucje, które trudno upolitycznić – związki wyznaniowe, Związek Literatów Polskich, Konferencję Rektorów Uniwersytetów, PAN, Polskie Towarzystwo Historyczne, Polskie Towarzystwo Socjologiczne, ZASP, federacje pracodawców etc.”. 
Tu najpierw drobny sprzeciw. Akurat Związek Literatów Polskich, tylko jedna z dwu organizacji pisarskich, i to ta z tradycjami stanu wojennego, nie gwarantuje w żadnej mierze apolityczności. Bardziej zasadniczą kwestią jest sam sens istnienia takiej rady, która w żadnym z dotychczasowych składów niczego pożytecznego nie zdziałała, a jej liczni członkowie ulegali demoralizacji. Czy raczej szefem publicznej telewizji nie powinien po prostu zostać doświadczony dziennikarz znany z uczciwości i względnego obiektywizmu?
Kolejny postulat: „Niezbędna reforma służb specjalnych, w tym rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych i zbudowanie nowych przez zespół fachowców powołanych w wyniku międzypartyjnego porozumienia”, choć słuszny, należy do sfery pobożnych życzeń, skoro nie ma ochoty do międzypartyjnego porozumienia ani jasnych kryteriów fachowości.
Profesor Zybertowicz zdaje sobie sprawę, że proponowane zmiany nie mogą nawet ruszyć z miejsca, skoro istnieje „silna sieć antyrozwojowych interesów”.
I znajduje osobliwą receptę na jej rozerwanie: „Trzeba zalegalizować nakradzione. Tym, którzy się już nachapali, trzeba zaoferować spokój... Potrzebna jest więc szeroka abolicja połączona z ujawnieniem majątków. Abolicja dla generałów, pułkowników i aparatczyków PZPR oraz legalizacja majątków piratów transformacji, zbójecko wzbogaconych w III RP. Abolicja wyłączająca czyny kryminalne. Jednak nakradłeś, ujawniłeś przed godziną zero – jest twoje... Ale od jutra zero tolerancji dla bezprawia. Żadna racja stanu, żaden interes, żadne względy na opinię o Polsce w świecie”.
Uczony socjolog wykazuje dziecięcą naiwność przypuszczając, że bogaci oszuści przyjmą ofiarowane warunki i poświęcą zdobyte dobra wyłącznie na konsumpcję i zbieranie Dudy-Gracza. Przecież zawsze wielkie pieniądze służyły głównie robieniu jeszcze większych pieniędzy.
Na dodatek sam powiada: „W III RP weszliśmy z umową: oddajcie nam władzę, a my nie zaglądamy do waszych kieszeni. Niepisany charakter tej umowy przyczynił się do paraliżu rządów prawa w Polsce. Dziś cel jest niemal ten sam – zmiana chorego ustroju na zdrowszy. I sposób podobny: Wy (z tym że »wy« obejmuje teraz część elit postsolidarnościowych) pozwalacie nam wprowadzić rządy prawa, my gwarantujemy, że co nakradzione do wczoraj, już od teraz legalnie będzie wasze”.
Lecz kto mógłby spisać taką dwustronną umowę? Niepisany charakter umowy musi raz jeszcze i to silniej sparaliżować sądy prawa.
O ileż rozumniejszy jest od profesora warszawski taksówkarz opisany na sąsiedniej stronie „Rzeczpospolitej” przez Stanisława Tyma, który powiada, że najlepsze za komuny było to, że wszyscy wiedzieli, że to jest chore, i że może być inaczej.
Pomysł Andrzeja Zybertowicza można z powodzeniem stosować wobec maszyn. Od pewnej daty rejestrujemy tylko samochody ze specjalnym filtrem; wcześniejsze modele i tak ulegną zużyciu i opuszczą szosy. W społeczeństwie normalnym wszystkich obowiązują te same prawa. Nawet jeśli nie udaje się ujawnić i ukarać wszystkich przestępstw, ma istnieć jasne rozpoznanie między dobrem a złem. Trudno przecenić dewastacyjne skutki moralne ewentualnej abolicji. Co więcej, istnieją majątki osiągnięte na drodze uczciwej i zamożni również mają prawo do szacunku. Przyzwolenie na nieuczciwość do pewnej daty prowadziłoby w świadomości potocznej do pogardy dla wszelkiej zamożności.
Profesor próbuje tłumaczyć, że trzeba uwolnić wymiar sprawiedliwości od przewlekanych w nieskończoność postępowań. To zupełnie inna sprawa. Byłem przeciwnikiem ciągania Urbana za to, co napisał o Ojcu Świętym. Nie dlatego, żebym sądził, że mam to znieść w imię wolności słowa. Po prostu nie wyobrażam sobie, żeby po czymś takim, a ściśle mówiąc to znacznie wcześniej, człowiek szanujący się mógł podać łobuzowi rękę. W normalnym społeczeństwie taka banicja byłaby środkiem wystarczającym. Takie wyobrażenia o normalnym społeczeństwie wyniosłem z domu rodzinnego.
Wypada się natomiast zgodzić z A.Z., gdy upiera się stanowczo, że z szerokiej abolicji i legalizacji majątków musi być wyłączone środowisko mające być ostoją prawa i Rzeczypospolitej – środowisko sędziów. „Tu wystarczy stwierdzić majątek przekraczający ujawnione dochody: »Panu już dziękujemy«. Wystarczy »niewinne« opóźnienie postępowania dyscyplinarnego w sprawie swojej lub kolegów i nie dajesz, kolego, rękojmi”.
Wymiarowi sprawiedliwości była też poświęcona rozprawa A.Z. „Demokracja jako fasada: przypadek III RP”, gorzka, w której jednak rozpacz nie prowadziła autora na manowce.




 













 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 12 (2802), 23 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl