Nosiłem oficerki

Jerzy Woźniak



Z niechęcią przeczytałem rozmowę z Krzysztofem Vargą. Należę do Pokolenia ’89 i wchodziłem w dorosłe życie pod koniec PRL-u. Pamiętam chłopców, którzy jak pan Varga uważali, że wszystko jest bez sensu i przemycali pod przydługimi swetrami nieformalne pisemka punkowe. W środowisku mojego liceum im. Stefana Żeromskiego w Warszawie tacy ludzie byli zaocznie skazywani na koleżeńską infamię. U nas słuchało się Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego, a na blisko 20 kolegów w klasie prawie wszyscy byli czynnymi działaczami młodzieżówki Konfederacji Polski Niepodległej. 
Czy mieliśmy rację? Być może, jak chce pan Varga, istniała w naszej generacji nie uświadomiona tęsknota za przeżyciem na miarę Powstania Warszawskiego, która okazała się czymś pozytywnym, pozwoliła nam przejść z „fasonem” przez brud, szarzyznę i beznadzieję. Jest brednią twierdzenie, że czekaliśmy na śmierć w objęciach całujących sanitariuszek i przybieraliśmy męczeńskie pozy. Ktoś, kto głosi podobne opinie stał z boku i wolał śmiać się z tego, co oglądał z bezpiecznej odległości. Tacy młodzieńcy, jako przejaw buntu nosili obuwie zwane glanami i twierdzili, że wszystko „męczy”. Być może ja i moi rówieśnicy byliśmy w mniejszości i te wszystkie demonstracje, akcje ulotkowe, wspólne wyjazdy, ogniska, na których dyskutowaliśmy o przyszłej Niepodległej Polsce, były i są dla niektórych ludzi śmieszne. Dla odmiany u nas człowiek z takim światopoglądem jak pan Varga był po prostu nikim.
Co wynieśliśmy z tamtych lat? Przede wszystkim wdzięczność historii za to, że mogliśmy się spotkać, poznać przyjaciół i przeżyć przygodę, której daj Boże nie będą musiały przeżywać następne pokolenia. To jest wartość tamtych czasów i to jest moja „nostalgia” za ostatnim oddechem PRL-u. Żal tylko jednego. Wielu z tych, którzy przez lata bili się o Polskę, cierpieli w więzieniach, byli gnojeni za to, że nie pozwolili sobie pluć w twarz – nie doczekali wolności. Ostatnio wpadła mi w ręce praca Józefa Romana Rybickiego, który od listopada 1943 r. kierował Kedywem Okręgu Warszawa AK. Po wielu latach ten kryształowy człowiek, współzałożyciel WiN-u, więzień Mokotowa, a w 1976 r. współzałożyciel KOR-u, jakby przeczuwał, że nie dane mu będzie oglądać tego, o co przez całe życie walczył, napisał: „Nie wiem, ilu z żołnierzy Kedywu przeżyło, ilu było rannych, a ilu żyje. Byliśmy wykonawcami prawa, w walce z wrogiem działaliśmy zawsze w imieniu Rządu Rzeczpospolitej... Daj Boże wszystkim uczciwie pracować. Niech doczekają się Niepodległości”.
Rybicki zmarł w 1986 r., na kilkadziesiąt miesięcy przed narodzinami III Rzeczpospolitej. Doczekał tego dnia razem ze mną pan Varga, któremu w Polsce jest ciężko oddychać, bo w kraju „unosi się nieusuwalny smog zmęczenia”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl