Etos glana

Bogusław Tracz



Do napisania tego tekstu skłoniła mnie rozmowa z Krzysztofem Vargą. Moje losy były inne, choć niegdyś także uległem urokowi kontestacji
i schodzone rumuńskie buty robocze, szumnie zwane glanami, stały się częścią mego uniformu nihilisty.



Mentalnie nie kształtowały mnie ani muzyka, ani powieści undergroundowych pisarzy. Gitarowe brzmienia wydawały mi się prymitywne, a teksty o śmierci i pustce nie przemawiały do wyobraźni. A jednak wchodzenie w dorosłość zbiegło się z jednej strony z upadkiem komunizmu, z drugiej zaś z flirtem (bo nie nazwałbym tego miłością) ze światem frustracji, nihilizmu i tanich ideologii. Dziś na ten okres spoglądam z dystansu i wydaję się sobie dość zabawny.
Niektórzy mówią: „Stary, zupełnie Ci odbiło – zdradziłeś ideały swojej młodości!”. Ja zaś odpowiadam: „To była młodość, ale czy były faktycznie jakieś ideały?”. Chyba większość młodych ludzi, bez względu na czas i okoliczności, ma w życiu pięć minut, kiedy na wszystko mówi „nie”. Moje pokolenie kontestowało w sposób szczególny, dziś już chyba zapomniany. Kontestacja ta czeka wciąż na swego dziejopisa. Pomijając drobne artykuły, nie sposób znaleźć opracowań, które obiektywnie ukazałyby fenomen Jarocina, Brodnicy, Róbrege czy Rawy Blues lat 80.
Jestem chyba jednym z niewielu, którzy będąc już w wieku w miarę świadomym, dotarli na festiwal w Jarocinie czy Camping Muzyczny w Brodnicy. I niestety pamiętam o takich zespołach jak „Trybuna Brudu”, „Brudny Widelec” czy „Schizofreniczna prostytutka Maria”. Tkwiłem w tzw. kulturze rocka dość mocno, narzucała mi ona gusta muzyczne, sposób życia, a nawet styl ubierania. Całe szczęście nie zaliczam się dziś do podtatusiałych panów z brzuszkiem, którzy przez długie godziny udowadniają, że nie ma wygodniejszych butów nad glany i lepszej muzyki niż polski punk i underground lat 80. Bardziej cenię „Wariacje Goldbergowskie” niż nawet najlepsze nagrania Lipińskiego, Brylewskiego i spółki.
Każde zmiany niosą z sobą strach i niepewność. Wówczas najprościej jest uciec lub ulec w zupełności. Wydaje mi się, że postawy nihilistyczne i konformistyczne są sobie bliższe niż się wydaje. Nie miałem kompleksu Powstania Warszawskiego, ani nie jeździłem w góry z gitarą, a piosenka turystyczna czy szanty po dziś dzień wywołują we mnie dreszcz irytacji. Moja kontestacja miała być pełna i zaangażowana. Patrząc na nią z dzisiejszego punktu widzenia, wydaje mi się czymś na kształt quasi-religijnej wiary, że akurat ci, którzy mówią na wszystko „nie” odkryli sens istnienia, twierdząc, że „wszystko jest niczym”.
Tęsknota za wolnością, pojmowaną na swoiście młodzieńczy sposób była – jak sądzę – wyróżnikiem mojej generacji. Wbrew pozorom nie utożsamialiśmy się z wyświechtaną „Autobiografią” „Perfectu” czy dyskotekową kontestacją w stylu „Lady Pank”. Koncerty na dużych salach, telewizyjne transmisje były formą zdrady, kolaboracji z systemem. Ja i wielu moich przyjaciół pojmowaliśmy system jako Wielki Babilon, z którym nie można zawierać kompromisów. Oczywiście dużo w tym było pozerstwa i bufonady – wszak wielu z nas, zatwardziałych nihilistów wzięło w czerwcu 1989 r. do ręki długopisy i skreślało kandydatów rządzącej monopartii, czyniąc to wbrew nihilistycznym deklaracjom. Pomimo tego wydawało nam się, że kontestując wszystko, co możliwe: oficjalną kulturę, politykę, religię, Kościół, własną rodzinę, a na końcu samych siebie wyznaczamy granice własnej wolności. Cóż za nieporozumienie.
Nie widzę jednej drogi mojego pokolenia. Rozeszliśmy się w bardzo różne strony. Dziś jedni są wśród „białych kołnierzyków”, inni pracują jako wyrobnicy na niskopłatnych etatach, niektórzy szukają wciąż pracy i żebrzą o zasiłek. Nie łączy nas chyba nic, jedynie wspomnienie smaku wody z saturatora, festynów „Dni Książki” czy pierwszomajowych pochodów. Za mało, by mówić o jakiejś wyraźnej strukturze pokoleniowej.
Po latach pozostała moda na bycie kontra, zawsze i wszędzie, ale nie ma ona już nic wspólnego z czasami, kiedy dzisiejsi trzydziestolatkowie byli nastolatkami. Podobnie jak wyrób szewski angielskiej firmy Dr Martens ma się nijak do rumuńskiego buta roboczego, których parę można było zdobyć jedynie drogą handlu wymiennego, w zamian za tanie wina, karton papierosów z filtrem lub komplet zdartych płyt winylowych. Pozostał etos glana, jako buta wolności – dziś zresztą coraz mniej czytelny.

Bogusław Tracz (1972) jest historykiem, absolwentem UJ; zajmuje się problematyką społeczno-polityczną powojennej Polski; uczy historii i etyki w Liceum Ogólnokształcącym „Filomata” w Gliwicach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl