Przegląd prasy

 Polska dłużników

Polacy są zadłużeni. I to nie tylko w bankach. Mimowolnymi kredytodawcami stają się spółdzielnie mieszkaniowe, sieci telefonii komórkowych, przedsiębiorstwa energetyczne, kablówki. Czy to już kryzys, czy jeszcze norma – bada w miesięczniku BUSINESSMAN (3) Łukasz Warzecha.
Zaciąganie długów to naturalny mechanizm gospodarczy. Ktoś ma kapitał, a nie ma pomysłu, jak go wykorzystać. Ktoś inny ma pomysł, a nie ma pieniędzy. Dla obu stron najlepszym rozwiązaniem jest kredyt. Wszystko się kręci, póki pożyczki są spłacane albo póki odsetek kredytów niespłacanych zamyka się w rozsądnych granicach, rzędu kilku procent ogólnej kwoty pożyczek. Groźna dla gospodarki jest dopiero sytuacja, kiedy wielu dłużników ma problemy z terminową spłatą należności.
Skutkiem nadmiernego zadłużenia jest gwałtowna likwidacja złych długów, czyli ostry kryzys połączony z paniką – wyjaśnia prof. Krzysztof Ostaszewski z Uniwersytetu Illinois. – Jednak zbyt małe zadłużenie też nie jest korzystne. Powoduje długotrwałą stagnację i marnowanie kapitału ludzkiego, bo ludzie nie mają pieniędzy na zakładanie firm. Jeżeli ludzie pożyczają, by zwiększyć wydajność swojej pracy, powinni pożyczać jak najwięcej.
Dokładne obliczenie ogólnej sumy przeterminowanych należności w różnych sektorach usług i handlu jest niemożliwe. Można się najwyżej pokusić o szacunki. Przykładowo – wedle GUS – w ub. r. w spółdzielniach mieszkaniowych zalegało z opłatami 1,1 mln osób, a kwota zadłużenia wynosiła 869 mln zł. Niewiele mniejsza była w przypadku mieszkań komunalnych – 794 mln zł. Z kolei według danych NBP we wrześniu 2002 r. udział zagrożonych należności od gospodarstw domowych w całej sumie zagrożonych należności wynosił 26,4% (ok. 11,5 mld zł). Dla porównania: wszystkich zagrożonych należności jest w sumie 43,6 mld zł, natomiast kredyty konsumpcyjne bez należności zagrożonych to 33,2 mld zł.
Polacy nie żyją jeszcze za bardzo na kredyt – ocenia Krzysztof Borusowski, prezes firmy windykacyjnej Best SA i ekspert Centrum im. Adama Smitha. – To skutek między innymi wysokiej ceny w postaci oprocentowania, jakie trzeba zapłacić za pożyczkę. Ponadto banki wolą bezpiecznie inwestować w jeszcze wyżej oprocentowane obligacje, niż udzielać pożyczek. 
Całe bankowe zadłużenie gospodarstw domowych to w Polsce kilka procent PKB, podczas gdy w USA sięga ono 50 proc. Ale tak czy tak za niespłacane kredyty płacą solidni klienci. Źli kredytobiorcy wymagają lepszych warunków, aby mogli zwrócić pieniądze. Trzeba im także poświęcać więcej uwagi. Podobnie jest w innych branżach: zakładana z góry suma trudnych do ściągnięcia wierzytelności jest zawsze wliczana w cenę usługi – m.in. w cenę windykacji należności. 
Naprawdę jednak niebezpieczny moment następuje wtedy, gdy ludzie masowo przestają płacić za najbardziej podstawowe usługi. A tak źle na razie nie jest.
Jeśli w danej spółdzielni mieszkaniowej z czynszem zalega 4 czy 5 proc. członków, to nic strasznego jeszcze się nie dzieje – twierdzi doc. Jan Korniłowicz z Instytutu Gospodarki Mieszkaniowej. – Aby sytuacja zaczęła się szybko pogarszać, musi powstać masa krytyczna niepłacących. Ludzie szybko dostrzegają, że coraz więcej osób z ich otoczenia nie płaci na czas lub wcale. Zastanawiają się, dlaczego mają finansować niepłacących i w końcu sami przestają płacić. Taki mechanizm śnieżnej kuli można przezwyciężyć, osiągając podobny efekt, działający w przeciwną stronę: jeśli na klatce schodowej rachunków nie płaci dziesięć osób i do dwóch lub trzech z nich przyjdą windykatorzy, jest szansa, że pozostali zaniepokoją się i zapłacą.
Skąd biorą się zaległości? Można by sądzić, że ich wysokość odpowiada stanowi zamożności społeczeństwa. Czyli, że im ludzie biedniejsi, tym więcej są winni różnym firmom. Tak jednak nie jest. W 2001 r. Instytut Rozwoju Miast zbadał zależność między zadłużeniem członków spółdzielni mieszkaniowych a poziomem bezrobocia w poszczególnych aglomeracjach. Okazało się, że takiej zależności właściwie nie ma. Co więcej, w tej samej miejscowości w dwóch różnych spółdzielniach odsetek dłużników mógł być bardzo różny – czasem bywał większy w bogatszej dzielnicy.
Najczęstszą przyczyną zadłużenia jest poczucie bezkarności klientów, którym wydaje się, że są tylko jednym z tysięcy przypadków i nikt akurat nimi nie będzie się zajmował. Inną przyczyną zadłużenia jest lekkomyślność, która łączy się często z chęcią posiadania modnego dobra. Ktoś może wziąć kredyt na samochód, kupić drogi sprzęt RTV i AGD i jednocześnie bez umiaru korzystać z telefonu komórkowego. Po paru tygodniach zorientuje się, że jego dochody nie wystarczają na opłacenie wszystkich zobowiązań. Bywa, że bierze wtedy kredyt konsumpcyjny, którego później także nie może spłacić i wpada w spiralę zadłużenia. Inna jest sytuacja ludzi dobrze zarabiających, którzy zrobili prognozę dochodów i doszli do wniosku, że stać ich na wzięcie np. kredytu mieszkaniowego. Po jakimś czasie stracili pracę i zdolność spłacania pożyczki. Tu winą jest niepewna sytuacja gospodarcza. Ale gdyby zawsze kierować się najgorszym scenariuszem, w ogóle nie można by zaciągać kredytów. Dlatego wydatki konsumpcyjne najlepiej planować w średniej perspektywie: od paru miesięcy do roku. Tyle że większość konsumentów nie ma takiego nawyku i pod tym względem nie jesteśmy wyjątkiem – to samo pokazują badania amerykańskie czy holenderskie.

KB


 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl