Otwarte listy


Wydarzenie na basenie

JACEK PODSIADŁO




A mój syn oddziałuje na mnie wychowawczo w kierunku słowności. Cokolwiek mu obiecam, może obrócić się przeciwko mnie. Wszystko pamięta. I zacząłem być słowny do tego stopnia, że postanowiłem opisać wreszcie – co już dawno Wam obiecałem – jak ratownicy ratowali tonącego na basenie w O., nie bardzo podłym mieście wojewódzkim słynącym dużą ilością cudownych, a przynajmniej cudacznych wydarzeń pilnie opisywanych przez prasę lokalną. A więc usiądźcie wygodnie i trzymajcie się poręczy i uchwytów, bo było to tak.
17 marca 2001 roku 27-letni Piotr ćwiczył nurkowanie na krytym basenie strzeżonym przez ratowników, panią Zosię i pana Andrzeja. Płynął długo pod wodą, aż zabrakło mu tlenu, zasłabł i poszedł na dno. Zauważył to ktoś z kąpiących się i zaalarmował panią ratowniczkę Zosię. „Panie, co pan mi tutaj” – odrzekła pani Zosia znad szydełka, czy co tam miała. „Przecież chłopisko sobie zwyczajnie nurkuje, nurkuje tak już z godzinę”. „Ale nie rusza się” – nie dawał za wygraną kąpielowiec. „Nie rusza się, bo nurkuje” – stwierdziła pani Zosia, ale dla spokoju sumienia odczekała jeszcze chwilę, po czym gwizdła w gwizdek i krzyknęła do jednego z pławiących się w basenie pływaków: „Panie, weź pan zanurkuj i sprawdź pan tego, co tam leży na dnie, czy on nurkuje, czy się topi, bo stąd nie za dobrze widać”. Poproszony obywatel grzecznie zanurkował, a po chwili się wynurzył: „Melduję, że nic a nic się nie rusza, nic nie mówi i bezwładny jest”. Pani Zosia zastanowiła się. Coś tu nie gra, pomyślała sobie, i postanowiła wezwać swego kolegę. „Andrzej, chodź no tu, ale tak wiesz, migiem!” – czuła już, że sprawa może być pilna. Pan ratownik Andrzej niezwłocznie zgłosił się na wezwanie. „Skocz no do wody, bo tam facet leży na dnie bezwładny, nicniemówiący”. „Zaraz, zaraz. Jak skoczę, to mi się kąpielówki zamoczą i potem co? W mokrych będę przebywać?”. Zamyślił się na chwilę i zapytał jeszcze: „A wiosna to którego dokładnie się zaczyna? Nie dzisiaj aby?”. „A bo co?”. „No, może to marzanna?”. „Nie, wiosna za cztery dni dopiero”. „No to sam już nie wiem”. Wyjął z apteczki liść akacji i zaczął wróżyć: „Kona, drzemie, nurkuje, ma puls, nie ma, żartuje...”. Wyszło, że nurek nie ma pulsu, więc ratownik przystąpił do akcji ratowniczej. W tym celu udał się na drugi koniec basenu, gdzie powziął długą tyczkę ratowniczą i trzymając ją za końcówkę drugą końcówkę zamoczył w basenie jednocześnie dokonując szturgnięcia leżącego na dnie mężczyzny celem definitywnego upewnienia się, że tamten się nie rusza. Nie ruszał się. Dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie: pan Andrzej natychmiast wskoczył do wody, natychmiast wyciągnął topielca na brzeg i natychmiast przystąpił do reanimacji, a potem przyjechało pogotowie i natychmiast zabrało nieprzytomnego do szpitala.
Od razu uspokajam Was, że Piotrowi przywrócono oddech i udało się go odratować. Ale wskutek długiego leżenia w basenie i niedotlenienia mózgu stracił umiejętność chodzenia i dużą część pamięci. Po czterech dniach w gazecie lokalnej obok tekstu o tym, że niedaleko uniwersytetu znaleziono sztuczną szczękę do odebrania w redakcji, ukazała się rozmowa z nim. Jednakowoż wskutek tego niedotlenienia Piotrowi wydawało się, że wylądował w szpitalu z powodu upadku z konia. Dziennikarza zapewnił, że czuje się coraz lepiej i dodał: „Ale na jazdę konną już się nie wybiorę. Wolę nurkowanie”.
Wiem. Sądzicie, że zmyślam. A to wszystko prawda, czyściutka. Nie wymyśliłem ani konia, ani sztucznej szczęki, ani tyczki, ani szturgnięcia. Może tylko szydełko i akację, ale to się nie liczy. Tak samo nie są moją fantazją słowa wypowiedziane po wypadku przez Zbigniewa Bodzionego, szefa pływalnianych ratowników i przy okazji wiceprezesa Zarz. Woj. Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego: „Ratowanie ludzi nie polega na bezmyślnym skakaniu do wody. Ratownik musi być pewny, że człowiek potrzebuje pomocy. Dlatego sprawdził on tyczką, czy nurkujący reaguje na dotyk. Po to na basenie jest sprzęt ratowniczy, żeby się nim posługiwać”.
Jako się rzekło, wydarzenie miało miejsce dość dawno. Ostatnio okazję do wypowiedzenia się mieli też sami ratownicy, bo po dwóch latach – przez nich spędzonych jakby nigdy nic na tej samej pracy na pływalni, zaś przez prokuraturę, domyślam się, na pomiarach basenu, szczegółowym sprawdzaniu tyczki, badaniu kontaktów marzanny i czy znaleziona sztuczna szczęka nie należała do konia, z którego spadł w wyobraźni poszkodowany – w Sądzie rozpoczął się Proces. Pani Zosia powiedziała, że nie ratowała, bo „Piotr J. nie wykonywał żadnych ruchów charakterystycznych dla topiącego się”. Pan Andrzej wyjaśnił, dlaczego nie od razu wskoczył do wody: „Wskakując spowodowałbym zagrożenie dla innych osób, bo wówczas pani Zosia miałaby więcej ludzi do obserwacji”. Oboje narzekali, że kąpiące się w basenie osoby utrudniały im akcję reanimacyjną.
Wyroku jeszcze nie ma, ale już można wyciągać z powyższego rozmaite pożyteczne nauki. Coraz więcej mamy służb ratowniczych, na widok których ratuj się, kto może. Ratownik zawinił, marzannę utopili. Człowiek, prawda, nie zawsze wypływa na wierzch. Przed wejściem do basenu sprawdź, czy masz przy sobie brzytwę.

Jacek Podsiadło
skr.poczt.32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl