Komisja śledcza i język polski

Marcin Król



Pilnie, jak wielu z nas, przypatruję się obradom Komisji Śledczej i, wbrew upowszechnionej opinii, sądzę, że ma ona bardzo poważne znaczenie, chociaż zapewne konkretnej sprawy Lwa Rywina nie rozwiąże. Ze zdumieniem jednak obserwuję, na jak wielkie problemy natrafia komisja, a czasem także świadkowie, w komunikacji językowej. Jeżeli podobnie wyglądają obrady Sejmu, rządu i innych gremiów państwowych to łatwo wykryć jeden z powodów małej efektywności naszego państwa. Otóż wszyscy – wyjąwszy Jana Marię Rokitę – mają kłopoty z językiem polskim. Są to kłopoty trojakiego rodzaju.
Pierwsze polegają po prostu na nieznajomości poprawnej polszczyzny. Oto jeden z posłów pyta świadka, czy Lew Rywin mu się „uzewnętrzniał”? Można to tylko zrozumieć jako nieprzyzwoite zachowanie, a posłowi chodziło naturalnie o to, czy Rywin się „wywnętrzał”, ale słowa mu się mylą. Posłanka pyta o ciągi komunikacyjne w budynku „Agory” i zastanawia się, czy ktoś przechadzał się po klatce schodowej. Chyba tylko wariat, który ćwiczy się latając po schodach, posłance chodziło zaś o to, czy ktoś mógł iść klatką schodową miast jechać windą. Wreszcie regionalizmy, oczywiście dopuszczalne w języku polskim, ale nie dla wszystkich zrozumiałe, w rodzaju „czy Rywin powiedział dla pana?”, zamiast „czy Rywin powiedział panu?”. Jest to akurat popularne w moich podlaskich okolicach, więc wiem, o co idzie, ale niekoniecznie wszyscy wiedzą.
Inne kłopoty polegają na wnioskowaniu i próbach przeprowadzenia logicznego ciągu myślowego oraz na nieumiejętności stawiania pytań. Niektórzy posłowie pragnęliby, żeby świadek potwierdzał ich rozumowanie, na co dobitnie wskazał Jerzy Urban, albo też zadają pytania nie związane z poprzednim pytaniem, tak jakby napisali sobie pytania na kartce i potem zadawali je bez względu na odpowiedź. Typowa sytuacja to pytanie „czy pan rozmawiał z...?”. Odpowiedź brzmi „nie”, a następne pytanie: „i co ten a ten panu powiedział?”. Wreszcie spekulacje, na które świadkowie nie tylko nie powinni, ale nie mogą odpowiadać. Tu najzabawniejsza była historia z ewentualną księgowością kreatywną „Agory”. Zupełnie tak, jakby mi zadano pytanie o to, jak bym ukradł „Szał” Podkowińskiego, mimo że ani mi w głowie chęć ukradzenia tego arcydzieła.
Trzecia odmiana dziwnej polszczyzny polega na nowomowie. Tu jeden ze świadków zaczął mówić o prawdzie Rywina, że ów powinien opisać „swoją prawdę”. A przecież nie ma niczego takiego jak prawda Rywina, jest jednak prawda ujawniona w nagraniu, natomiast Lew Rywin mógłby opowiedzieć swoją wersję, dlaczego zachował się tak, jak się zachował, ale nie chce. „Swoja prawda”? To określenie z nowoczesnej liberalnej nowomowy, kiedy to każdy człowiek posiadający psychologię ma swoją „tożsamość”, a wobec tego i prawdę. Jest to nonsens, bo albo prawda jest jedna, albo jej nie ma.
George Orwell napisał znakomity esej na temat polityki i języka angielskiego. Nie warto powtarzać jego argumentacji, a zainteresowanych wystarczy odesłać do niedawno opublikowanego w Polsce tomu esejów. Rzecz jednak sprowadza się do tego, że w demokracji najważniejszą czynnością polityczną jest debata i osiąganie zgody dotyczącej wszystkich podstawowych spraw. Debata i ustalanie zgody musi się odbywać w języku, przy pomocy mowy, bo innymi środkami komunikacji międzyludzkiej nie dysponujemy. Kiedy te w sposób tak wyraźny szwankują, marny jest także los demokracji. Bo przecież wskazałem na jeden tylko problem, do tego dochodzą zafałszowania ideologiczne, eufemizmy oraz brak odróżnienia między sferą wartości a sferą faktów. Ojczyzna polszczyzna, ale czy demokracja jest wobec tego ojczyzną wspólną nam wszystkim, skoro dogadać się nie daje rady?










 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl