Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Nie do dymisji, lecz likwidacji

Wojciech Pięciak Jednego dyktatora mniej

Marek Zając Ile warta jest religia

Marek Orzechowski z Brukseli Kasa pod kontrolą

Andrzej Kaczmarczyk Równi i równiejsi na dworze







  
Nie do dymisji, lecz likwidacji

Prezydent Kwaśniewski w reakcji na informacje o matactwach podczas prac 
Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji nad projektem nowelizacji ustawy o radiofonii zaapelował do przewodniczącego KRRiTV „albo wręcz całej Rady” o podanie się do dymisji.
Apel jest zasadny: że KRRiTV pracuje skandalicznie (niektórzy dodają: a za duże pieniądze), wiadomo od dawna, a nie od afery Rywina. Kłopot z dymisją jest jeden: li tylko polityczne w praktyce kryteria doboru nowych członków nie dają żadnej nadziei na wyeliminowanie patologii (złośliwi już zwracają uwagę, że gdyby teraz wybierany był nowy skład Rady, to wyznaczyliby go pospołu Aleksander Kwaśniewski – 3 członków i Leszek Miller – 6 członków). A nie ma większych złudzeń, że politycy – parlamentarzyści zwłaszcza – zrezygnują nagle z możliwości sterowania rynkiem mediów, desygnując do Rady na przykład wymarzonych przez niektórych fachowców.
Dlatego apel prezydenta warto rozszerzyć: KRRiTV trzeba zlikwidować. Jej zadania z powodzeniem mogłyby dziś wypełniać inne organy państwa (podział częstotliwości staje się powoli zamkniętym rozdziałem, a wolności słowa strzec mogą niezależne sądy). Tu kłopot jest inny: aby odesłać KRRiTV w niebyt, trzeba by zmienić konstytucję – a to byłby dziś niebezpieczny precedens, bo zaraz zaczęłoby się masowe grzebanie w ustawie zasadniczej. Nie ma też ku temu klimatu politycznego: tu także trudno sobie wyobrazić, by parlamentarzyści ni stąd ni zowąd sami pozbawili się takiego instrumentu wpływów.

 Krzysztof Burnetko

 





Jednego dyktatora mniej

Być może Amerykanom i Brytyjczykom nie uda się uzyskać w Radzie Bezpie-
czeństwa NZ większości do uchwalenia nowej rezolucji, formalizującej interwencję w Iraku. Mimo to Bush jest zdecydowany uderzyć. Może zresztą interwencja już trwa: jeśli wierzyć prasie, w Iraku są już amerykańskie i brytyjskie (i może też... francuskie) siły specjalne, lokalizujące broń masowej zagłady i... miejsca na przyszłe obozy jenieckie.
Doświadczenie Europy Wschodniej podpowiada, że jeśli jest szansa zdetronizowania jednego z najkrwawszych dyktatorów, należy z niej skorzystać. Gdyby nie interwencja Amerykanów na Bałkanach (po stronie nie tylko katolickich Chorwatów, ale też islamskich Bośniaków i Albańczyków) Milošević nie zostałby obalony, a wojny bałkańskie trwałyby do dziś. Zbrodnie Husajna i jego możliwości militarne są większe od Miloševicia. Skoro wtedy użycie siły wobec prezydenta Jugosławii miało w Europie legitymizację natury etycznej (choć nie miało mandatu ONZ), dlaczego inny charakter miałoby mieć użycie siły wobec Husajna?
Husajn jest zagrożeniem nie tylko lokalnym, także globalnym. Amerykanie uważają, że ryzyko interwencji – także w celu stworzenia w Iraku nowego, nie-dyktatorskiego systemu władzy – jest mniejsze, niż ryzyko bezczynności. Nawet jeśli daleka jest droga do tego, by – jak prognozował Bush – nowy Irak stał się początkiem demokracji w świecie arabskim, to jest szansa, że odejście Husajna będzie początkiem nowego ładu na Bliskim i Środkowym Wschodzie, i ułatwi rozwiązanie konfliktu palestyńsko-izraelskiego (zważmy, że porozumienie z Oslo zawarto wkrótce po wojnie w Zatoce 1990-91). To linia Chiraca i Schrödera – arytmetycznie: trzy kraje (Niemcy, Francja i Belgia) kontra 18 (starzy i nowi członkowie NATO i UE), prowadzi do renacjonalizacji polityki. 

Wojciech Pięciak





Ile warta jest religia

Jestem przerażony i rozczarowany, ale nie zaskoczony” – oświadczył Felice
D. Gaer, przewodniczący amerykańskiej Komisji ds. Wolności Religijnej na Świecie. Nie, Gear nie skomentował tak faktu, że władze Arabii Saudyjskiej nadal za nic mają poszanowanie choćby podstawowych swobód religijnych. Gorzkie słowa skierowane były pod adresem jego pracodawcy, waszyngtońskiej administracji. Bo choć zdaniem Komisji władze w Rijadzie „są prawdopodobnie najgorszym na świecie gnębicielem praw religijnych”, Biały Dom nie umieścił kraju znad Zatoki na ogłaszanej co rok „czarnej liście” państw łamiących swobodę wyznania. Tylko dwa przykłady spod rządów Saudów: za przejście z islamu na inną religię – kara śmierci, za posiadanie różańca albo Biblii – więzienie. Represje dotykają zresztą nie tylko chrześcijan: np. dwumilionową mniejszość szyicką odsunięto od urzędów, a jej książki i niektóre rytuały są zakazane. „Nie do pomyślenia jest, że nasz rząd nie wywiera w tej sprawie presji na Saudyjczyków” – oburzał się baptysta Richard Land z Komisji.
Motywy Białego Domu są oczywiste: Arabia Saudyjska tuż przed uderzeniem na Irak jest sojusznikiem nie do przecenienia. Oczywista jest też argumentacja Waszyngtonu: lepiej obalić dyktatora Husajna niż drzeć koty z Saudami, takie są wymogi Realpolitik itd. Nim jednak amerykańskie bombowce przyniosą Irakijczykom – wedle zapowiedzi Busha – pokój i demokrację, Waszyngton sporo zapłacił za saudyjskie lotniska, z których wystartują. 

Marek Zając






Kasa pod kontrolą

Projekt budżetu Unii Europejskiej 2007–2013 ma być przedstawiony już w tym
roku, na trzy lata przed wejściem w życie. Będzie to pierwszy budżet rozszerzonej UE, w którym – tradycyjnie – ustalony zostanie pułap wydatków i wsparcia dla uboższych członków oraz przede wszystkim – i to będzie nowość – ramy finansowe wspólnej polityki rolnej, uwzględniające także jej reformę. Jego przygotowanie odbywać się będzie bez większego udziału kandydatów, ale w debacie nad budżetem i jego przyjęciu uczestniczyć już będzie 25 członków UE. Fakt, że projekt budżetu, który nas dotyczy, przedłożony ma być kiedy nie będziemy jeszcze w Unii, wywołał w Polsce konsternację. Tylko po części jest ona uzasadniona. 
Jeszcze niedawno bowiem sami komisarze Unii zachęcali nas do przyjęcia oferowanej pomocy na pierwsze trzy lata członkostwa, argumentując, że to tylko okres wstępny, a kolejny budżet będzie także naszym dziełem. Teraz okazuje się, że ramy finansowe dla nowej wspólnoty mają być przygotowane jeszcze w starym gronie. Mamy być wprawdzie proszeni o uwagi, ale nie będziemy mieli prawa współdecydować. Słowem: nasz udział będzie i umiarkowany, i „kontrolowany”.
Komisja Europejska jest strażnikiem interesów całej Unii. Można, a nawet trzeba założyć, że w pracach nad budżetem przypilnuje także interesów nowych członków. Ale fakt, że przyspieszyła nad nim pracę, nie czekając na nasze członkostwo, musi być odebrany jako sygnał: Bruksela nie ma jeszcze doświadczenia w pracy z 25 członkami, a to, co dzieje się ostatnio w polityce europejskiej jest dla niej ostrzeżeniem. Niewątpliwie w gronie 25 członków będzie trudniej osiągnąć kompromis i dlatego zdaniem Brukseli to, co można jeszcze uzgodnić w mniejszym gremium, powinno być w nim załatwione. Nie jest to wotum nieufności. Jedynie dająca do myślenia zapobiegliwość. 

Marek Orzechowski z Brukseli






Równi i równiejsi na dworze

Rząd pracuje nad podziałem na województwa unijnych funduszy strukturalnych
na lata 2004–2006. Chodzi o 11 mld euro. Z ustaleniami zapoznał się marszałek województwa małopolskiego Janusz Sepioł i czym prędzej zawiadomił dziennikarzy, że są w tym podziale równi i równiejsi. Małopolska, na przykład, w prawie każdym z przewidzianych programów znalazła się na końcu listy. Gdy na statystycznego Polaka przypada 284 euro, na mieszkańca Małopolski przypadnie tylko 153 euro, a na mieszkańca Podlasia 516.
Różnic między wysokością dofinansowania poszczególnych regionów nie sposób wyjaśnić ani liczbą ludności, ani poziomem bezrobocia, ani liczbą i jakością złożonych wniosków. Lepiej, ale też nie do końca, wyjaśnia sprawę porównanie uprzywilejowanych województw z miejscem pochodzenia niektórych ministrów. Beneficjentami podziału jest choćby łódzkie (miejsce pochodzenia premiera) czy też podlaskie właśnie (stamtąd jest minister Cimoszewicz). Należy przypuszczać, że podział jest wynikiem wielu podobnych, nie do końca jasnych czynników.
W odpowiedzi na takie traktowanie, marszałek Sepioł zaprosił małopolskich parlamentarzystów na spotkanie, by zorganizować lobbing na rzecz regionu. I tu doszliśmy do sedna problemu. Takie spotkania odbędą się zapewne we wszystkich województwach. Jedni będą chcieli utrzymać stan posiadania, inni coś wywalczyć. Lobbing samorządów w obronie równego dostępu do unijnych funduszy doskonale wkomponuje się w system niejasnych preferencji scentralizowanego państwa. Zwycięzcą zostanie nie ten, kto najlepiej spożytkuje unijne fundusze, lecz ten, kto ma największe wpływy na dworze. 

Andrzej Kaczmarczyk

 











Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl