Afera Rywina


Twarze sejmowej komisji

Andrzej Kaczmarczyk



Posiedzenia Sejmowej Komisji Śledczej to najlepszy program w historii telewizji w Polsce. Ma modną formę reality show i w stu procentach misyjny charakter. Szkoda tylko, że w telewizji publicznej nikt nie objaśnia widzom znaczenia poszczególnych wątków. Ta z pozoru drobna wada może spowodować, że autorzy przedstawienia mogą zostać niezrozumiali dla szerokiej publiczności.


Telewizja ma to, co tak bardzo lubi. Bez płacenia tantiem, chociaż pomysł jest amerykański, ma program poświęcony prawie w całości sobie samej. Ma go za darmo, bo finansowany jest z abonamentu, jaki płacimy na utrzymanie parlamentu – czyli naszych podatków. Zgodnie z zasadami programów typu reality, bohaterami jest dziesięć osób wyłonionych w drodze castingu. Dwa, trzy razy w tygodniu zamykają się na siedem godzin w Sali Kolumnowej Sejmu, zapraszają wybrane osoby i pod karą za składanie fałszywych zeznań zmuszają do odpowiedzi na dość dowolne pytania.
Wśród dziesięciu uczestników jest profesor historii, który prowadzi być może najważniejszą w swoim życiu lekcję historii współczesnej. Jest były tajny i świadomy współpracownik tajnej policji, który stał się obrońcą demokracji. Jest self made woman, która wprawdzie wymawia Rywingate fonetycznie, po polsku, ale za to w kilka minut odkrywa, że świadek był w młodości leczony z powodu depresji. Jest inna business woman, której marzeniem jest projektowanie futurystycznych wnętrz z pionowymi korytarzami. Jest miłośnik czystości języka polskiego, który protestuje, gdy zbyt często pada słowo: premier. Jest wreszcie odrzucony podczas wyborów prezydenckich w swoim mieście prawnik, który teraz ma okazję do wykazania swoich kwalifikacji i błyskotliwości. Są mądrzy i są dziwaczni. W sam raz, żeby zaspokoić szeroką publiczność.
Jednak Komisja Śledcza Show ma też i inną twarz. Ponurą twarz antycznej tragedii. Zgodnie z jej zasadami wszyscy na twarzach mają maski, a na scenie pojedynczo pojawiają się aktorzy, którzy na pytania chóru opisują dramatyczne wydarzenia, których byli świadkami. A mają co opisywać.
Adam Michnik, niczym ksiądz Skarga, opisuje świat polityki i biznesu zaludniony ludźmi pozbawionymi wszelkich zasad, za to owładniętymi żądzą władzy i pieniędzy. Prezes państwowej telewizji Robert Kwiatkowski przekonuje, że kontrolowana przez jedną opcję telewizja publiczna i słabe finansowo media komercyjne to gwarancja wolności słowa. Były rzecznik komunistycznego rządu Jerzy Urban, jeszcze niedawno obłożony anatemą, dziś obnaża oligarchiczne układy na szczytach władzy. Jedna z teoretycznie najpotężniejszych osób w państwie, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i TV Juliusz Braun, przyznaje, że właściwie został ubezwłasnowolniony przez sekretarza Rady Włodzimierza Czarzastego, który m.in. głosując nad własnymi projektami dysponował de facto dwoma głosami (bo swój oddała mu polityczna towarzyszka pani Waniek).
Do tego ponurego obrazka trzeba dodać kilka innych faktów. Przekonanie większości widzów (dane z sondaży), że dochodzenie Komisji nic nie wyjaśni, choć niejedno obnaży. Równie powszechne przekonanie o wszechogarniającej korupcji. Ogólnie znane fakty o wędrówkach polityków pomiędzy biznesem, gdy nie sprawują władzy, a fotelami ministrów, gdy władzę sprawują. Świeże oświadczenie rzecznika rządu, że „walka z korupcją była i jest priorytetem rządu Leszka Millera”, podczas gdy tenże Leszek Miller kiedy dowiedział się, że Rywin przyszedł do Michnika uznaje to jedynie za psychiatryczną przypadłość. Itd... 
Z tego nie wynika jeszcze niestety, kto personalnie stał za propozycją Rywina. Są nawet problemy z ustaleniem, kto jest autorem poszczególnych sformułowań w ustawie o mediach. Można już jednak domyślać się, czemu ma służyć próba objęcia mediów pełną kontrolą polityczną, bo do takiej kontroli prowadzi obecna propozycja nowelizacji. Czym jest bowiem ujawniony, a wcześniej skrywany, cel rządu w postaci „wsparcia mediów publicznych”? Czym jest groźba uznaniowego przedłużania lub nie koncesji radiowych i telewizyjnych? Czym jest próba wprowadzenia kontroli Krajowej Rady nad zmianami własnościowymi w mediach komercyjnych, również tymi ledwie przekraczającymi 5 proc. udziałów? Pełna kontrola nad mediami prowadzi zaś do domknięcia układu oligarchicznego. Taki układ bowiem musi kontrolować informacje na swój temat. Nie wystarczają mu związki polityki i biznesu. Musi też kontrolować media.
Komisja Śledcza może przyczynić się do wyjaśnienia sprawy, ale do zmian potrzebny jest także głos opinii publicznej. Tymczasem ta może nie zrozumieć wagi problemu. Polacy czerpią informacje przede wszystkim z telewizji, w tym głównie z publicznej, i w dużej mierze nie rozumieją języka programów informacyjnych. Czy więc bez wyjaśnień, a telewizja publiczna od nich stroni, zrozumieją pojęcia „koncentracja” i „dekoncentracja” kapitału, „prime time” czy wagę jaką dla ustawy może stanowić tajemnicze zniknięcie jednego słowa, nie mówiąc o czymś takim jak „oligarchia”? Jeżeli nie zrozumieją, pozostanie im znudzić się długimi relacjami z posiedzeń Komisji i poprzestać na dziennikarskich streszczeniach zdominowanych przez problem usytuowania toalet w siedzibie Agory. Wtedy wszystko utonie w morzu groteski i przekonaniu, że kruk krukowi oka nie wykole.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl