Spory – polemiki: jeszcze o „Bliźnie” i procesie Kurii


Obowiązki historyka

Wojciech Czuchnowski



W 9. numerze „TP” ukazał się tekst Filipa Musiała, pracownika krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, krytyczny wobec mojej książki „Blizna – proces kurii krakowskiej 1953”. Autor zarzuca mi „zniekształcanie faktów, błędne interpretacje i stawianie w złym świetle osób nieżyjących”.

Co do niektórych wytkniętych mi błędów, jestem w kłopocie, dyskutując o nich właśnie z Filipem Musiałem. Kiedy jesienią ub. roku zbierałem materiały do książki, wielokrotnie kontaktowałem się z krakowskim IPN, korzystając tam z dokumentów i prosząc o konsultacje. W sprawie rozpracowywania przez UB podziemia narodowego i jego kontaktów z emigracją rozmawiałem z p. Wojciechem Frazikiem, współpracującym z Filipem Musiałem. P. Frazik odmówił konsultacji (to rzecz jasna jego prawo) i wskazał numer „Zeszytów Historycznych” jako najlepsze źródło informacji na temat emigracyjnej Rady Politycznej i wsypy jej komórki ds. kontaktów z krajem. Nie wspomniał, że istnieją nowsze prace, które przedstawiają sprawę w innym świetle. Jest więc tak, jakby historycy najpierw odmawiali pomocy, a potem krytykowali...
Sprawa tym dziwniejsza, że gdy w listopadzie na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się mój reportaż na temat procesu Kurii, spotkał się z życzliwym zainteresowaniem prof. Ryszarda Terleckiego i Marka Lasoty – generalnie ze strony historyków skupionych wokół IPN spotkałem się z pomocą i życzliwością. Większość rozumiała, że warto porzucić własne ambicje i pomóc, gdy ukazuje się pierwsze obszerne opracowanie tej sprawy.

Moja największa wina
W książce wielokrotnie powtarzam, że w zakresie dokumentacji korzystam z archiwaliów, które są dostępne – czy to za pośrednictwem IPN, czy archiwów państwowych. Niewykluczone, że w nieprzejrzanych jeszcze zasobach po MSW znajdą się dokumenty, które rzucą na sprawę nowe światło. Uważam jednak, że źródłem najważniejszym są świadkowie.
„Blizna” nie pretenduje do miana dzieła naukowego – jest reportażem historycznym. Oczywiście przyjęcie takiej formy nie daje prawa do błędów. Znaczy natomiast, że dla autora najważniejszy jest żywy człowiek i oryginalna relacja. Jestem zwolennikiem takiego właśnie pokazywania historii – ludzie dużo więcej wyniosą z reportaży Hanny Krall, Krzysztofa Kąkolewskiego czy Jürgena Thorwalda (rzecz prosta nie porównuję się do tych twórców) niż z hermetycznych prac naukowych i akademickich sesji.
Moim pierwszym krokiem była jednak kwerenda publikacji, które ukazały się na temat procesu krakowskich księży. Ze zdumieniem odkryłem, że poza publikacjami propagandowymi z roku 1953 nie istnieje żadne poważniejsze opracowanie. Proces wspomniany jest kilkakrotnie w książkach o historii najnowszej, cały rozdział poświęca mu w swoich wspomnieniach ks. Andrzej Bardecki, przed 10 laty ukazały się dwa artykuły (w „Tygodniku” i w „Czasie krakowskim”). Na tym koniec. 
Poprosiłem o wgląd do archiwów krakowskiej kurii. Otrzymałem odpowiedź, że niczego na interesujący mnie temat nie ma. Zacząłem szukać świadków. Okazało się, że żyją tylko trzy osoby bezpośrednio związane z procesem: ks. prof. Czesław Skowron, Helena Budziaszek-Oremus (oskarżona później w innym procesie) i Stefania Rospond-Szacoń, jedyna z tej trójki, która zasiadła na ławie oskarżonych w głównej rozprawie. 
W latach 90. żyli jeszcze inni, jednak poza wywiadem Edwarda Chachlicy dla „TP” i rozmową ks. Bolesława Przybyszewskiego z „Dziennikiem Polskim” nikt nie spisał ich relacji. O ile można zrozumieć, dlaczego w czasach PRL historycy nie chcieli wracać do procesu Kurii, jest dla mnie zagadką ich opieszałość w latach 90. Filip Musiał powołuje się na „obowiązki historyka”, który „musi bronić nieżyjących”, zapomina natomiast o innym obowiązku, jakim jest ratowanie pamięci. Mój polemista doskonale wie, że dzięki mojemu pośrednictwu przed kamerami dokumentalistów Instytutu zgodzili się wystąpić Stefania Szacoń i ks. Czesław Skowron; że zbierając materiały lojalnie współpracowałem z IPN-em, wskazując tropy, ułatwiając zdobycie archiwalnych zdjęć i kopii filmu dokumentalnego o procesie. To, że ośmieliłem się wejść na pilnie strzeżoną działkę tajemnej wiedzy historycznej, jest chyba moją największą winą.

Kto ma prawo oceniać?
Musiał zarzuca mi, jakobym oskarżał ludzi, którzy nie mogą się już bronić, a usprawiedliwiał tych, którzy uczestniczyli w akceptacji zła. To zapewne moja druga wielka wina, że odważyłem się przerwać zmowę milczenia wokół faktu, iż w szczytowym okresie stalinizmu zniewoleniu uległo niemal całe społeczeństwo, a pod wpływem terroru załamała się niezłomna postawa i jedność polskiego Kościoła. Wśród tych, co potępiali krakowskich księży, byli profesorowie i studenci KUL i Wydziału Teologii UJ. Nawet Episkopat wydał rezolucję odcinającą się od „wrogiej działalności”.
Aresztowanie krakowskich księży nie było pierwszym tego typu aktem. Nie przebrzmiały jeszcze echa procesu parafii w Wolbromiu (napisałem na ten temat reportaż, który ukaże się wkrótce w „Gazecie Wyborczej”), spacyfikowano Kurię katowicką i diecezje na Ziemiach Zachodnich. Trwały aresztowania w Kurii kieleckiej, komuniści przygotowywali się do zatrzymania prymasa Wyszyńskiego. Ks. Skowron opowiadał mi o atmosferze, w której duchowni bali się spowiadać, bo prowokatorzy docierali nawet do konfesjonałów. Na łamach książki próbowałem pokazać świat, w którym ludzie mieli prawo się bać i załamywać. Bo niezłomnych było niewielu.
W książce poświęciłem nieco uwagi rezolucji 53 pisarzy, członków krakowskiego ZLP, którzy dołączyli do chóru potępiającego księży. Rezolucję tę często przytacza prawicowa prasa w sposób wybiórczy. Pokazanie tego dokumentu w kontekście, przytoczenie poruszających wypowiedzi Wisławy Szymborskiej czy Jana Błońskiego, jest też elementem obrazu, który chciałem przywołać. 
Filip Musiał pisze, że usprawiedliwiam ludzi zastraszonych i zniewolonych. To prawda. Pisząc o terrorze lat 50. stawiałem sobie pytanie, jak ja bym się zachował. Nie mam na to odpowiedzi, dlatego nie ośmieliłbym się nikogo oskarżyć (sam piszę, że tych, którzy załamali się w śledztwie, należy również traktować „jak ofiary”). Nie mogę natomiast odebrać prawa do zabrania głosu osobom, które przeżyły piekło tortur i się nie załamały. Ma prawo do oceny innych ks. Czesław Skowron, ma je pani Stefania Rospond-Szacoń – jedyna, która przed wyrokiem nie prosiła o łaskę. Ja tylko spisuję ich słowa.

Błędna interpretacja
Kwestia ostatnia: nie zgadzam się z twierdzeniem Filipa Musiała, że w procesie krakowskim chodziło przede wszystkim o rozprawę z konspiracyjnymi strukturami NOW, Stronnictwa Narodowego i emigracyjnej Rady Politycznej. Z całym szacunkiem dla niepodległościowego podziemia w Polsce, twierdzę, że w połowie lat 50. nie istniały już groźne dla władzy grupy konspiracyjne. Komuniści montowali prowokacje, by wyłapać resztki tych, którym śnił się jeszcze sprzeciw. Drugim, ważniejszym ich celem było zamieszanie w działalność konspiracyjną wybranych osób i grup społecznych. Tak było w przypadku duchowieństwa. 
Istnieje szereg publikacji pokazujących, że podziemie narodowe było głęboko zinfiltrowane przez agenturę PRL. W książce opisuję aresztowanie pani Rospond: kompromitującą paczkę przynosi podstawiony przez UB listonosz. Pół godziny później mieszkanie zapełnia się funkcjonariuszami. Ubecy otwierają paczkę, wiedzą, gdzie i czego szukać. Nie są zdziwieni; pytają tylko o księdza Fudalego, dla którego przeznaczona była przesyłka... Ten schemat powtarza się w całej sprawie: śledczy i prokurator z pewnym znudzeniem przyjmują informacje dotyczące działalności konspiracyjnej. Ożywiają się tylko, gdy można z nią połączyć duchownych, gdy można „otworzyć” śledztwo na Kurię i Episkopat.
Rozprawa krakowska miała być tylko preludium do właściwego procesu Kurii: wtedy przed sądem stanęliby biskupi Baziak i Rospond. I nie skończyłoby się na Krakowie. Taki był bowiem plan, żeby wzorem Rosji, Czech i Węgier, na polecenie Stalina, spacyfikować polski Kościół. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem tego, że represje osłabły, jest śmierć dyktatora, której półwiecze właśnie minęło.

PS. Korzystając z okazji pragnę serdecznie przeprosić pana Stanisława Lema za to, że przez pomyłkę umieściłem Jego nazwisko wśród sygnatariuszy rezolucji literatów z 1953 r. Pan Stanisław Lem tej rezolucji nie podpisał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl