O „Tryptyku rzymskim” Jana Pawła II


W domu Tajemnicy

Wojciech Bonowicz


Przed tygodniem o poemacie Jana Pawła II pisali Stanisław Rodziński i Marek Skwarnicki. Dziś głos zabiera przedstawiciel młodszego pokolenia: Wojciech Bonowicz (ur. 1967), poeta i publicysta, redaktor wydawnictwa Znak i stały współpracownik „TP”, autor m.in. „Tischnera” (biografii autora „Etyki solidarności”), rozmów z Janiną Ochojską i – wspólnie z Arturem Sporniakiem – o. Leonem Knabitem oraz tomów wierszy „Wybór większości”, „Hurtownia ran” i „Wiersze ludowe”. 



Oczekujemy od Papieża wypowiedzi w różnych sprawach, a on – pisze wiersz. Chcemy, żeby nam podpowiedział, jak rozwiązać tę czy inną kwestię, a on powtarza raz jeszcze, że całe jego życie – i całe papiestwo – jest świadectwem dawanym temu zasadniczemu „rozwiązaniu”, które znalazł w Innym. I że wiara to przede wszystkim – spotkanie: „Inny cię opasze i poprowadzi...”.


Kim jest Inny? – oto zasadnicze pytanie „Tryptyku rzymskiego”. Kiedy stoi się wewnątrz Kaplicy Sykstyńskiej, tym, co jako pierwsze narzuca się spojrzeniu, jest potężna, muskularna postać Chrystusa-Sędziego. „Jest to Chrystus niezwykły – mówił Papież w 1994 r. podczas Mszy z okazji odsłonięcia odrestaurowanego „Sądu Ostatecznego”. – Ma w sobie jakieś antyczne piękno, w pewnym sensie nietypowe dla Jego tradycyjnych przedstawień malarskich. Ten Chrystus ujawnia nam przede wszystkim tajemnice chwały, związaną z jego zmartwychwstaniem. (...) Jest to nade wszystko chwała Chrystusowego człowieczeństwa. To w swoim człowieczeństwie przychodzi On sądzić żywych i umarłych, przenikać głębiny ludzkich sumień i objawiać moc swego odkupienia. (...) Jako jedyny Pośrednik pomiędzy Bogiem i ludźmi, Chrystus wyraża sobą całą tajemnicę widzialności Niewidzialnego”.
Ciekawa rzecz: w „Tryptyku rzymskim” imię Chrystusa w ogóle nie pada. Mowa jest o Przedwiecznym Słowie, ale samo imię się nie pojawia. Także postać Chrystusa – której podporządkowana jest cała kompozycja wielkiego fresku Michała Anioła – jakby się rozmywa. „Choć... spada na Twój wzrok wędrowcze / wizja ostatecznego Sądu”, sam Sędzia pozostaje niewidzialny... Jakby ukrywał się w całym obrazie, a nie tylko w jednej, centralnej postaci.
Co to może znaczyć? Chyba przede wszystkim to właśnie, że Bóg jest Inny, radykalnie Inny. Żeby pojąć całą doniosłość Jego spotkania z człowiekiem (także tego spotkania we Wcieleniu), trzeba najpierw przyjąć do wiadomości, że jest On „Niepodobny do wszystkiego, co mógł pomyśleć o Nim człowiek”. Dlatego lepiej powiedzieć: „Bez-Imienny”. Ta inność zostaje podkreślona w różnych miejscach poematu. Na przykład na początku części drugiej. „Kim jest On?” – pada pytanie. I wśród odpowiedzi jest także ta: „Słowo – odwieczne widzenie i odwieczne wypowiedzenie. Ten, który stwarzał, widział – widział, »że było dobre«, widział widzeniem różnym od naszego ...” (podkr. – WB).
Mówimy: Bóg widzi. Zaraz jednak powinniśmy dodać: ale nie jest to nasze widzenie (w dalszych linijkach poematu słowo „widzenie” pojawia się kilka razy w cudzysłowie). Można powiedzieć, że „widzenie” jest tu tylko metaforą. Papieski poemat rozwija się jako „myślenie z wnętrza metafory”. Niewidzialny „widzi”, że „dobre było”. „Widzi” przede wszystkim „obraz i podobieństwo”. To bardzo ciekawe: patrząc na scenę Sądu, wracamy do „początku”, do momentu, kiedy Stwórca „znajdował swój odblask we wszystkim co widzialne”. Co „widzi” Sędzia? On także przegląda się w stworzeniu. „Widzi wszystko w całej prawdzie”, „widzi” – jak na początku stworzenia – że „dobre było”! „Czy temu nie przeczą dzieje?” – pyta poeta. „Choćby nasz wiek dwudziesty! I nie tylko dwudziesty!”. Te wykrzykniki zdają się sugerować, że trochę przeczą... „A jednak żaden wiek nie może przesłonić prawdy / o obrazie i podobieństwie” – podkreśla z mocą Jan Paweł II.
Są w tym fragmencie medytacji przepiękne linijki: „Widzenie czekało na obraz. Odkąd Słowo stało się ciałem, widzenie wciąż czeka”, „Początek i kres, niewidzialne, przenikają do nas z tych ścian!”. Słowo krąży wokół tajemnicy. Wzrok krąży po powierzchni fresku. Przypomina się zdanie z bardzo wczesnego poematu Wojtyły („Pieśń o Bogu ukrytym”): „Co to znaczy, że tyle dostrzegam, gdy nic nie widzę...”. W poemacie Papieża Bóg także jest ukryty. I jako Ukryty się objawia – dotykając tego, co w człowieku nieśmiertelne. „To, co we mnie niezniszczalne, teraz staje twarzą w twarz z Tym, który Jest!”. Człowiek odkrywa, że nie przemija jak woda w strumieniu, jak drzewo w lesie... Z fresku Michała Anioła, jak z górskiego krajobrazu (opisanego tak oszczędnie w pierwszej części „Tryptyku...”), uderza weń z całą mocą prawda o początku i kresie – i o Tym, który jest poza początkiem i kresem. „Sąd Ostateczny” staje się wizualizacją słów św. Pawła: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.
Papież myśli z wnętrza metafory... Jest metafora „widzenia”, metafora światła, metafora źródła, które trzeba odszukać. Jest szereg innych metafor, wśród nich – najczęściej powracająca – metafora progu. „Pozwól mi się zatrzymać na progu” – zwraca się poeta w pierwszej części do strumienia? do Boga? O człowieku pisze: „Próg, który świat w nim przekracza, jest progiem zdumienia. (Kiedyś temu właśnie zdumieniu nadano imię »Adam«.)” A w części ostatniej, poświęconej postaci Abrahama, czytamy: „Jeśli dziś wędrujemy do tych miejsc, z których kiedyś wyruszył Abraham, (...) to dlatego, by stanąć na progu – by dotrzeć do początku Przymierza”.
Dlaczego Papież tak lubi tę metaforę? Próg – podobnie jak drzwi czy brama – oznacza przejście, przekroczenie jakiejś granicy. Kiedy człowiek staje nie wobec Tajemnicy, ale na jej progu, oznacza to, że Tajemnica jest w istocie jego domem. W wierze zawsze ukryty jest ten moment przekraczania granicy. Może być ono związane z lękiem przed nieznanym; wyobraźnia podsuwa wtedy obraz krawędzi przepaści albo ścieżki nad otchłanią. Słowo „próg” wprowadza moment nadziei. Człowiek ma swoje miejsce – dom, z którego wyszedł i do którego zmierza. Mówią o tym ostatnie słowa poematu: „Zapamiętaj to miejsce, kiedy stąd odejdziesz, ono będzie oczekiwać na swój dzień...”
Osobisty wymiar medytacji jest zaznaczony bardzo dyskretnie. „Co mi mówisz górski strumieniu? w którym miejscu ze mną się spotykasz?” – czytamy w pierwszej części. „Pozwól mi wargi umoczyć / w źródlanej wodzie...” Człowiek na brzegu strumienia, człowiek pochylony nad źródłem – to obraz odwieczny, pierwotny, uniwersalny. Zapewne właśnie z powodu tej uniwersalności (a więc i – ekumeniczności) sięgnął po niego autor. Inaczej pod koniec części drugiej. Tam mamy już odwołanie do konkretnego faktu: Kaplica Sykstyńska to miejsce, gdzie kolegium kardynałów wybiera papieża. „Tak było w sierpniu, a potem w październiku pamiętnego roku dwóch konklawe, i tak będzie znów, gdy zajdzie potrzeba, po mojej śmierci” – pisze Jan Paweł II. Jest jeszcze wspomnienie wadowickiego gimnazjum – i to już właściwie wszystkie wyraźnie osobiste akcenty rozsiane w tekście. Tyle jednak wystarczy, by czytać tę medytację jako zapis osobistego spotkania z Niewypowiedzianym.
Niektórzy komentatorzy sugerują, by abstrahować od literackiej wartości poematu. Muszę przyznać, że lubię w poezji wszelkie chropowatości, lubię słowne niepokoje, które tak ożywiały twórczość Norwida czy Leśmiana, lubię „szumy zlepy ciągi”, które niosły poezję Białoszewskiego, i chwalę współczesną „poezję niezrozumiałą” za świadectwo dawane niewyrażalnemu. Umieszczony w takim kontekście poemat papieski – napisany czystą, piękną i w zasadzie przezroczystą polszczyzną – może rzeczywiście wydać się nieco ubogi. A jednak jest w jego formie coś pociągającego: jest powaga słowa pozbawionego pretensji. Ta forma nie oszukuje... „Tryptyk rzymski” – także przez swoją formę – mówi prawdę o wierze Jana Pawła II.
Kiedy się wierzy, Bóg staje się źródłem, które bije tym mocniej, im bliżej niego się stanie. Takie jest ostateczne przesłanie tego utworu: kiedy się wierzy...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl