Dwie Koree, Japonia, Chiny 


Gra w atomy

Piotr Bernardyn z Tokio



W cieniu Iraku pozostają atomowe groźby Korei Północnej. Niesłusznie: jeśli nie uda się powstrzymać Phenianu, polityka Kim Dzong Ila może doprowadzić do destabilizacji całego Dalekiego Wschodu.

Kryzys w regionie rozpoczął się w październiku minionego roku, gdy Amerykanie przyparli Koreę Północną do ściany dowodząc, że prowadzi ona tajny program wzbogacania uranu. Napięcie między Waszyngtonem i Phenianem stale rośnie; po wstrzymaniu przez USA dostaw oleju opałowego, Phenian wydalił inspektorów z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, wystąpił z traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i, po 10 latach, uruchomił reaktor atomowy w Yongbyon. Wkrótce może tam rozpocząć proces pozyskiwania plutonu w ilości pozwalającej na produkcję 1 bomby atomowej miesięcznie. 
Trwa wojenna retoryka: Waszyngton nie wyklucza żadnej opcji rozwiązania konfliktu i dodaje, że gotów jest „prowadzić dwie wojny jednocześnie”. Koreańczycy odpowiadają, że „uderzenie prewencyjne nie jest wyłącznym prawem Ameryki” i że chęć izolowania ich kraju „wywoła wojnę totalną i zamieni Półwysep Koreański w morze ognia”.

Gra w atomy 
Broń jądrowa nie jest na Półwyspie Koreańskim niczym nowym. Obydwie Koree w swej 55-letniej historii zabiegały o jej pozyskanie. W latach 70. próbom zakupienia francuskiej technologii nuklearnej przez Seul sprzeciwili się Amerykanie. Podobnie postąpił Mao Tse Tung, gdy uznał, że chińska bomba atomowa „nie jest Phenianowi do niczego potrzebna”. Warto jednak pamiętać, że jeszcze za prezydentury Jimmy’ego Cartera na południu półwyspu rozmieszczonych było blisko 700 amerykańskich głowic jądrowych i że ostatnie z nich usunięto dopiero w 1991 r. 
Dziś Seul pozostaje w sojuszu z USA, zaś Korea Północna od zakończenia zimnej wojny jest jedynym krajem tej części świata bez parasola atomowego. Posiada jednak – według zagranicznych szacunków – jedną lub dwie bomby atomowe własnej produkcji. Od kilkunastu lat niewielki i opuszczony kraj szantażuje swoim programem nuklearnym USA i dużo silniejszych sąsiadów. 
Jak to możliwe? Wystarczy przywołać dane Pentagonu z 1994 r., ujawnione przy okazji pierwszego kryzysu atomowego na półwyspie. Gdyby wówczas doszło do konfliktu – którego koszt wyliczono na 62 mld dolarów – Korea Północna mogłaby w ciągu pierwszych 12 godzin wystrzelić w kierunku Seulu 5 tysięcy pocisków artyleryjskich. Liczba zabitych i rannych miała wynieść 490 tys. osób po stronie Korei Południowej i 52 tys. po amerykańskiej. W przypadku KRL-D wspomniano tylko o „wielkich stratach”. Obliczenia Pentagonu nie uwzględniały użycia broni nuklearnej, reakcji innych państw, milionów uchodźców z Północy oraz załamania gospodarczego w regionie. Ten jeden przykład wystarcza, by zrozumieć cierpliwość sąsiadów Korei Północnej i ich niechęć do nakładania sankcji na Phenian. Tłumaczy też większą powściągliwość USA w użyciu siły w stosunku do Kim Dzong Ila niż przeciwko podobnym mu despotom, choćby Saddamowi Husajnowi.
Niewykluczone, że jeszcze w latach 80., gdy Kim Ir Sen starał się kupić od Michaiła Gorbaczowa cztery reaktory jądrowe, szło mu tylko o ich pokojowe zastosowanie – energetyczna zapaść Korei Północnej była bowiem faktem. Koreański przywódca szybko zrozumiał, że cyniczna gra kartą atomową stanowi skuteczny i nierzadko jedyny argument w negocjacjach z USA i silniejszymi sąsiadami, szczególnie wobec pogłębiającej się izolacji i plajty gospodarczej jego kraju. Obecny „Drogi Przywódca” Kim Dzong Il też zna swoją cenę. Za każde, często iluzoryczne, ustępstwo każe sobie płacić. „Kim jest jak znana modelka, poniżej miliona dolarów nie wychodzi z łóżka” – mówi amerykański negocjator.

Kilkadziesiąt bomb na miesiąc
Korea Północna posiada dziś jeden sprawny reaktor i dwa w budowie. Są one skonstruowane w tradycyjny sposób, który – oprócz energii elektrycznej – umożliwia produkcję plutonu. Wszystkie trzy reaktory zostały wyłączone na mocy podpisanej w 1994 r. umowy z Ameryką. Dziś oba kraje zarzucają sobie jej naruszenie – warto więc przypomnieć kilka najbardziej spornych zapisów tego dokumentu. 
USA zobowiązały się do utworzenia międzynarodowego konsorcjum, które do 2003 r. wybuduje dla Phenianu dwa tzw. bezpieczne reaktory. W zamian Korea miała zamrozić swój program nuklearny i zezwolić na międzynarodowe inspekcje. Przedsięwzięcie wyceniono na 4,5 mld dolarów, z czego Seul zgodził się pokryć 70 proc., a Tokio – 20. Budowę wprawdzie kilka lat temu rozpoczęto, ale jest ona wciąż we wstępnej fazie. Obie strony winią się za opóźnienie: tymczasem Phenian uznał, że skoro termin nie został dotrzymany, wolno mu wrócić do budowy dwóch reaktorów. Jeśli świat pozwoli na ich dokończenie, za kilka lat Korea Północna będzie w stanie produkować miesięcznie nie jedną, a kilkadziesiąt bomb atomowych. Porozumienie dotyczyło też normalizacji stosunków między obydwoma krajami i amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla Phenianu. Ten punkt w całości nie został wypełniony. Wreszcie Korea Północna miała wcielić w życie postanowienia deklaracji z 1991 r., podpisanej z Koreą Południową. Oba kraje zobowiązały się nie wytwarzać i nie przechowywać broni nuklearnej oraz nie utrzymywać urządzeń do wzbogacania uranu. 
Oczywiście Kim Dzong Il wielokrotnie naruszył umowę z 1994 r., rozpoczynając choćby produkcję wzbogaconego uranu, czy hamując międzynarodowe inspekcje. Ale i Amerykanie (a po części Seul i Tokio) nie wywiązali się ze wszystkich zobowiązań. Umowa, euforycznie przyjęta w Phenianie, od początku była ostro krytykowana w Waszyngtonie, szczególnie wśród republikanów – dziś wielu z nich jest członkami obecnej administracji. Ich zdaniem umowa stanowiła niebezpieczny precedens: atomowy szantaż popłaca, skoro udało się zmusić do negocjacji i ustępstw nawet USA. Z kolei w Seulu nie spodobał się pomysł obdarowania Północy nowoczesnymi reaktorami. Uważano, że wystarczyłyby konwencjonalne na węgiel lub ropę. „Budować dla nich reaktory, to tak, jakby świni zawiesić naszyjnik z pereł” – to opinia jednego z południowokoreańskich ekspertów.

Żeby troje chciało naraz...
Jeszcze kilka lat temu między Phenianem i Seulem obowiązywała zasada: twój zysk jest moją stratą i na odwrót. Ba, w koreańskim kotle tradycyjnie mieszają sąsiednie mocarstwa, a od 1945 r. także Stany, które są dziś głównym rozgrywającym na półwyspie. Ale i jedynym krajem, który musi swą obecność w tej części świata uzasadnić. 
Od zakończenia wojny koreańskiej w 1953 r. trudno doszukać się dłuższego okresu, w którym obie Koree i Ameryka mówiły jednym głosem. Nawet po zakończeniu zimnej wojny każde zbliżenie między Phenianem a Waszyngtonem przyjmowane było w Seulu podejrzliwie. Gdy po śmierci Kim Ir Sena w 1994 r. prezydent Clinton wysłał do Phenianu kondolencje, Seul zaprotestował oświadczając, że jakakolwiek forma sympatii do zmarłego stanowi naruszenie Ustawy o Bezpieczeństwie Narodowym. Nowa jakość w dialogu międzykoreańskim pojawiła się dopiero cztery lata później. Do władzy w Seulu doszedł Kim De Dzung i przy akceptacji Białego Domu rozpoczął wobec Północy politykę „blasku słonecznego”, opartą na przyjaznym otwarciu i pomocy gospodarczej. Jej kulminacją stał się szczyt w Phenianie w 2000 r.
W styczniu 2001 r. prezydentem USA został George W. Bush i w jednym z pierwszych wystąpień zdystansował się od miękkiego podejścia swego poprzednika wobec Phenianu. Od tej pory stosunki między Waszyngtonem i Seulem zaczęły się psuć i dziś są, zdaniem wielu ekspertów, najgorsze w historii. Nowy prezydent Korei Południowej Roh Moo Hyun widzi dla swojego kraju rolę mediatora w obecnym konflikcie, a jego wypowiedź, że przeciwny jest „nawet rozważaniu możliwości użycia siły przeciw Korei Północnej”, każe zapytać, czy sojusz między Seulem a Waszyngtonem jeszcze istnieje. Młode pokolenie Koreańczyków, które nie pamięta wojny koreańskiej (po ataku Północy Amerykanie przyszli Południu z pomocą), z dystansem traktuje buńczuczną propagandę Phenianu, a za obecny konflikt winą obarcza USA. „W Korei Północnej – mówi koreański dziennikarz – młodzi widzą raczej zwariowaną ciotkę, nad którą... pastwią się Amerykanie”. Tymczasem z Waszyngtonu podnoszą się głosy, by wycofać amerykańskie wojska z półwyspu. Uwolniłoby to Amerykanów od kłopotliwego sojusznika i dało więcej swobody wobec Phenianu.

Na drugim planie
Trzy drugoplanowe role w konflikcie przypadają Rosji, Chinom i Japonii. Z tej trójki najmniejszy wpływ na sytuację w Korei ma Rosja. Po rozpadzie ZSRR i ograniczeniu współpracy gospodarczej z Phenianem Rosjanom nie udaje się odbudować dawnej pozycji w tej części świata – i to mimo wizyt Kim Dzong Ila w Moskwie i Putina w Phenianie. Także ostatnie próby rosyjskiej mediacji w Korei Północnej zakończyły się niepowodzeniem. 
Wiele do myślenia daje postawa Chin. Są one dziś jedynym krajem zdolnym, przynajmniej teoretycznie, wywrzeć wpływ na przywódców Phenianu. Nie robią tego jednak, przyjmując postawę wyczekującą. Chiński opór przeciw nakładaniu sankcji na Phenian jest zrozumiały; Pekin na własnej skórze odczuje bowiem skutki nagłego załamania reżimu Kim Dzong Ila. 
Jednak obecna – bilateralna (USA–KRL-D) – forma konfliktu oraz nastroje antyamerykańskie w Seulu są Pekinowi na rękę. Przez stulecia Korea była wasalem Chin i niewykluczone, że po zawirowaniach XX wieku, wraz z odzyskiwaniem pozycji hegemona w Azji, Chiny dążyć będą do przywrócenia owego tradycyjnego charakteru stosunków z całym półwyspem. By tak się stało, trzeba się najpierw pozbyć Amerykanów z Korei Południowej. Stosunki między Seulem i Pekinem, kiedyś wrogie, układają się dziś bardzo poprawnie. Dotyczy to też gospodarki: w zeszłym roku Chiny stały się głównym partnerem handlowym Korei Południowej, wyprzedzając USA.
Najciekawsza jednak i nieco zaskakująca jest postawa Japonii – nie tylko wobec Korei, ale także Iraku i wojny z terrorem. Oto kraj, który od zakończenia II wojny światowej konsekwentnie trzymał się z dala od wszelkich konfliktów, dziś staje się aktywnym sojusznikiem Ameryki. Świadczy o tym choćby poparcie w ONZ dla amerykańskiej rezolucji wobec Iraku i nakłanianie niezaangażowanych, by postąpili analogicznie (to wszystko przy zaledwie 20-procentowym poparciu społecznym dla wojny). Dzięki specjalnej ustawie przeforsowanej w parlamencie przez rząd Junichiro Koizumiego, możliwe stało się wysłanie w rejon Zatoki Perskiej japońskich niszczycieli. 
Ta i inne ustawy uchwalone pod wpływem konkretnych międzynarodowych wydarzeń (wojna z terrorem), będą miały charakter nieodwracalny. Podobnie jak skierowana przeciw Korei Północnej tarcza antyrakietowa, której testy Japonia i USA zapowiedziały na przyszły rok. Asertywną postawę widać też w wypowiedziach niektórych japońskich polityków. Szef resortu obrony Shigeru Ishiba nie wyklucza prewencyjnego ataku na Koreę Północną, gdyby miał pewność, że „przygotowuje się ona do wystrzelenia rakiet w kierunku Japonii”. „Opcja atomowa, choć wciąż jest opinią mniejszości, przestała być w Japonii tematem tabu” – mówi Izumi Hajime, politolog z Uniwersytetu w Shizuoce. Silna militarnie Japonia stałaby się dla USA bardziej równorzędnym sojusznikiem. Przypadłaby jej zapewne rola równoważenia chińskich wpływów w Azji. Trudno jednak wykluczyć w przyszłości bardziej samodzielną rolę Japonii, gdy ta uzna, że bliskie związki z USA szkodzą jej interesom w Azji i na Bliskim Wschodzie.

Ubić interes z Kimem
George W. Bush po objęciu urzędu zawiesił kontakty z Phenianem. O Kimie mawia publicznie: „Nienawidzę tego faceta”. Ciszę między obydwoma krajami przerwała dopiero wiadomość o programie nuklearnym Kima. Wtedy jednak okazało się, że Amerykanie nie mają pomysłu na zażegnanie kryzysu, a mocarstwa regionu dystansują się i czekają na amerykańską inicjatywę pod warunkiem, że będzie ona pokojowa. Korzysta na tym tylko Kim Dzong Il, który trzyma się swoich żądań i rzuca kolejne apokaliptyczne groźby. Wie, że może sobie pozwolić na więcej, gdy Amerykanie są zajęci Irakiem. „Jestem krytykowany na całym świecie, ale tak długo jak o mnie mówią, wszystko jest na dobrej drodze” – miał powiedzieć w czasie podróży pociągiem do Moskwy niecałe dwa lata temu. Czy można wyjść z tego międzynarodowego pata? 
Spór Waszyngtonu z Seulem i Pekinem dotyczy nie tyle meritum (wszyscy chcą półwyspu bez broni jądrowej), co taktyki negocjowania z Phenianem. Amerykanie mają zapewne rację uważając, że do rozmów z Kimem trzeba przystępować z pozycji siły. Wykluczanie z góry jej użycia zachęca tylko Phenian do beztroskiej eskalacji żądań. Z drugiej strony twarda postawa Waszyngtonu przy jednoczesnej odmowie rozmów z Północą skłania Kima do przyspieszenia zbrojeń i wywołuje niechęć do USA w całym regionie. Potrzebny jest więc kompromis: rozmowy i porozumienie z Phenianem w zamian za konkretne, surowo egzekwowane zobowiązania. 
Całościowy projekt uregulowania stosunków Ameryka–KRL-D już zresztą istnieje. Jest to tzw. Raport Armitage’a (obecny zastępca sekretarza stanu) z 1999 r. o roboczej nazwie „więcej za więcej”. Zgodnie z projektem Phenian uzyskałby od USA gwarancje bezpieczeństwa, pomoc gospodarczą oraz przyrzeczenie uregulowania stosunków w zamian za porzucenie programu nuklearnego i bezwarunkową zgodę na międzynarodowe inspekcje. Byłaby to zapewne część szerszego porozumienia z udziałem innych krajów regionu. W praktyce zadanie wykupienia technologii nuklearnej od Kima, przypadłoby, jak zwykle, Japonii i Korei Południowej. 
Pozostaje jeszcze niechęć USA do układania się z Kimem w pojedynkę. Odtąd jednak programem atomowym Phenianu zajmować się będzie także Rada Bezpieczeństwa NZ – czy tego chce, czy nie. Nawet propagandzie Kim Dzong Ila nie będzie łatwo za decyzje Rady obwiniać tylko Amerykanów. Z rozwiązaniem konfliktu warto się pospieszyć – za kilka miesięcy Phenian może mieć już pół tuzina bomb atomowych. Co wtedy zrobi? Możliwości jest kilka. Może dalej uprawiać szantaż, ale o dużo wyższą stawkę. Może jedną z bomb zdetonować i ogłosić się mocarstwem atomowym, co da początek wyścigowi zbrojeń na Dalekim Wschodzie. Może też zacząć handlować plutonem, tak jak dziś robi to z technologią rakietową i sprzedawać go każdemu, kto dobrze zapłaci: bin Ladenowi, Kadafiemu, Czeczenom...
Co wybierze? Nie warto czekać, by się o tym przekonać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl