Czy istnieje charakter narodowy?

Joanna Tokarska-Bakir



W Polsce rozpowszechnione jest przekonanie, że każda ciągłość jest dobra. Ciągłość kojarzy nam się z Tradycją, Schedą i Tożsamością. Wygląda to na przejaw braku „heroizmu myślenia”. Jak to jest, że w kraju zniszczonym dwukrotnie w ciągu ostatnich stu lat, nikt nie parska śmiechem, gdy słyszy o tradycji jako o „nieprzerwanym strumieniu”?

Charakter narodowy istnieje. Szczególnie cudzy. Każdy w Polsce wie: Rosjanie są ciemni, Niemcy tępi, Francuzi to lekkoduchy, Cygan kradnie, a Żyd to zawsze Żyd. Czy istnieje i na czym polega jego własny charakter, nie bardzo jednak każdemu w Polsce wiadomo, stąd dramatyczne pozy, roztrząsanie złóż i zapożyczeń, przesiewanie „swojszczyzny” od „elementów nanośnych” ze wszystkimi tego dawnymi i teraźniejszymi konsekwencjami. 
Nic tak człowieka nie rozstraja, jak niepewne odbicie w cudzych oczach. W oczach cudzoziemców Polak zazwyczaj nadmiernie wszystko komplikuje. Ten jego kraj na przykład. Z jednej strony właściwie już Rosja – wszak Rosja zaczyna się tam, gdzie są brzozy – ale ze względu na zasięg kultury technicznej i alfabetu łacińskiego, ciągle jeszcze Niemcy. „Na bagnach Polski rośnie ziele z pięknym kwiatem błękitnym („blaue Sternblume”) na długiej łodydze, które to trójziele wpaja miłość, sprawia zapomnienie i przenosi dokąd kto chce” – pisze Jacob Grimm, a w tym co pisze, widać Polskę jako zaświat Europy, zaludniony przez chochliki i strzygi.
Trudno się dziwić, że pod wpływem podobnych opinii polski charakter narodowy popadał w coraz większe niewyrobienie. Czesław Miłosz nalega zresztą, by w tej dziedzinie niczego nie dociskać. Małe narody, Polacy, a także Litwini czy Ukraińcy, nadmiernie się na niej koncentrują. Żaden Francuz nie musiał się nigdy zastanawiać, co to znaczy być Francuzem; „francuskość była powietrzem, którym oddychał”. Jednak tych, którzy przez prawie dwieście lat byli na przemian rusyfikowani i germanizowani, a teraz drżą, że europejska Unia wchłonie ich jak herbata cukier, nie stać na podobną nonszalancję. Więc myślą, że jak się zawezmą i zaprą, to sięgną do takiej substancji w sobie, taki korzeń etniczny uchwycą, na taką w głębi natrafią „swojszczyznę”, że każda „obczyzna” zwątpi i natychmiast od nich odpadnie. Sięgają coraz głębiej, coraz ambitniej. Parę lat temu podobne wysiłki obserwowano u braci Litwinów, równolegle zdarzają się też Węgrom.
Wszystkim zagrożonym, wszystkim, którzy wierzą w „umacnianie substancji” i wyciągi genealogiczne sporządzane na zamówienie, przydałoby się, żeby popatrzyli kiedyś na dzieci. Trudno o kogoś, kto bardziej niż dziecko jest sobą, choć wcale o tym nie wie. Poza dziećmi, regułę tę zauważyło jeszcze paru filozofów i świętych, tyle że „prawdziwi patrioci” rzadko kiedy ich czytają. Przywołanie dzieciństwa jest tym bardziej do sensu, że tradycyjne polskie heroizmy, broniące naszej odrębności i niepodległości, w zasadzie zawsze doń nawiązywały. Każde doświadczenie można jednak opisywać z rozmaitych stron. Podczas gdy romantycy mówili przede wszystkim o niewinności dzieciństwa, nacjonalistom, w których się szybko przemienili, szło już przeważnie o jego plastyczność. W obu przypadkach ekranem, na który projektowano te cechy, był polski lud.

„Przyjaciele ludu”
O wczesnych polskich „ludoznawcach” Czesław Miłosz napisał kiedyś złośliwy wierszyk:

Przebrani w kożuch, idąc od wioski do wioski,
Chuchali na folklory itp. pierwiosnki. 
Aż namnożyli dziwnych nacjonalnych znaków.
To był haczyk – i sami wiszą na tym haku.


To właśnie Miłosz w działalności romantycznych „przyjaciół ludu” dopatruje się korzeni polskiego, a także niemieckiego nacjonalizmu. „Żeby folklor i »duszę ludu« podnieść do drugiej potęgi i otrzymać pojęcie narodu, trzeba wykształcenia (studenci, Filomaci) i poniżenia (którego w pobitych przez Napoleona Niemczech i porozbiorowej Polsce nie brakowało)”. W Europie pierwszej połowy dziewiętnastego wieku sam fakt mówienia jakimś językiem nie był wystarczającą podstawą do powoływania się na naród. I odwrotnie, nie mówienie w danym języku nie musiało nikogo z jakiegoś narodu wykluczać. Koncepcja narodu jako matki karmiącej także cudze dzieci nadal jest widoczna w następującym „Obrazku z powstania” (przytaczam za „Przyjacielem Ludu”): uciekającego powstańca ratuje przed kozakami Żyd, „chłop potężny, silny jak olbrzym, a do tego Polaków wielki przyjaciel, ba! Sam Polak, boć polskiej ziemi dziecko”. Miłosz pisze: „Romantycy wileńscy, gdyby zastosować do nich kryterium późniejszego nacjonalizmu, byli jeszcze narodowo chwiejni. Kochali lud, ale lud mówił po litewsku albo białorusku. (...) Żeby język uznać za wskaźnik czyjejś przynależności do grupy, zwróconej przeciwko innym grupom, trzeba było nie lada przewrotu”. 
Przewrót ten polegał, jak wiadomo, na tym, że to, co do tej pory uważano za dobre – współistnienie różnych języków i kultur – nagle zostało uznane za złe. Druga połowa wieku XIX przebiegała już pod znakiem zdobywania tożsamości w walce, „w polu zła” – jak mówił Józef Tischner. A gdy się zdobywa tożsamość w tym polu, ryzykuje się niestety, że zdobędzie się tylko iluzję tożsamości. 
Plastrem na zachodnioeuropejskie fobie drugiej połowy wieku XIX stało się gorączkowe ludoznawstwo, tropiące „ludową caliznę” tam, gdzie elementy „rdzenne, plenne i plemienne” były rozproszone. Między ludem i jego znawcami zachodziły osmozy równie dziwaczne, jak pomiędzy „żydoznawstwem” i narodem wybranym. O kierunku zmian informują wtrącenia: „Niedozwolenie Żydom zamieszkania w mieście [Wadowice] przyczynia się niezawodnie do umoralnienia okolicy”. Albo o Hucułach, co dopiero „przez poufne obcowanie z Żydami i pokątnymi pisarzami skłonni [są] do fałszywego świadectwa”. Albo o starowierach, że „każda zbrodnia spełniona w naszym kraju jest przez nich albo przez Żydów, choć to rzadko, a lud miejscowy do tego niezdolny jest”.

Lud jako dziecko
W oczach każdego „przyjaciela ludu” lud zawsze jest niewinny. Bruździ, knuje i podpuszcza go wyłącznie „element obcy”, „nanośny”. Ale ten, kto szczuje, często sam bywa „obcym”, którego usiłuje zadenuncjować. Jeśli nie jest nim nawet w sensie genealogii, to w sensie roli, jaką wobec ludu odgrywa. W jednym tylko „przyjaciel ludu” ma niestety rację: ci z Brunnen (zob. Cz. Miłosz, „Niedziela w Brunnen”) zazwyczaj są niewinni. Tak samo jak niewinne są dzieci, które dopiero pozostawione samym sobie zmieniają się w bestie. W spontanicznym bestialstwie dzieci i ludu zawsze przejawia się nieobecność dorosłych i brak duchowych kierowników. 
Przypadek inny to bestialstwo dzieciom i ludowi zaszczepione. Rozumowanie Karola Ludwika Konińskiego, że nie było na świecie takiego pogromu, za którym nie stałaby czyjaś żmudna „praca u podstaw”, do dziś nie wszystkich przekonuje. Ale tak jak legenda o mordzie rytualnym nie rozpowszechniłaby się, gdyby nie wynalazek druku, tak samo współczesny antysemityzm nie wskórałby nic bez dziewiętnastowiecznej prasy, też w końcu nie przez ciemne chłopstwo wydawanej. 
Krótka jest pamięć elit. Gdy „praca u podstaw” da pierwsze owoce, „pracownicy”, częściej zaś ich późne wnuki, z reguły nic już nie pamiętają. Tylko lud wszystko pamięta, i tego, co mu kiedyś zadano, nie pozwoli sobie za nic wydrzeć. Nie pomoże ani zmiana w liturgii, ani listy pasterskie. Nawet skasowana stacja Żydowina na dróżkach Matki Boskiej w Kalwarii czy zakazany od niedawna św. Szymon z Trydentu nie pomoże. Ludowa pamięć jest jak niekończąca się jednokierunkowa ulica: istnieje tylko wjazd. Nawet nie próbuje niczego rozumieć, przyswaja wyłącznie całości. Jak mrówki albo pszczoły z wiersza „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”, wchłania je, oplata, obudowuje. Nigdy nie wypluwa.
Za kultury o najwyższym stopniu ciągłości uchodzą kultury pierwotne, umownie nazywane „społecznościami bez historii” lub, ze względu na minimalne zużycie energii, kulturami zegarowymi. Cywilizacja nowoczesna, ze swoją energetyczną rozrzutnością, bywa natomiast porównywana do maszyny parowej. W zegarze najważniejsza jest stałość, stabilność, brak wstrząsów. W maszynie parowej – tkliwa dynamika. „Zegary” produkują mit (można też powiedzieć odwrotnie, że to mit napędza „zegary”), podczas gdy „maszyny parowe” wytwarzają świadomość historyczną. I vice versa. Nieustannie przeredagowując historię, świadomość historyczna wypiera i zwalcza mityczną, narusza jej ciągłość, usiłuje dowieść, że nigdy jej nie było. Że nawet mityczne powtórzenie było zmianą. Którakolwiek z nich ma rację, jedno jest pewne: świadomości historycznej nie można nikomu narzucić. Tym bardziej z ambony. List pasterski uśmierza sumienie nadawcy, ale nie ma szansy trafić do adresata. Apeluje do logosu, a napotyka mit. 
W polskiej religijności ludowej wszystko opiera się na schemacie: raj – upadek – zbawienie. Szczegół podporządkowuje się całości, można go wymieniać na inny. Choć wpisuje się w to Chrystus, ludowe chrześcijaństwo jest w pewnym sensie starsze, albo też „większe” od niego. Ontologia archaiczna wyłania się z napięć pomiędzy Wcielonym Dobrem i Wcielonym Złem, które od wieków stanowili Żydzi. Zachodzi niestety obawa, że gdy zakwestionuje się jedno, może zniknąć i drugie. Szerząca się ostatnio pogłoska, że matka Jana Pawła II była Żydówką, byłaby krokiem w tę właśnie stronę (zob. „Polityka” nr 45: 9.11.2002, s. 114).

Natręctwo ciągłości
Może wcale nie jest tak, że narody różnią się od siebie jakimś swoim przyrodzonym charakterem, a tylko stopniem, w jakim udało się im przebudzić, to znaczy pokonać iluzję historycznej ciągłości? W Polsce rozpowszechnione jest przekonanie, że każda ciągłość jest dobra. Ciągłość kojarzy nam się z utraconymi srebrami rodowymi i biżuterią, z Tradycją, Schedą i Tożsamością. Wygląda to niestety na przejaw braku „heroizmu myślenia”. Jak to jest, że w kraju z wybitą do nogi inteligencją i o minimalnej w porównaniu z resztą Europy kulturze materialnej, w kraju zniszczonym dwukrotnie w ciągu ostatnich stu lat, nikt nie parska śmiechem, gdy słyszy o tradycji jako o „nieprzerwanym strumieniu”, „łańcuchu pokoleń”, „z rąk do rąk przekazywanym depozycie”? Byłaby to znowu nasza „specialité de la maison”, „nieograniczona wolność drzymania” (J.U. Niemcewicz)? 
Na przykład utarło się sądzić, że „sięgając do źródeł”, cofamy się w czasie. Kto na tym traci, a kto zyskuje, gdy człowiek zaczyna rozumieć, że każde „sięgnięcie do źródeł”, zamiast być – jak mniemał – krokiem w przeszłość, tak naprawdę jest krokiem w przód? Mit ciągłości to nasz moralny imperatyw i tylko desperat może mu się przeciwstawić. W poniższym przykładzie desperatem jest Emigrant, który właśnie za pomocą wspomnianej ciągłości objaśnia powody swojego pozostawania na emigracji: „Czy mam wrócić do kraju, który nie potrafi się zmienić i z »ciągłości historii« czyni zaletę? Gdzie zarówno w przemówieniach, jak i w prywatnych rozmowach bezmyślnie powtarza się, że »powinniśmy być dumni z naszej tradycji« – jakby ta właśnie tradycja nie była współwinna mentalnemu, ekonomicznemu i politycznemu zacofaniu kraju?” – pisał Bronisław Świderski w „Res Publica Nowa”.
W Polsce można mówić o jeszcze innej, demonicznej odmianie ciągłości. Jest to ciągłość niepamięci. „Kiedy dziś czytam publicystykę nurtu narodowo-klerykalnego – powiada Adam Michnik w rozmowie z Józefem Tischnerem i Jackiem Żakowskim – widzę karykaturę części publicystyki przedwojennej. A kiedy biorę do ręki tekst (...) laickiego publicysty (...) widzę z kolei parodię Boya-Żeleńskiego. Obie strony tego sporu próbują zapomnieć o tym, czym był komunizm. Wkładają stare buty i idą na bal maskowy, który został przerwany 1 września 1939 r.”. 
Gdzieś już czytałam o tym balu. Może u Tuwima? Albo u Miłosza, który właśnie o „Balu w operze” napisał, że był modlitwą o nieistnienie świata, zbyt występnego, aby miał prawo trwać? Podobny obraz powraca zresztą u Miłosza nie raz, choć już nie w kontekście komunizmu. W „Roku myśliwego” tak mówi się o pokoleniu wojennym: „Chcieli powrócić do stanu sprzed wojny, jakby komory gazowe i krematoria mogły być jedynie epizodem, a nie wołały o pomstę do nieba. A wołały tak skutecznie, że sprowadziły najazd Persów”. Czy można nie zauważyć najazdu Persów? A czy można było przeoczyć nieco wcześniejszy od niego najazd Hunów? Nie ma chyba wątpliwości, że w podobnym „przeoczeniu” nie chodzi o zwykłą lukę w pamięci. Nawet największy sklerotyk nie podołałby takiej luce. 
Jak uczą ludzie mądrzy, pamiętanie jest dwutaktem – dopiero wtórnie anamnezą, a wpierw zapomnieniem, nieuniknionym jak wydech. Prawdziwe zaburzenie ciągłości pojawia się nie w miejscu zapomnienia, ale tam, gdzie przy pamięci ktoś majstruje. Jedni nad tym boleją, inni nazywają to „pracą nad pamięcią”. Robią tak jednak przez pomyłkę, bo nad pamięcią nie można pracować. To raczej ona pracuje nad nami. Jest krnąbrna i amoralna. Wie o nas wszystko. Pokaż mi swoją pamięć, a powiem ci, kim jesteś. 

Manipulacja pamięcią
„Pamięć danej zbiorowości połączona jest z bólem i poniżeniem. Pamięta się to, co bolało. Żydzi pamiętają. Polacy pamiętają (...). Pytanie: jak zachować możliwie dużo pamięci przy możliwie skromnej dozie indoktrynacji”. Miłosz domyśla się odwrotnej symetrii, zachodzącej między indoktrynacją i kurczącą się pamięcią. Rzeczywiście, „im mniej pamięci, tym większa pokusa jej układania w wybrane z góry wzory”. Brak notorycznie przechodzi tu w nadmiar. 
Oczywiście, różne bywają powody manipulacji pamięcią. Badacze stereotypów wiedzą, że w zestawieniu z siłą potocznej opinii prawda często okazuje się zbyt słaba i stereotyp trzeba zwalczać innym stereotypem. Doświadczenie jednak uczy, że w ostatecznym rozrachunku taka gra się nie opłaca. Mniejsza o rachunek rozgrywającego, chodzi o koszty, na jakie narażeni są pozostali. 
Przy okazji zajmowania się działalnością „Ognia” na Podhalu sam Józef Tischner nieraz ulegał pokusie „krzepienia” pamięci. „Na temat sprawy »Ognia« zmieniałem długo zdanie – pisał o tym po latach. – Tam jednak było dużo bandytyzmu. Były bandziory i była elita, która niewiele wiedziała. Być może należał do niej »Ogień«. Ja broniłem sprawy jak adwokat, który nie ma w niej interesu finansowego, ale mitologizujący. Czasem trzeba tworzyć mitologie. Wbrew sobie. Bo tam współpracowało około trzech tysięcy ludzi. Uważam, że słusznie broniłem. Czułem pewne zobowiązanie wobec kolegów, którzy byli w partyzantce »Ognia«, a potem trafili do seminarium. Mówiłem, że świat to nie czarne – czarne, białe – białe. Ale dziś uważam, że biali by pewnych rzeczy nie robili. To były paskudne czasy”. 
I dalej: „Idea, której wartość rozpoznajemy wedle smaku, a nie wedle prawdy, zawsze w jakiejś swej części okazuje się złudzeniem. (...) Niewątpliwie istnieją gdzieś twórcy złudzeń, ale ich twórczość nie miałaby żadnej wartości, gdyby w społeczeństwie nie istniał apetyt na określone smaki... Reakcje na słowo »Ogień«, zwłaszcza na Podhalu, są z reguły skrajne: dla jednych bohater, dla innych przestępca. Także w tym przypadku, a może przede wszystkim w tym przypadku, nie tyle chodzi o prawdę, co o pokarm. Lub lepiej, chodzi o taką prawdę, która mogłaby nasycić czyjś głód”.
Z głodem trudno dyskutować. Niektórzy jednak twierdzą, że głód jest zjawiskiem językowym, i namawiają, by szukać sensu głodu (mowa o głodzie metafizycznym, rzecz jasna). Dlatego na marginesie tekstu Tischnera notuję teraz pytanie: czy prawdą można się pożywić? Chrystus mówi: „Jestem Drogą, Prawdą i Życiem”. Czy jest to życie ziemskie czy życie wieczne? Prawda często bywa negacją złudzenia, które człowiek żywił i które człowieka żywiło. Prawda odbiera mu to złudzenie, skazuje na głód, ale dopiero z tego głodu może wyniknąć coś dobrego. Jak to się ma do Tischnerowskiej nadziei na mitologizowanie, jako „sposób przywracania podeptanej godności, sposób wydobywania dobra z ludzi upokorzonych”?

„Charakter demonem człowieka”
Jeśli pogląd Norwida, że „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku karzeł” powoli dociera do swego adresata, to czy aby jest to skutek głodu, czy raczej przesytu? Tak czy owak, człowiek w Polaku już tak bardzo nie chce na pomnik. Kto wie, może z czasem upomni się też o prawo do błędu, a „nieograniczoną wolność drzymania” wymieni w końcu na jawę oraz wolność zwykłą, bezprzymiotnikową? Że wolność jest ważna, wie, ale jakiś chochoł wciąż nie pozwala mu wiedzieć tego naprawdę. 
Na świecie wszystko, i wiedza, i niewiedza, mają swoją cenę. Niewiedza to mniej więcej to samo, co głupota. W „Eichmannie w Jerozolimie” Hannah Arendt rozważa związek między głupotą a złem. Najpierw przytacza wniosek Kanta: głupoty nie powoduje kulejące myślenie ani żadna umysłowa ułomność. Tym, co ją wywołuje, jest „nikczemne serce”. Ludzie dzielą się więc na nikczemników i ludzi szlachetnych, i nie zmieni tego żaden ich umysłowy wysiłek. Hannah Arendt, świadek jerozolimskiego procesu, sprzeciwia się Kantowi. Najprawdopodobniej jest dokładnie odwrotnie – powiada. „Nikczemność może zostać wywołana właśnie bezmyślnością i na przykładzie Eichmanna najlepiej widać, jak to się odbywa”. 
Przypominam ten spór nie dlatego, by rodaków zestawiać z Eichmannem. Przypominam, bo bezmyślność to najbardziej swojski demon krajowy. W Polsce się go lekceważy (zob. napisy na murach), pod pretekstem niskiej społecznej szkodliwości, toleruje (zob. „kłamstwo oświęcimskie”), a raz na jakiś czas nawet uświęca. Na polskich ołtarzach roi się od świętych prostaczków, ale nie ma i długo nie będzie tam miejsca dla Antoniny Wyrzykowskiej [rolniczka spod Jedwabnego, która ukryła siedmiu jedwabieńskich Żydów; pobita za to po wojnie przez sąsiadów, wyjechała z kraju – przyp. red.], która inkryminowanego demona koncertowo wystrychnęła na dudka. 
Tak powracamy do sporu o polski charakter narodowy. Bo skoro nasi narodowi święci rozumem nie grzeszą, skoro na świecie słyniemy z „Polish jokes”, „polska riksdag” (polski Sejm), „polnische Wirtschaft” i „polnischen Versager” (polskich nieudaczników) – bylibyśmy narodem głupców? 
A czy jest nim „naród Goethego i Schillera”, o którym Marcel Reich-Ranicki pisywał, że ma dwa potencjały, Adolfa Hitlera i Tomasza Manna, i „gdyby Niemcy zapragnęły zapomnieć lub pominąć choćby jedną z tych możliwości, skutki mogłyby być opłakane”? Albo naród rosyjski, o którym Fiodor Dostojewski mówił, że sąsiadują w nim dwie przepaści ducha, otchłań świętości granicząca z otchłanią nikczemności? Albo amerykański, o którym Gunnar Myrdal powiadał, że jego hipokryzja idzie o lepsze z cynizmem, i lepiej, by zwyciężyła hipokryzja? 

Charakter i jego oś
Józef Tischner napisał, że miłość bliźniego ewoluuje. Do przykazania „nie będziesz zabijał nieprzyjaciół” doszło dziś nowe: „będziesz ich rozumiał”. „Musisz rozumieć – tłumaczy Tischner – bo nieprzyjaciel ma ci bardzo dużo do powiedzenia o tobie samym, o twojej własnej sytuacji”. 
Ze sprzeczności, w które Ranicki, Dostojewski i Myrdal wpisują Niemców, Rosjan i Amerykanów, wynika, że to, co określa się mianem „charakteru narodowego”, może mieć postać alternatywy, wyznaczonej osią między skrajnościami. Tylko jedna z nich, ta, z którą się utożsamiamy, byłaby dla nas dostępna. Drugi biegun osi znany byłby wyłącznie innym, zwłaszcza tym, którzy są nam niechętni. Od nich, nawet gdy uważamy się za gościnnych, możemy usłyszeć o własnej ksenofobii; o głupocie, nawet gdy czujemy się mądrzy; o tym, co robią nasze ręce, nawet gdy podejrzewamy się o świętość. Podobny cień może też rzucać każda inna cnota: odwaga, honor, poczciwość, romantyzm czy religijność. Charakter narodowy byłby więc osią wyboru pomiędzy cnotą i jej zaprzeczeniem.
W „Roku myśliwego” Miłosz pisze o niemieckiej „niezdolności widzenia siebie z zewnątrz, oczami nie-Niemców” i właśnie jej przypisuje nieustanne piłowanie tematu, jak możliwy był hitleryzm i Holokaust: „Ale gdyby wcielili się na chwilę w Polaków lub w Rosjan – przypuszcza Miłosz – (...) wiele by zrozumieli. Bo hitleryzm nie był tak znowu wyraźną cezurą. Wcześniej niż on i później niż on rządzi nimi przeciwieństwo: czyste – brudne, porządne – nieporządne, jasne – ciemne, wysokie – niskie, kulturalne – barbarzyńskie. Na granicy wschodniej Niemiec zaczynał się ten drugi człon przeciwieństwa. I nawet »ostateczne rozwiązanie« musiało poczynać się z ich wstrętu do Żydów polskich, czyli wschodnich” . 
Ani brak wyobraźni, ani niezdolność do ujrzenia siebie z zewnątrz nie jest przypadłością specyficznie niemiecką. Mechanizm tej niedomogi znany był już Platonowi, autorowi „Państwa” . Czytamy tam o sądzie umarłych, przed którym stają też czasem „ludzie niesprawiedliwi”. „Ci – pisze – mieli (...) na plecach świadectwo wszystkich swoich czynów”. Świadectwo, umieszczone na plecach – podobnie jak to, co niektórzy miewają „wypisane na czole” – jest czytelne dla wszystkich poza nimi samymi. 
Na tym przykładzie widać, jak bardzo „grecki” jest Polak. Przechodzi on straszne męki, gdy konfrontuje się z cudzą opinią o sobie. Podobnie jak inni jego „greccy” bracia – Czech i Rus, a także Żyd oraz Niemiec – gwałtownie się przed taką opinią broni, po czym z miejsca popada w depresję. Tyle że akurat jego depresja, „grzech nierządnego smutku”, to kolejny polski demon krajowy. Nie chcą nas, nie doceniają, nie lubią – sączy w ucho swój jad.
Demona smutku proponuję zająć naszym charakterem narodowym, a Polakowi podsunąć „oś wyboru”. A nuż się jej uczepi i zdoła z depresji wydźwignąć? W końcu, co oś, to oś. 

Joanna Tokarska-Bakir jest etnografem i antropologiem kultury, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio opublikowała: „Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych”, UNIVERSITAS, 2000. Drukowany powyżej tekst znajdzie się w książce „Rzeczy mgliste”, przygotowanej dla wydawnictwa „Pogranicze”.
Wkrótce – następne głosy w debacie o charakterze narodowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 11 (2801), 16 marca 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl